Zakochana Złośnica

Miłość nigdy nie była dla mnie jasnym zagadnieniem. Nie ma konkretnej definicji, a nikt na świecie nie umie wytłumaczyć szczegółowo co czuje gdy się zakochuje. Jedni twierdzą, że od razu wiedzą, że to jest "to coś". Inni tłumaczą, że namiętne uczucie przyszło z czasem, a poprzedzała je przyjaźń, a jeszcze odrębna grupa ludzi głosi teorię, że prawdziwa miłość nie istnieje, więc nie warto się angażować. Więc jak jest na prawdę?

Kilka lat temu, jak byłam małą dziewczynką, która jeszcze nie wiedziała co to rozstępy, a miesiączka była tylko zagadnieniem z lekcji biologi z niemiłą panią, nazywaną przez uczniów Trójcycem, zakochałam się. Gdy tylko mijałam go na korytarzu od razu czułam podekscytowanie, które najwyraźniej malowało się na mojej twarzy za każdym razem. Był dla mnie idealny, taki wyśniony, wymarzony. Nie znałam go, nawet nigdy nie zamieniłam z nim ani jednego słowa. Siedział w mojej głowie, a ja na podstawie własnych marzeń stworzyłam z niego mojego idealnego chłopaka, do spraw specjalnych, a nazywał się M. Moja miłość nie była kierowana w jego stronę, ona miała tylko jego twarz i posturę, ale w ogóle nie miała związku z jego osobą. No, ale tak na prawdę zdałam sobie z tego sprawę dopiero niedawno. Kochałam się w nim przez kilka lat i cały czas wydawało mi się, że to on jest przedmiotem moich westchnień. Szkoda tylko, że otrząsnęłam się późno, może nawet za późno. Postawiłam sobie wysoko poprzeczkę, bo przecież każdy mój chłopak musi być chociaż w połowie podobny do M. - frajera, jak się później dowiedziałam.
Jakoś w piątej klasie podstawówki zaprzyjaźniłam się z dwiema dziewczynami. Były to siostry, a żeby było śmieszniej bliźniaczki jednojajowe. Dogadywałam się z nimi całkiem nieźle, ale jak powszechnie wiadomo "baby są jakieś dziwne", więc ta znajomość nie przetrwała próby czasu. W każdym bądź razie, one chodziły z M. do klasy, a co najlepsze znały go całkiem nieźle. No i właśnie one zrujnowały moje wyśnione mniemanie o tym chłopaku. Okazało się, że wciąż pożycza pieniądze pomimo tego, że ma ich w brut, a co gorsza nigdy ich nie oddaje, licząc, że pożyczkasz zapomniał. Dowiedziałam się też o kilku sprawach, których niestety dziś już nie pamiętam, decydujących o mojej decyzji. Zdusiłam w sobie to dość rozwinięte uczucie i postanowiłam pójść do przodu. Łatwo tak teraz o tym pisać, bo z perspektywy czasu wiem, że cała ta wyimaginowana miłość nie była niczego warta, ale wtedy było mi na prawdę ciężko dać sobie spokój. Gdy tylko światło gasło, a moje ciało otulała puchowa kołdra moje myśli od razu zaczęły krążyć dookoła jego osoby. Związek, młodzieńcza miłość, oświadczyny, dom, dzieci, rodzina... Czasami nie mogłam tego znieść i ulegałam choć nie do końca. Przede wszystkim zmieniło się to, że jak mijałam go na korytarzu w szkole patrzyłam na niego jak świadomy człowiek, a nie zakochana po uszy nastolatka. Stał mi się obojętny, a wręcz nieciekawy.

Tak oto zakończyła się moja pierwsza, szaleńcza miłość, która zmieniła we mnie tak wiele... Niestety chyba nie nauczyła mnie niczego...


- Ken nie dodałam cienia do liter, jestem załamana! A co jak zabraknie mi jednego punktu ?! Będę musiała zdawać od nowa... - krzyczałam zdenerwowana do telefonu. Dokładnie przed sekundą skończyłam pisać egzamin zawodowy praktyczny i nie wahając się ani chwili zaraz po zamknięciu za sobą drzwi wybrałam numer mojego chłopaka. Byliśmy ze sobą już prawie dwa lata i choć nasz związek był przepełniony kłótniami i niedomówieniami, było nam dobrze, chyba.
- Spokojnie, opowiedz wszystko po kolei - poprosił łagodnie, a ja słysząc jego zrelaksowany głos sama się nieco uspokoiłam. Wzięłam głęboki oddech i przymknęłam powieki licząc, że to mi pomoże.
- No zrobiłam wszystko. Całą ulotkę tylko właśnie nie dodałam tego cienia i miałam obsówkę dwa milimetry na każdym boku - szepnęłam nadal rozgoryczona. Mój telefon wciąż wibrował w mojej dłoni, oznajmiając mi że ktoś próbuje się do mnie dobić. Starałam się to sprawnie ignorować - Boję się Ken - dodałam i poczułam jak oczy zaczynają mnie niebezpiecznie piec. Tak właśnie kończy się mój stres. Płaczem.
Zmierzałam w stronę przystanku, bo niestety przez ciążącą mi chorobę chciałam jak najszybciej wrócić do domu. Czułam się tak jakby ktoś zmiażdżył moje ciało na nic nie warty proch. Rajstopy mnie uwierały, sukienka leżała nie tak jak powinna, a włosy wciąż się elektryzowały. Stres mnie tak przyćmił z rana, że nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego jak fatalnie wygląda moja twarz. Dopiero przy wyjściu ze szkoły spojrzałam w lustro i dostrzegłam wory pod oczami, zmęczone spojrzenie i bladą twarz.
- Przecież to było na górze, pod menu - powiedział już nieco ostrzej - Trzeba było się tam rozglądnąć i przede wszystkim czytać - już wtedy wiedziałam, że mój kochany Ken właśnie przepadł gdzieś w worze z wyrzutami. Zawsze to robił gdy coś mu nie pasowało. Wyłączał emocje i uczucia, a następnie nie przejmując się kompletnie niczym walił w człowieka wszystkim co miał pod ręką. A konkretnie słowami wbijającymi się w serce niczym sztylet.
- Szukałam tego wszędzie, ale najwidoczniej nie zauważyłam - mówiłam powoli i ostrożnie, bojąc się kolejnego jego wybuchu - To chyba ten stres odebrał mi resztki rozsądku - zaśmiałam się delikatnie chcąc rozładować napiętą atmosferę.
- Jak się nic nie robi to nie dziwne, że później się nic nie wie - gardził mną w momentach, w których nie byłam mu potrzebna. Dlaczego liczyłam, że coś się zmieni jak wciąż było tak samo?
- Słucham? - szepnęłam, czując, że łzy próbują się wycisnąć spod powiek.
- Nic nie robisz. Oglądasz tylko te swoje seriale, czytasz głupie książki o miłości, albo piszesz pierdoły, których i tak nikt nie czyta - oznajmił pewnie.

Właśnie w tym momencie powinna mi się zaświecić czerwona lampka, ale tak nie było. Po prostu wróciłam do domu wciąż wierząc, że Ken ma zły dzień. Kochałam tego wyimaginowanego Kena, który nigdy nie istniał, albo żył w nim, ale tylko czasem, raczej rzadko. Potrafiłam kochać potwora, bo wydawało mi się, że nie zasługuje na nic więcej.
0
Share
Tak naprawdę nikt, nic o mnie nie wie. Nawet ja siebie nie znam. To przerażające, że czasem jestem zaskoczona swoimi decyzjami. W około mnie wciąż słyszę, że nie wiem co robię, że nie potrafię kierować swoim życiem, że szukam nie wiadomo czego, a sama nie daje nic od siebie, że wciąż się użalam nad sobą, że narzekam jak stara baba, że płaczę jak małe dziecko z byle powodu, że nic nie robię tylko ciągle czytam, że jestem chamska i niemiła, że ranię wszystkich dookoła… Zawsze się bronię. Wymyślam niedorzeczne argumenty, by tylko pokazać drugiej osobie, że tak nie jest. Po co? Jaki mam w tym cel? Sama nie wiem. Może po prostu boję się, że ktoś pomyśli o mnie źle.
Tak naprawdę jestem zwykłą aktorką, która niedawno ukończyła studia na dobrej uczelni. Dostała pierwszą rolę i wkładała w nią całe serce. Miała w sobie dużo talentu, który z każdym dniem rozwijała się coraz bardziej.
Kłamie bez zająknięcia.
Wyznaje gorącą miłość choć jej serce bije w normalnym tempie.
Krzyczy choć wcale nie ma na to ochoty.
Nienawidzi choć wciąż kocha.
Płaczę choć tak naprawdę nie ma powodu.
Ucieka przed problemami choć nie musi.
Reżyserem jest każdy człowiek stąpający po Ziemi. Poznaje ją i mówi jak ma grać, jaka ma być, jak ma postępować i czego od niej oczekuje. Kroczy wciąż za nią i obserwuje każdy jej ruch, by przy pomyłkach móc na nią krzyknąć.
Scenarzyści to osoby najbliższe. To właśnie oni za wszelką cenę chcą wyznaczyć odpowiednią drogę podążania. Co rusz coś zmieniają i kreślą. Dużo się kłócą i nie mogą dojść do kompromisu.
A filmem, wielką ekranizacją, jest moje życie.
Tak naprawdę jestem w stanie zagrać każdego. Jestem w stanie zbudować w sobie tyle barier ile będzie trzeba. Wznieść tyle murów na ile pozwolą mi siły.
Mogę być jędzą, mogę być szmatą, mogę być kochającą żoną, ale i kochanką, mogę być złodziejką, mogę być wrzeszczącą nastolatką, mogę być histeryczką… Szkoda tylko, że nie potrafię być sobą.

W moim życiu było kilku facetów. Jedni byli na poważnie i na dłużej, inni stanowili tło dotychczasowego życia. Oczywiście od razu można domyśleć się których było więcej. Może to dlatego, że według horoskopu celtyckiego jestem drzewem jabłonią, a one lubią bardzo romansować? Jabłonią był również Adam Mickiewicz, ale nigdy nie zagłębiałam się w historię jego kochanek. To przykre, że o człowieku, który napisał epopeje narodową wiemy jedynie tyle, że był sławnym i zdolnym pisarzem. Pani na języku polskim opowiadała nam, że na zwykłych spotkaniach potrafił mówić wierszem na zawołanie, a co najlepsze wymyślał to na bieżąco. Już mogę stwierdzić, że ja nie jestem taka uzdolniona, ale skoro jesteśmy jednym drzewem to coś nas musi łączyć. Może to ta miłość do pisania?

Kilka dni temu siedziałam w wannie. Otaczała mnie pachnąca piana, a moje ciało pieściła gorąca woda. Wzdychałam co rusz z nieznanego mi powodu. Oparłam się wygodnie i zamknęłam oczy chcąc choć przez chwile poczuć się jak egipska księżniczka. Potrzebowałam odprężenia i relaksu. Po walkach jakie stoczyłam z nauczycielami o dobre oceny w końcu mogłam sobie pogratulować. Udało mi się wywalczyć pasek, ale nie taki na tyłku tylko na świadectwie. Mina mojej mamy gdy jej o tym powiedziałam była bezcenna. Od razu mnie przygarnęła i wycałowała moje pucołowate poliki. Była szczęśliwsza ode mnie. Choć dla mnie ważniejsze było to, że czułam, że jest ze mnie dumna. To właśnie takie wybuchy radości najbliższych dają mi siłę na parcie do przodu, na zdobywanie kolejnych twierdz i przeciwstawianiu się pechowi.

Wtorek był dla mnie dniem wolnym i zdecydowanie mi się należał.


Mój chłopak. Mój mężczyzna. Mój wybranek. Mój ukochany. Mój jedyny...
Nazywać go możemy na wiele sposobów, ale żaden z nich nie odzwierciedla tego kim faktycznie dla nas jest. Może być moim facetem na chwile. Może być moim ukochanym na zawsze. Może być moim chłopakiem na pokaz. No i może być moim mężczyzną z samochodem. Tak na prawdę liczy się to co jest po określeniu jego osoby. Jakaś cecha, zachowanie, przyzwyczajenie albo po prostu nasze odczucia względem niego. To tworzy naszego mężczyznę, chłopaka, ukochanego, jedynego i tak dalej...
- Jaki on jest? - zapytała mnie kilka dni temu Maddie, dziewczyna która jest dla mnie wszystkim, i na której pocieszenie mogę liczyć zawsze nie patrząc na dzień ani godzinę.
- Kto? - byłam tak zamyślona, że odcięłam się od rzeczywistości. Czasem już tak mam. Gdy panuje w około mnie cisza, odpływam w nieznane mi ani nikomu lądy. Dlatego też gdy jeżdżę autobusem zakładam słuchawki i narzucam mojemu mózgowi dudniącą muzykę. Bo w końcu chce dotrzeć do szkoły i absolutnie się nie spóźnić.
- No Ken, jaki jest? - sprecyzowała wciąż wpatrując się w swój ukochany telefon, drugą rękę, bratnią duszę...
- Jest miły, lubię go - powiedziałam najbardziej idiotyczne zdanie w dziejach idiotycznych zdań. Spojrzała a mnie w końcu odwracając uwagę od swojego telefonu i uniosła brwi zaskoczona, a może zdziwiona? Patrzyła na mnie jak na dziewczynę, która przybiegła do niej w poszarpanej sukience i zaczęła krzyczeć "Pani ja ze wsi, a tu tyle traktorów, że jo nie wiem jok mom wrócić".
- Jesteś z nim już półtora roku, dzielisz się z nim dosłownie wszystkim, nawet kebabem, a do tego wszystkiego zaprosiłaś go do domu i ty mówisz, że go lubisz?! - jęknęła przeciągle i westchnęła załamana. Przecież to nie moja wina, że jestem pokręcona i nie wiem czego chce, prawda?
- No on po prostu mnie fascynuje... No wiesz, jego postawa i zachowanie... Chciałabym wiedzieć co siedzi tam wewnątrz niego i skłania go do takich decyzji - odpowiedziałam w końcu bez szczególnej składni. Zdarzało mi się jąkać i mówić bez jakiegokolwiek sensu oraz często się przejęzyczam, bardzo często, ale odkąd zauważyłam, że otaczającym mnie ludziom to nie przeszkadza, przestałam się tym przejmować.
- Po co ty się bawisz w jakiegoś pieprzonego psychologa do cholery?! Przecież ty masz swoje życie, swoje problemy i swoje dziwactwa nie musisz zajmować się jeszcze jego... - czy ja usłyszałam w jej głosie politowanie?! - Nie wiem po co ty się z nim zadajesz IS... Od takich to trzeba się trzymać z daleka, bo nigdy nie wiesz kiedy wpadną na genialny pomysł zamordowania cię - dodała kończąc swoją jakże pomocną przemowę.
- Przestań już tak po nim jeździć... On mnie pokochał taką jaka jestem i to się liczy - zakończyłam temat klepiąc się w uda. Złapałam w dłoń pojemnik z chłodną herbatą z "Bubble Tea" i upiłam nieduży łyk. Czarna z wiśniami i liczi... Mniam! Oparłam się i podciągnęłam nogi rozkoszując się promieniami słonecznymi grzejącymi moje gołe łydki. To i tak cud, że je pokazałam, choć w sumie są chyba jedyną częścią ciała, której nie uważam za grubą.
- A pamiętasz jak kłócił się ze mną, po czym jak ty próbowałaś nas uspokoić zwyzywał cię i obraził się na CIEBIE na kilka godzin? - zapytała retorycznie. Kiwnęłam głową zrezygnowana i zawiedziona tym, że dalej wałkujemy ten temat - I dalej twierdzisz, że cię kocha?! Przecież on na każdym kroku chce cię ulepić tak by JEMU było wygodnie! - wciąż wrzeszczała na tyle głośno, że przechodnie oglądali się za nami. Niestety Maddie ma jedną dominującą wadę, a mianowicie jest bardzo, bardzo, ale na prawdę bardzo nerwowa. Wystarczy ją szturchnąć za mocno, a ona już wybucha niczym bomba atomowa tyle, że bez ostrzeżenia. Użeram się z tym od kilku lat. Może dlatego jak ją poznałam w podstawówce tak bardzo jej nie lubiłam. Wydawała mi się taka niemiła i cholernie idealna. Dobre oceny, masa przyjaciół, cudowni rodzice, sympatia, którą darzyli ją ludzie... A może po prostu dlatego, że potrafiła tak dobrze grać kogoś kim nie jest, a ja byłam w tym kiepska.
- Rzuć go - dodała nieco spokojniej nadal wbijając we mnie te swoje zielono-niebiesko-szare ślepia. Wzruszyłam ramionami z bezradności i utkwiłam wzrok w czymś bardzo odległym. Nie byłam pewna co to było, choć kształtem i nieco kolorem przypominało wiewiórkę. TĄ wiewiórkę, atrakcje naszego Podwisłocza. Przypomniałam sobie jak kiedyś Ken chciał ją sfotografować, ale ona jest na tyle dzika, że wciąż mu uciekła. Przeklinał pod nosem i biegał za nią z telefonem wygłupiając się jak małe dziecko. Byliśmy wtedy tacy szczęśliwi...
- Widzę, że ci nie przegadam - zakończyła swój monolog, który miał mnie najwidoczniej zmotywować. Wiedziałam, że oni wszyscy mają rację. Maddie, mama, tata, ciocia Anna i babcia Lucia, ale ja tak bardzo nie umiem...
Krótko obcięta blondynka wstała niepostrzeżenie i zaczęła zbierać porozwalane po ławce rzeczy. Patrzyłam na nią jak zaczarowana czekając na zdanie wyjaśnienia.
- Nie mów, że się obraziłaś... - szepnęłam poddenerwowana. Nienawidzę jak ktoś manipulacją emocjonalną próbuje na mnie wymusić jakieś reakcje. A jednak wciąż to znosisz ze spuszczoną głową... Szeptała moja podświadomość, ale z racji tego, że nie mogłam się teraz zamyślać postanowiłam to zignorować.
- Nieee- przeciągnęła trochę zbyt sarkastycznie jak na nią - Zrobisz co zechcesz IS, a ja i tak w każdej chwili przyjadę do ciebie z kartonem chusteczek i będę głaskać twoją szlochającą głowę - westchnęła, ale nie dlatego, że to miał być jej obowiązek. To było zmartwione westchnienie - Chodźmy na wały, wszyscy na nas czekają - powiedziała już nieco weselej. Odezwał się w niej ten dobrze mi znany głód alkoholowy...
Zabrałam pozostałości mojej herbaty i siorbiąc ją może trochę zbyt głośno szłam ramię w ramię z Maddie słuchając jej paplaniny o Max'ie cudownym chłopaku...
Wały. Miejsce gdzie w piątek cała młodzież z mojego miasta schodzi się tylko po to by móc zatopić usta w zimnym piwie. Ostatnimi czasy bywam tam często, ale to tylko dlatego, że moi znajomi lubią tam przebywać, a ja lubię moich znajomych. Westchnęłam głośno zaciskając w dłoniach zimną puszkę z gorzkim piwem. Od czasu do czasu wylewałam trochę zawartości aluminiowego opakowania w krzaki, tak by nikt nic nie zauważył. Po pół godzinie oglądania pijanych młodych ludzi mam szczerze dość. Z tego co słyszę to między nastolatkami buszują policjanci w cywilu, ale wcale mnie to nie przeraża, bo prawie nic nie wypiłam. Wszyscy na około wykrzykują co jakiś czas "kijanki" i są z siebie niezwykle dumni, a później następuje dość głośny szum spowodowany tym, że większość zgromadzonych chowa swoje trunki bojąc się, że strażnik porządku mógłby wylać napój szczęścia. Niektórzy zachowują się tak jakby alkohol był ich największym skarbem, którego trzeba bronić za wszelką cenę, są to zazwyczaj gówniarze z gimnazjum, którzy albo są tu pierwszy raz, albo są nowi w swoim towarzystwie. Cała reszta ma w dalekim poważaniu "przerażającą" kontrolę policjantów.
- Ej IS chodź z nami do sklepu, bo masz dużą torbę - woła mnie Caro, jedna z dziewczyn która jest w stanie zrobić wszystko, dosłownie wszystko dla butelki piwa. To właśnie denerwuje mnie najbardziej! Jak można wymagać od dziewczyn, które mają trochę większą niż przeciętnie torbę, że będą nosić cały alkohol z uśmiechem na ustach?
- Nigdzie nie idę, zimno mi - warczę może trochę zbyt agresywnie niż bym chciała. Odwracam głowę i skupiam się na zaciemnionej przestrzeni. Centralnie przede mną jest duży plac, takie zarośnięte trawą wgłębienie pomiędzy niskimi górkami, czyli po prostu wałami. Rośnie tam kilka drzew, ale nie jeden koło drugiego tylko raczej są one porozrzucane. Maddie nazywa to "sikalnią". Chyba już wiadomo do czego tutaj służy ten kawałek zieleni.
Dostrzegam jakąś postać, która jedną dłonią opiera się o drzewo, a drugą gmera sobie w spodniach. Od razu czuje jak mój żołądek robi przewrotkę chcąc zmusić mnie do zwrócenia jego zawartości. Zasłaniam usta dłonią i wybałuszam oczy zaskoczona.
- Czy on... - szepcze z obrzydzeniem sama do siebie i rozglądam się na boki szukając przyjaciółki. Niestety nigdzie jej nie dostrzegam, co jest dla mnie jasnym sygnałem, że wzięła swoją ogromną torbę i poszła z Caro po "dostawę". Wzrokiem w tłumie nieznanych mi chłopaków dostrzegam Matt'a, chłopaka Caro. Dogadujemy się... A przy najmniej kiedyś się dogadywaliśmy, nawet za bardzo...
- Matt nie uwierzysz! - krzyczę, a on od razu odwraca się słysząc mój przerażony ton. Podchodzi i zgrabnie aczkolwiek po męsku siada obok mnie na betonie - On sobie... Fuj! - mówię zasłaniając oczy. Słyszę jak brunet rechocze i czuje jak jego ramie ociera się o moje.
- Może zobaczył jakąś super laskę i wiesz... - przerwałam mu natychmiast wydając z siebie okrzyk obrzydzenia - oj przestań! To naturalne, że ludzie się czasem ma....
- Masakra! Ale się kłóciłam z tą uparta baba! - przerwała mu Caro wdrapując się na górkę. Siada obok swojego ukochanego chłopaka i obdarowuje jego policzek suchym i niezwykle szybkim całusem- Pokazuje jej paszport, a ona do mnie, ze mi nie sprzeda, bo nie mam dowodu! - wykrzykuje zdenerwowana wciąż nerwowo zatrudniając rdzawa grzywkę z czoła.
- Fascynujące- szepcze pod nosem zła bez powodu. Patrzą na mnie obydwoje, a ja czuje, że moje policzki przybierają kolor świeżej róży, które na walentynki wręcza się dziewczyną - Zobaczę co u Maddie- mówię szybko chcąc uciec, ale przy podnoszeniu się nie do końca wiem z jakiego powodu z powrotem upadam. Łapie mnie Matt, a ja dziękuję mi skinieniem głowy i umykam najszybciej jak potrafię.
0
Share
Nowsze posty Strona główna

O mnie

Moje zdjęcie
Zakochana Złośnica
Jestem realistką, która lubi płakać ze szczęścia. Lubię swoje trampki, bo mogę w nich przejść pół świata. Lubię swoją szkołę, bo nauczyciele mnie zwyczajnie szanują. Lubię swoich przyjaciół, bo mnie słuchają. Lubię mówić, dużo, szybko i często, bez ładu i składu. Lubię pisać, choć nie zawsze wychodzi mi to tak jakbym chciała. Lubię ludzi, ale tylko tych miłych. Lubię gdy pada deszcz, bo mam wrażenie, że to oczyszcza świat z negatywnych emocji. Lubię swój pokój, bo jest odzwierciedleniem mojej duszy. Lubię kawę, bo jej gorycz budzi mój wiecznie śpiący mózg. Lubię herbatę, bo rozgrzewa moje wiecznie zmarznięte ciało i koi skołatane myśli. Lubię swoje oczy, bo jest w nich cała prawda o mnie. Lubię opowiadać o świecie, który istnieje we mnie, ale tylko nieznajomym.
Wyświetl mój pełny profil

Popular Posts

  • GRUDZIEŃ 2017, DZIEWIĘTNASTKA
    Kolejny rok przepłynął mi przez palce niczym przyjemnie ciepła woda z oceanu. Po raz kolejny robię podsumowanie w ten właśnie dzień, w Wigil...
  • Wrzesień 2016, DZIESIĄTKA
    Biała suknia spływała po moim ciele niczym piana, przyniesiona przez morze na brzeg. Wykonana z delikatnej aczkolwiek charakterystycznej ko...
  • Listopad 2016, TRZYNASTKA
    Wciąż czuje się zagubiona. Nie wiem co mam myśleć, jak postępować, co mówić i co robić. Nie chcę się narzucać, nie chce być obojętna, nie ch...
  • LUTY 2018, DWUDZIESTKA JEDYNKA
    Przeszłość wydaje się czymś odległym. Na co dzień stykamy się z nią bardzo rzadko albo wcale, a jednak ona gdzieś tam jest i wciąż żyje. Ost...
  • Początek czerwca 2015, JEDYNKA
    Tak naprawdę nikt, nic o mnie nie wie. Nawet ja siebie nie znam. To przerażające, że czasem jestem zaskoczona swoimi decyzjami. W około mni...
  • Maj 2017, SZESNASTKA
    Małżeństwo, czyli moment, w którym dwoje ludzi staje się jednością. Przestają być już jednostkami, kolejnymi z populacji, zaczyna łączyć ich...
  • GRUDZIEŃ 2017, Dwudziestka
    Dwadzieścia lat. Przeskoczenie kolejnej belki, kolejnej bramki, kolejnej niewidzialnej granicy jaką tworzymy my, ludzie. Odsunięcie lat nast...
  • Październik 2016, DWUNASTKA
    Za oknami było ciemno, wręcz czarno, ale moje serce świeciło, niczym letnie słońce. Czułam jak ciepło rozpływa się po całym moim ciele, tak...
  • Grudzień 2016, CZTERNASTKA
    Mój rok zaczyna się właśnie od świąt Bożego Narodzenia. To dość niestandardowe podejście do tego święta, ale myślę, że to nie tylko narodzin...
  • Maj 2018, Dwudziestka dwójka
    Po raz kolejny stał w jej drzwiach. Spoglądał na nią zupełnie inaczej, jakby bał się tego co zrobi. Cudownie było widzieć niepewność krążącą...

Obserwatorzy

Archiwum bloga

  • ▼  2024 (1)
    • ▼  października (1)
      • Październik 2023, tutaj zacznij
  • ►  2020 (1)
    • ►  listopada (1)
  • ►  2018 (3)
    • ►  maja (1)
    • ►  lutego (2)
  • ►  2017 (5)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  października (1)
    • ►  maja (2)
  • ►  2016 (14)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  października (1)
    • ►  września (11)
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 Zakochana Złośnica

Created By ThemeXpose & Distributed By Blogger Templates