Zakochana Złośnica

Straciłam cię.
Nie wiem czyja to była wina
Nie wiem kto walczył, a kto nie
Nie wiem czy powinnam
Czy chce
Ale...
Straciłam cię.
Powiedz mi czemu odeszłaś ?
Czemu się tak szybko poddałaś kiedy ja uwierzyłam, że zawalczysz ?
Zawiodłaś mnie tak jak ja ciebie
To niewybaczalne
Więc...
Straciłam cię.
Statek zatoną bez nas
A my patrzyłyśmy na niego
Obie
Ale z dwóch innych miejsc
Pozwoliliśmy na to
Świadome do bólu
I... Straciłam cię.

Tylko, że ja już nie chce walczyć
O ludzi nie wartych się nie walczy
Boli gdzieś w środku, ale spokojnie obojętność zabije to w zarodku
Straciłam cię.
Utopiłam wspomnienia w butelce wina
Utopilam 5 łez naszej przyjaźni
I wstałam by móc żyć tak jakby cię nigdy nie było
Bo na to zasłużyłaś i ja też
Więc cierpmy osobno
Jak siła rozdzieleni kochankowie
Tylko...
My tego chciałyśmy
Świadomie lub nie...
Straciłam cię.
Ale
Ty i mnie.
Więc żegnaj.
0
Share
Biała suknia spływała po moim ciele niczym piana, przyniesiona przez morze na brzeg. Wykonana z delikatnej aczkolwiek charakterystycznej koronki. Klatka piersiowa była idealnie opięta, a każdy skrawek materiału przylegał, natomiast dół był puszczony swobodnie. Była lekka i zwiewna, ale jednocześnie spektakularna.
Ciemne włosy były ozdobione niedużym warkoczem i lekko pokręcone dla lepszego efektu. Gdzieniegdzie wplątane były malutkie kwiatuszki, pasujące odcieniem do sukni. Były dopełnieniem całego stroju.
Czułam się w niej dobrze, tak jakby była moją drugą skórą. Spojrzałam w lustro, by ocenić całość. 
Nieidealnie, czyli cudownie.
Stanęłam na ciepłym piasku i spojrzałam przez szparę między kotarą. Wszyscy spoczywali już na krzesłach przenośnych, a on stał tam gdzie powinien. Czekał na mnie, by móc powiedzieć mi to długo wyczekiwane "tak". Nie czułam strachu, ani grama, ale podekscytowanie też mi nie towarzyszyło. Byłam tak szczęśliwa, że aż nieprzytomna. Nie miałam czasu myśleć, zastanawiać się. Liczyło się tylko to co miało nastąpić za niecałe dziesięć minut. Pieczęć oddzielająca nas od młodości, od wolności, od egoizmu, od szczenięcej miłości. Odtąd będziemy musieli dorosnąć, dojrzeć, przygarnąć empatię i rozumieć. Nie miałam większego marzenia niż właśnie to.
Usłyszałam drżący dźwięk skrzypiec i odczekałam kilka sekund zanim wyszłam z namiotu. Nic nie było planowane ani standardowe. U mojego boku nie było taty, pod moimi stopami nie było posadzki kościelnej, nie dążyłam do ołtarza i nie miałam idealnego makijażu. Rodzice siedzieli w pierwszym rzędzie, pod stopami miałam najprawdziwszy piasek, który wciąż był ciepły po słonecznym dniu, szłam w stronę ukochanego, obok którego stał duchowny, wpatrywałam się w słońce, które powoli schylało się ku zachodowi... W dłoniach trzymałam kilka kwiatów polnych przewiązanych wstążką. Uśmiechałam się szeroko, wiedząc, że wcale nie wybielałam zębów przed tą wyjątkową chwilą. Nic się nie liczyło prócz niego.
Jego blond włosy jak zwykle wyglądały idealnie, choć wiedziałam, że toczył z nimi walkę jeszcze tego samego dnia. Jego uśmiech odsłaniał małe, porozsuwane zęby, które tak mnie rozczulały od zawsze. Radość, którą przydymiło uczucie miłości i bezgranicznego oddania, błądziła w błękitnych, jak ocean za nim, oczach. Miał na sobie białą koszulę, delikatnie opinającą klatkę piersiową, której pierwsze dwa guziki były odpięte. Spodnie w kolorze piasku, za kolano. Wyglądał idealnie, tak jak zwykle, ale nie to się liczyło...
Złapał moją rozedrganą dłoń i ucałował każdą kosteczkę. Uśmiechnął się szeroko...
- Ja Martin biorę sobie Ciebie za żonę i ślubuję, że będziesz zawsze uśmiechała się tak radośnie jak teraz, że nigdy nie zabraknie ci wsparcia, kłótni i śmiechu... Że nie opuszczę Cię aż do śmierci, że będę przy twym boku zawsze, choćby świat miał się skończyć...
- Ja IS biorę sobie Ciebie za męża i ślubuję, że nie braknie Ci śmiechu, poważnych rozmów, kłótni, że nigdy nie zabraknie Ci mojego wsparcia... Że nie opuszczę Cię aż do śmierci, że będę przy twym boku zawsze, choćby świat miał się skończyć...
To wystarczyło bym zrozumiała na co tyle czekałam. Na złączenie dusz, które w tej pięknej chwili, przy najbliższych, nastąpiło.

- I niech miłość da wam siłę, by przetrwać...Od tej pory wasza dusza tworzy jedną całość i nikt, nigdy jej nie rozłączy...
1
Share
Ostatnio czułam się zła. Zresztą wciąż się tak czuje. Jakby wszyscy byli winni tego jak jest.
Ale to nie prawda, bo winny jest tylko ten kto nabroił, a w tym wypadku ja.

Depresja Stadium I
Jest późny wieczór, a ja wchodzę do łazienki. Chce się umyć, bo bez tego zdecydowanie nie jestem w stanie zasnąć. W domu panuje cisza, która czai się w ciemnościach, ale ja w ogóle jej nie zauważam. Brnę przez śnieżycę moich myśli i zatapiam się w nich z każdą minutą coraz to bardziej. Niczego konkretnego tam nie szukam, po prostu potrzebuje pobyć sama ze sobą, a to najlepszy sposób.
Zrzucam z siebie wszystkie ubrania i zabieram się za zdejmowanie mojej ukochanej biżuterii. Za każdym razem gdy to robię wspominam. Srebrna bransoletka, która ma aż trzy znaki nieskończoności wysadzone małymi, święcącymi kryształkami. Od Martina. W niektórych miejscach wyraźnie brakuje owych kamyczków. Tak jakby ten przedmiot sprawiający, że o nim pamiętam chciał mi coś przekazać... Chciał mi powiedzieć, że nasza miłość nigdy nie będzie idealna. Będzie pełna kłótni, nerwów, sprzeczności i ciszy, ale zdecydowanie w mniejszym stopniu niż zrozumienia, namiętności i czułości. Jest nieidealna, jak my.
Druga bransoletka jest od Maddie. Jest to prosty łańcuszek, w którego centrum jest piękna śnieżynka również wysadzana małymi kamyczkami. Symbolizuje on zimę, czyli porę roku, w czasie której mam urodziny. Niedaleko śnieżynki znajduje się mała, niewyróżniająca się kropeczka. Czasem mam wrażenie, że to jestem ja. Maddie jest tą dominującą i skupiającą na sobie wzrok śnieżynką, a ja płaską kropeczką, której na pierwszy rzut oka nikt nie zauważa.
Do tego zawsze na nadgarstku mam naszyjnik z medalikiem komunijnym, który przerobiłam na bransoletkę. Nie ściągam go jednak, bo lubię go mieć przy sobie zawsze, nawet podczas kąpieli.
Wtedy napada mnie pewna myśl, a to wszystko za sprawą płaskiego, szklanego kwadratu, który leży na podłodze i kusi. Waga, albo raczej wyrocznia. To nieco śmieszne, że takie urządzenie jest często przyczyną wielu stanów depresyjnych.
- Dawno się nie ważyłam - myślę.
Wtedy do głowy wpada mi (nie) genialny plan! Zrobię to!
Jedna noga, druga... Patrze i mam wrażenie, że nie stoję sama. Rozglądam się. No nie, jestem zdecydowanie tylko ja w tej łazience. Patrze w dół doszukując się jakiejś trzeciej (nie mojej) nogi, bądź worka ziemniaków, który ktoś zostawił w łazience przez przypadek, ale nie.
Moja cała pewność siebie rozpada się. Cegła, po cegle leci w przepaść, a ja nie jestem w stanie nic z tym zrobić. Postanawiam zejść i nie patrzeć na cyferki, które śmieją się ze mnie.
Koniec fazy pierwszej.

Depresja Stadium II
Widzieliście kiedyś fokę w przebraniu człowieka?
Ja widzę codziennie w lusterku.
- No skacz IS, odważnie! - krzyczy Martin podskakując coraz wyżej na trampolinie. Delikatnie odbijam się od czarnego podłoża, ale praktycznie w ogóle się nie unoszę. Próbuję się go złapać, ale on zdaje się nie reagować na moje błagalne próby utrzymania równowagi, a wręcz nakręca się jeszcze bardziej.
- Bałwanie stój! - krzyczę patrząc na niego uważnie, by w razie gdyby się obraził zgnieść go całym moim otłuszczonym ciałem, ale nic takiego się nie dzieje. Zaczyna się śmiać i w końcu staje w miejscu. Trzymam się go kurczowo i powoli zaczynam się odpychać, a w rezultacie unosić.
- No widzisz, to nie takie trudne - oznajmia pan i władca trampoliny i znów robi swoje popisowe akrobację, a właściwie gra w grę "Kto skoczy wyżej" sam. Znów tracę równowagę, ale skaczę już odważniej.
Po dziesięciu minutach bawimy się w najlepsze, jak dwa małe przedszkolaki. On skaczę, a ja siedzę po turecku i również podskakuje. Udaje, że medytuje aż tak mocno, że zaczynam się unosić. Śmiejemy się głośno, DO CZASU.
- O ja! Masz tu dziurkę między nogami - oświadcza mój mężczyzna. O dziwo się nie śmieje.
Spoglądam w pokazane miejsce i nie mogę uwierzyć. Podarłam moje ukochane spodnie!
Koniec fazy drugiej.

Depresja Stadium III
Maj to czas matur, więc wiążę się to z tym, że pozostałe klasy mają wolne od szkoły. Ponieważ jest w III klasie technikum, egzamin dojrzałości będę pisać za rok, z czego jestem niezmiernie uszczęśliwiona. No i mówiąc prosto, mam wolne przez cały tydzień
Wolne dni zwiastują porządki. Moja szafa z ubraniami woła o pomstę do nieba, a ja skrupulatnie to ignorowałam. No, ale w grudniu skończyłam osiemnaście lat i nie mogę się już zachowywać jak małe
dziecko, więc postanowiłam zachować się jak dorosły!
Odpaliłam film, poszłam sobie zrobić herbatę, wypiłam ją, przeglądnęłam pięćset razy Facebook'a (bo przecież w ciągu 5 sekund mogło się coś zmienić), starłam kurze na komodzie, sprawdziłam osiem razy czy wszystkie książki stoją na półce równo, zjadłam kawałek szarlotki, rozpakowałam zmywarkę, umyłam ręce (bo od nic nie robienia też się brudzą), a no i jeszcze przemyłam czyste buty, tak na wszelki wypadek.
No i po tych kilku godzinach dorosłości, ubrałam zbroję i postanowiłam ruszyć na pole walki.
Wojowałam mieczem dość długo, bo nie każdy uczestnik przyjął do wiadomości, że wojna się skończyła i nie trzeba się bronić.
Z dolnymi półkami wygrałam, a wtedy przyszedł czas na górną. Ubrania letnie.
Dlaczego grubaski nie lubią lata? Bo ściągają wyszczuplającą bieliznę, obciskające (trzymające w ryzach tłuszcz) dżinsy i zauważają, że to wcale nie znikło. Najgorsze jest uczucie, gdy w połowie lata zaczynasz rozumieć, że leżąc na słońcu wcale nie wypalasz tkanki tłuszczowej.
No więc zaczęło się mierzenie - dołowanie.
- Mamo, patrz te spodnie są jeszcze dobre - krzyczę z pokoju i powoli, małymi kroczkami wtaczam się do kuchni z lekką obawą, że owe spodnie zaraz pękną z przeciążenia.
- Skarbie, lekko cię obciskają - oznajmia czule - Ale założysz je raz czy dwa i się rozciągną, bo z tego co pamiętam to są niedawno wyprane - nie żebym nie nosiła ich z półtora roku temu.
- No nie wierze! Te też są na mnie dobre! - mówię sama do siebie przeglądając się w wielkim lustrze w przedpokoju.
- A to nie te, które były na ciebie za duże ? - mama powinna kochać i wspierać, nie?
- Mia możesz sobie wziąć ten kombinezon, bo chyba za bardzo mnie obciska - mówię do siostry, czując się jak baleron otaczany sznurkiem.
- O ja! Super! Dzięki - chociaż jedna osoba jest szczęśliwa z tego powodu, że wyraźnie przytyłam.
- Myślisz, że fajnie by to wyglądało z dżinsową kurtką? - papla Mia, a ja wciskam się w kolejną parę spodenek - O matko! Zrobił ci się rów, ale z przodu! - wybucha śmiechem. Podchodzę do lustra i zaczynam rozumieć dlaczego jest taka rozbawiona.
- Ale jestem gruba! - mówię sama do siebie, nie dowierzając do końca.
- To trzeba iść na siłownie - mądrości Mii.
Koniec fazy trzeciej.

Choroba się rozwija błyskawicznie.              prawda.
Szanse na wyzdrowienie.                               brak.
Wsparcie rodziny.                                           brak.
0
Share
Walentynki. Były już jakiś czas temu, ale zdecydowanie nie miałam czasu na pisaniu o nich, a jest o czym.

Jeśli jesteś zajęty...
To piękne święto. Co prawda miłość powinno się celebrować codziennie, ale to dzień, w którym MUSIMY i chcemy musieć mieć na to czas. W ten dzień rzuca się wszystko. Spędza się go z drugą połówką na czymkolwiek. Byleby razem.

Jeśli jesteś wolny...
Zapewne nienawidzisz tego święta. Lepiej nie wychodzić z domu, bo na mieście roi się od par, które rozmnażają się jak mrówki i wychodzą znikąd. Siedzieć w domu i udawać, że ten dzień nie istnieje. Albo użalać się nad sobą i żałować, że się nikogo nie ma.
Albo się upić!

A tak serio, to dwudziestoczterogodzinna doba, która tak jak każda kolejna, co roku wypada w inny
dzień tygodnia. Nie jest obarczona żadnym ustępstwem. Jest zwykła, ale zawsze można ją uczynić wyjątkowym.
- Żebyś mnie kochał całe życie, żebyś mnie nigdy nie zostawił, żebyś był obok mnie, żebyś kochał i żebyś był tak cudowny i śmieszny już zawsze! - roześmialiśmy się równocześnie, a następnie wpadliśmy sobie w ramiona. Zacisnęłam w palcach skrawek jego koszuli. Swoją drogą była nowa. Zielona w kratę, pasowała mu. Wzięłam głęboki oddech zapamiętując każdą nutę zapachową, którą wydziela jego ciało. Odsunęłam się od niego nieznacznie i podałam mu niedużą torebkę z wielkim sercem - Teraz ty - ogłosiłam i usiadłam na skraju łóżka. Patrzyłam na niego wyczekująco, doskonale zdając sobie sprawę, że nie usłyszę nic, a nic.
- Kochaj mnie - szepnął zawstydzony, ale uroczy. Moje rozanielone serducho zaświergotało i rozbłysło czerwonawym blaskiem - Zawsze - dodał, a ja nie mogłam już wytrzymać i od razu uściskałam tego mojego wstydnisia.

"On. Ciepły, umięśniony, pachnący kąpielą i mydłem. Z mokrymi włosami i zagubionym wzrokiem błądzącym w ciemnościach. Przykryty, dostatecznie, nie całkowicie. 
Ona. Wcale nie krucha, zdecydowanie śpiąca, a wręcz spragniona snu. Włosy przemoczone do suchej nitki. Drażnią ją jak i jego. Jej skóra pachnie nim, jego mydłem, z jej charakterystyczną nutka, jego ulubioną. 
Okryta cała, od stóp do głów, bo on o to zadbał. Wierci się ciągle i wciąż, ale on nie narzeka, dostosowuje się, byle mieć ją w ramionach. Blisko serca. Leżą. On za nią. Od czasu do czasu muskając jej kark, skroń lub ramię. Otacza ją ramionami. Ciasno, ale nie przytłaczająco. 
Śpią. Ona za nim. Blisko, ciasno i gorąco. Gdy tylko wraca świadomość na krótką chwilę całuje jego rozgrzaną skórę na plecach. Kocha ich szorstkość. Razem niczym magnesy trzymające mocno to drugie w objęciach. Toną w swych ramionach i uciekają w krainę snu, bezpieczni i stali"
0
Share
Okres ferii dla większości osób jest odpoczynkiem od szkoły. Jest to też czas spania do godziny
dwunastej, jedzenia na śniadanie obiadu i leżenia całymi dniami przed telewizorem. Ja w tym roku postanowiłam w końcu ruszyć, bo mam wrażenie, że ugrzęzłam jak na razie tylko po kostki i ciężko mi się wyplątać. Strach przed zatonięciem po kolona zmusił mnie do działania. Dlatego też zostawiam za sobą czasy wylegiwania się na kanapie i oglądania kolejnych odcinków seriali, które kompletnie nic nie wnoszą do mojego życia. Wstaje, unoszę głowę i pcham swoje ciało wyzwalając je z lenistwa. Takie mam plany i mam szczerą nadzieję, że podołam, bo nie zniosę kolejnych dni uwięziona w skrzyni z przezroczystymi ścianami. Nie zniosę patrzenia na świat pełen energii, nie mogąc się ruszyć. Dzisiaj mamy już dwunasty luty, czyli minęło już 43 dni od rozpoczęcia nowego roku 2016, a ja w ogóle tego nie czuje. Zawsze moje życie było pełne zmian, pełne działania i pełne siły, takiej wewnętrznej, bo niestety zewnętrznej nie posiadam (brak mięśni stałych).
Pierwszym moim postanowieniem był powrót do pisania....

- Nie mogę, nie umiem, nie potrafię... - szeptałam siedząc przed laptopem. Już ponad godzinę ślęczałam przed otwartą stroną w Wordzie. Nie napisałam nic, ani jednego słowa - Poddaję się...
PORAŻKA JAK SIĘ PATRZY.
- Czemu już nie piszesz? - zapytał troskliwie Martin. Leżał obok mnie na niewielkim łóżku i przytulał mnie mocno ułatwiając mi wsiąkanie jego naturalnego ciepła.
- Nie umiem - prosta odpowiedź, którą tłumaczyłam sobie wszystko.
- Przecież czytałem twoje teksty, są naprawdę niesamowite. Masz talent IS - odwrócił mnie tak by móc na mnie spojrzeć. Piękne niebieskie oczy błysnęły za sprawą promieni słonecznych wpadających przed odsłonięte okno - Musisz w siebie uwierzyć - szepnął i cmoknął czubek mojego nosa.
- Tyle, że ja naprawdę już nie umiem - zbywanie go i unikanie podjęcia tematu wychodzi mi najlepiej. Bo po co w siebie uwierzyć za sprawą krótkiej rozmowy, jak można wszystko odrzucić i spakować walizki, a następnie uciec? Przecież najprościej jest powiedzieć, że się czegoś nie potrafi.

- Martin? - szepnęłam do małego mikrofonu znajdującego się przy słuchawkach.
- Tak? - sapnął zaspany.
- Przeczytałam swoje teksty, są całkiem niezłe... - przyznałam z wielkim bólem. Musiałam to zrobić, bo przynajmniej będzie dowód, że naprawdę tak pomyślałam.
- Mówiłem ci, że masz talent - powiedział nieco rozbudzonym głosem.
- Tyle, że ja uwierzyłam Kenowi, uwierzyłam, że nie umiem pisać - przyznałam się przed nim i przed samą sobą.
- Jak to? - zapytał zaskoczony i zdecydowanie już obudzony. W jego głosie słyszałam niepokój, zresztą wcale się mu nie dziwiłam. Imię "Ken" zawsze wzbudza nieprzyjemne i negatywne uczucia.
- Zawsze powtarzał, że pisanie nic mi nie da, że i tak nikt tego nie czyta, że powinnam robić inne rzeczy, powinnam się z nim więcej spotykać.
- Palant - westchnął. Nawet on nie miał słów, żeby opisać nienawiść jaką czuł do tego faceta. Nigdy nie mógł się wyrazić jak o nim mówił - No i po co ci to było głuptasku? - rozluźnienie atmosfery - Ja będę cię wspierał, już zawsze - pocieszenie i zapewnienie.
- Jesteś i będziesz moim pierwszym recenzentem, czyli twoje zdanie będzie liczyć się najbardziej - oznajmiłam poważnie.
- Kocham Cię kruszynko.
Tak oto uwierzyłam w siebie i postanowiłam założyć tego bloga. Usiadłam przed komputerem i założyłam konto google. Nie zawahałam się ani na chwilkę, bo wiedziałam, że jest ktoś kto będzie czytał moje wypociny i trzymał mnie za rękę nawet jak totalnie zawalę sprawę. Podjęłam tą decyzję, bo stwierdziłam, że to dobrze mi zrobi.
To tu, na tym blogu, chce pogodzić się z przeszłością i zacząć się cieszyć teraźniejszością!

Drugie postanowienie to zadbanie o siebie.
Nigdy nie byłam otyła, nie staczałam się ze schodów i nie potykałam o swoje pulchniutkie stopy, ale wiecznie mi coś nie pasowało (to, że piszę w czasie przeszłym nie znaczy, że teraz tak wcale nie jest). Chce w końcu zacząć prowadzić wymarzony styl życia.
Chce spacerować, bo to mnie odpręża.
Chce pić smoothie, bo kupiłam sobie do tego sprzęt!
Chce jeść co trzy godziny, bo to pomaga utrzymać mi wagę.
Chce odstawić słodycze i pozwalać sobie na nie raz w tygodniu, żeby nie zwariować.
Chce spojrzeć w lustro i zobaczyć kobietę moich marzeń.
Chce odrzucić kompleksy na bok, a właściwie kopnąć je w tyłek i wywalić z mojej głowy. Jest zbyt mała, żeby pomieścić tyle zaplątanych myśli, tyle miłosnych wyznań i tyle pomysłów oraz oczywiście wspomnianych kompleksów. Coś musiałam wykreślić.
Chce być piękna dla siebie.


Kolejna sprawa do prawo jazdy.
Tak szczerze to ten wątek jest zagmatwany i do końca niepewny, ale mam pewne żagle, które mnie utrzymują w ryzach. No, ale zacznę od początku...
Nie chciałam jeździć. Dobrze mi było na miejscu pasażera, który ma gdzieś znaki, światła i inne samochody, a jedynym jego zadaniem było prowadzenie długich monologów przerywanych krótkimi wypowiedziami kierowcy. Dobrze mi było w autobusach, które często przepełnione, nie dowoziły mnie do samego celu. Dobrze mi było z myślą, że jak stuknie mi 18-nastka (czyli za kilkadziesiąt lat) zrobię sobie prawo jazdy. Niestety czas jest okrutny i leci do przodu bez opamiętania, więc gdy kolejny raz chciałam powiedzieć tą samą kwestię okazało się, że jest nie aktualna.
Po pierwsze miałam osiemnaście lat.
Po drugie zaczął się nowy rok.
Skończyły mi się wymówki no i uznałam, że muszę iść.
Poszłam wraz z Monicą, która swoją drogą wydawała się tylko podekscytowana, i zapisałam się na ten przeklęty kurs. Co gorsza miał się zacząć tego samego dnia, więc nie miałam czasu na rozmyślenie się. Byłam przerażona, autentycznie. Na myśl, że mam usiąść za kierownicą, nauczyć się znaków, ogarnąć który pedał do czego służy i ruszyć, moja głowa eksplodowała i wysyłała do zmęczonego ciała kolejne partię strachu. W ogóle mam wrażenie, że moja głowa woli jak się boję i okazuje się, że jest okej, niż jak idę na pewniaka, a jest beznadziejnie. No, ale wracając... Jak już byłam centymetr od zawału to zrozumiałam, że na razie to tylko szkolenia teoretyczne, więc odpuściłam sobie te strachu na lachy i postanowiłam się zrelaksować.
Schody zaczęły się w momencie, gdy miałam profil PKK i poszłam zapisać się na pierwsze jazy, w praktyce przypomnę.
Dwa dni wcześniej już rozpaczałam.
Jak ja wsiądę do samochodu? Przez drzwi - drwiła podświadomość.
Jak ja ruszę? Jak każdy inny człowiek na tej planecie.
A jak kogoś zabiję? To pójdziesz do więzienia, albo dostaniesz zawiasy.
A jak kompletnie mi to nie będzie szło? To rzucisz to w cholerę i kupisz sobie sportowe buty.

Szalałam jak wariatka, a Martin już ustalał termin wysłania mnie do szpitala psychiatrycznego. Mama planowała dosypanie mi do herbaty proszków na uspokojenie, a podekscytowana Monica z pewnością miała mnie dość.
Ostatecznie wsiadłam i ruszyłam, jak czołg. Powoli, ciężko i bojowo.
Szło mi nieźle, jak jechałam do przodu i nie musiałam zbytnio zakręcać. 
Ogarnęłam sprzęgło, przy 10 godzinie, bo wcześniej samochód mi ciągle gasł na światłach. Zmieniałam biegi, jak instruktor kazał. 
Zaczęłam odróżniać strony, kłamię, wciąż tego nie potrafię.
Nie spowodowałam wypadku, ale były próby.
W nic nie wjechałam, tylko zjechałam na boczny pas i gdyby nie szybki refleks - strach - wjechałabym w karetkę. 
Nauczyłam się korzystać z kierownicy, jak zrozumiałam, że nie jestem rajdowcem i wcale nie potrzebuje gazu na zakrętach. 
Uśmiechnęłam się i przestałam się bać, to chyba nie nastąpi.

Jutro kolejne dwie godzinki za kółkiem, już z samego rana. Ludzie strzeżcie się!
0
Share
Nie uważam, żeby kolor różowy świadczył o tym, że ktoś jest głupi. Absolutnie tak nie jest!
Fajnie jest być mądrą dziewczyną, skromną i szanującą się, ale przy okazji pisać różowym piórem, mieć różową obudowę na telefon, a na niej różowy kubek z kawą. Mieć w pokoju jedną różową ścianę i do kompletu podstawkę pod laptopa. Piszczeć na widok czegoś różowego, kupić coś tylko i wyłącznie dlatego, że jest różowe. Malować paznokcie na różowo, usta przykryć takim odcieniem różu, który wszyscy będą uważać za przesadzony. Fajnie jest się czasem ubrać na różowo, założyć różowe majtki i paradować tylko w nich po szatni w szkole.
Posiadanie czegoś różowego bądź chęć kupowania rzeczy w takim babskim kolorze, wcale nie świadczy o ilorazie inteligencji. Wręcz przeciwnie! Jest to tylko znak, że mamy klasę, wyczucie stylu i własny rozum, który podpowiada nam, że ten kolor jest jedyny w swoim rodzaju. 
Ken zdawał się myśleć inaczej. Na każdym kroku, nawet się do mnie nie odzywając, okazuje, że uważa mnie za idiotkę. Zresztą ja nie szczędzę nienawiści skierowanej w jego stronę. Staram się nią, dyskretnie, uderzać w jego osobę, pod nosem. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu. Odpręża mnie to dość konkretnie.
Za złe decyzje trzeba płacić, zazwyczaj słono choć w moim wypadku zapłata jest gorzka. Gorycz spływa mi powoli przełykiem i drażni każdy jego odcinek. Musiałam to znosić, świadomie. Dopiero teraz zrozumiałam, że moja zapłata nie była konieczna, że była zbędna. To Ken kazał mi płacić za JEGO błędy, a ja się pokornie zgodziłam, zresztą zgadzam się do dnia dzisiejszego. Samo to, że patrze na to, co on o mnie opowiada ze spokojem. Klasa mnie nie lubi, bo on tak chce, a ja kompletnie nie protestuje. Mogłabym z nim porozmawiać i spróbować poprosić, albo wymusić, żeby przestał opowiadać o mnie, ale... zawsze jest jakieś "ale" - ponoć słabi ludzie tak mają... Boję się. To strach mnie hamuje i zakleja usta gęstym klejem nie pozwalając mi nawet mruknąć. Jest niebezpieczny, jak wąż i przebiegły jak pantera, a jego słowa są nieśmiertelne i niepodważalne. Dlatego postanowiłam przestać błagać o ich szacunek i pokazać im, że mam te wszystkie obelgi głęboko w nosie, a mój rozum z każdym dniem wyrzuca te słowa z większą pogardą. Frajer zawsze będzie frajerem, więc po co się nim przejmować?

"Siedzę koło niego. Rozmawiamy jakby nigdy się nic nie stało. Zachowujemy się jak żołnierze, którzy  są z dwóch państw, konkurujących o dany teren, ale po za polem walki siedzą sobie spokojnie i wspólnie piją kawę oglądając stare zdjęcia. 
- Wiesz z tym co mówiłaś o Caro i Claudi to zdecydowanie przegięłaś - oznajmił nagle rechocząc niczym żaba. Czy ja jestem pewna, że w tym facecie zakochałam się dwa lata temu?
- Ale przecież ja nic nigdy o nich nie mówiłam - o co tu chodzi?
- Nie ważne co wyleciało z twoich ust, ważne są informację, które trafiły do ich uszu - kolejna fala śmiechu, która aż boleśnie rozrywała mi bębenki uszne. 
- O czym ty mówisz Ken do cholery?!
- Wszyscy już wiedzą jaka z ciebie dziwka - nienawiść, która dudniła w jego tonie głosu i była widoczna w jego oczach zaatakowała mój wystraszony rozsądek.
Wyciągnął dłoń, a w niej widniał telefon. Rozmowy, wszystkie z moimi znajomymi... "

- IS musisz już wstać, bo spóźnisz się do szkoły - głos mamy wybudził mój, rozkoszujący się
odpoczynkiem mózg, docierając do mnie jak przez szklaną ścianę. Przewróciłam się na bok i spojrzałam na jej uśmiechnięta twarz. Mój okrąglutki krasnoludek...
- Już wstaje - odpowiedziałam. Gdy tylko usiadłam przypomniałam sobie wizję, którą podrzucił mój a zmęczona ciągłymi myślami głowa. Przerażenie ogarnęło moje ciało, bo zrozumiałam, że być może jestem jasnowidzem, że to być może nie był sen tylko wizja teraźniejszości, która wyraźnie i stanowczo wyryła w mojej psychice tak głęboką ranę, że nawet plaster nie był w stanie pomóc. Potrzebowałam grubej igły i nici, które prawdopodobnie siedziały teraz w autobusie w zmierzały w moją stronę...
Sięgnęłam po telefon i wybrałam zaufany kontakt.
- Martin... Miałam najrealniejszy koszmar w moim życiu...

Dobrze jest mieć przy sobie kogoś kto kocha bezgranicznie. 
Kogoś kto odbierze o 3 w nocy i wysłucha okropnego snu o pająkach, które próbują cię zjeść. 
Kogoś kto włączy film i zaśnie na nim razem z tobą. 
Kogoś kto wierzy w ciebie o wiele bardziej niż w samego siebie.
kogoś kto nigdy nie będzie cię pouczał, choć mógłby. 
Kogoś kto zawsze cię przytuli jak jesteś zła jak osa, a cały świat to porażka. 
Kogoś kto głaska obolały brzuch i robi herbatkę na zawołanie. 
Kogoś kto budzi się w nocy żeby szczelnie okryć twoje zmarznięte ciało, a następnie przytula delikatnie. 
Kogoś kto otwiera w nocy oczy i musi cię pocałować, bo uważa, że słodko śpisz. 
Kogoś kto w stu procentach rozumie twoje żarty i uważa, że są najlepsze na świecie! 
Kogoś kto wyłazi na jakąś górę, żeby złapać kreskę zasięgu by zadzwonić i zapytać jak tam pierwsza jazda, a następnie stoi i marznie dzielnie słuchając.
Kogoś kto nigdy nie odpuści i zawsze będzie obok, bo chce. 
Dziękuję, że jesteś. 

PS. Słodko oddychasz jak śpisz!
0
Share
Każdy kolejny rok zaczynam nieco inaczej. Pamiętam, że dwa lata temu o północy siedziałam na balkonie z kubkiem owocowej herbaty, w samych spodenkach i oglądałam sztuczne ognie płacząc jak ostatnia idiotka. Czemu zalewałam się łzami ? Nie mam zielonego pojęcia. Może po prostu przez to, że byłam samotna. To był pierwszy mój Sylwester jak miałam chłopaka. Niestety nie pofatygował się, żeby do mnie przyjechać, więc zwyczajnie zadzwonił i złożył jakieś tam życzenia, których już nie pamiętam, bo najwidoczniej nie wniosły nic nowego do mojego życia. W tamtym roku wyglądało to zupełnie inaczej. Zrezygnowałam z samotności na rzecz przyjaźni i podczas nieobecności moich rodziców w moich skromnych progach zawitała Maddie. To był wesoły wieczór i dość niespotykany. Dzień wcześniej Matt zakupił nam ćwiartkę wódki, a to były te czasy, w których myślałam, że kieliszek żrącego trunku mnie powali. Niestety tak właśnie było, zresztą teraz nie jest lepiej. No, więc zaraz po wyjściu mojej rodzinki, rozścieliłyśmy sobie łóżko w salonie i poukładałyśmy na nim wszystkie poduszki, które posiadam. Ogólnie wyglądało to jak barłóg królewski. Miałyśmy takie plany na ten wieczór! Ściągnęłyśmy trzy filmy do oglądnięcia, nakupiłyśmy tonę jedzenia i picia, a koniec końców wszystko szlag trafiło. Siedziałyśmy na ziemi, w pełni pomalowane i ubrane, piłyśmy alkohol (tak naprawdę tylko Maddie piła, bo ja sączyłam jednego drinka i popijałam go sokiem) oraz robiłyśmy sobie zdjęcia. Wyglądało to tak jakbyśmy były na jakiejś super imprezie w doborowym towarzystwie. W rzeczywistości oglądałyśmy Sylwester z Polsatem.
Jak byłyśmy już lekko wstawione, przypominam, że to była ćwiartka, poszłyśmy ogolić sobie nogi. Nie ściemniam, mówię serio. Stwierdziłyśmy, że w ten nowy rok trzeba mieć gładkie łydki. Umyłyśmy też wspólnie głowę, bo fryzura jest najważniejsza! Później żaliłyśmy się sobie nawzajem odnoście kompleksów. Pamiętam, że miałam krótkie spodenki i siadałam w nich na toalecie, żeby jej pokazać jak rozlewają się moje uda, na co ona zrobiła dokładnie tak samo. Rezultat, obie byłyśmy pijane.
Fajerwerki oglądałyśmy za zamkniętym oknem, rozmawiając przez telefon z jakimś jej kolegą, a ja czekałam na jakąś wiadomość od Kena, ale jak łatwo się domyślić, nie nadeszła. Zła i wściekła kładąc się do królewskiego barłogu, by dokończyć zaczęty film, napisałam do niego wiadomość. Zwykłą, bez emocji, bo przecież była wściekła. Odpisał po godzinie.
Na następny dzień zostawiłam go i zdarłam z żalu tapetę w pomarańczową cegłę. Później do niego wróciłam, znów go zostawiłam, znów do niego wróciłam, znów go zostawiłam, a resztę już znacie.

W tym roku było zupełnie inaczej…

Dlaczego nigdy nie wiemy kiedy ma się wydarzyć TEN moment? Może wtedy moglibyśmy się na niego przygotować.Zrobić makijaż, oczywiście perfekcyjny i drogi.
Kupić sukienkę, koniecznie czerwoną i z dekoltem aż do pępka.
Nie jeść tydzień przed, żeby wyglądać szczupło.
Ale pić dużo wody, żeby wyglądać w miarę zdrowo.
Ćwiczyć uśmiech przed lustrem i codziennie przed snem myć dwa razy zęby pastą silnie wybielającą, by rano sprawdzać ich odcień ze specjalnym wyznacznikiem umieszczonym na pudełku owej pasty.
Pójść na depilację woskiem, by ciało było gładkie jak jedwabne prześcieradło.
Zrobić paznokcie, nie za długie ani nie za krótkie i zdecydowanie czerwone – pod kolor sukienki.
No i na końcu, ubrać najwyższe szpilki, które wysmuklą nogi i całą sylwetkę, a także dodadzą nam pikanterii, co wiąże się z tym, że odbiorą rozum wszystkim mijanym nam facetom.
Fajnie by było się przygotować na TEN moment, nie? Na moment, w którym mamy się zakochać. Tylko wiecie co? Najfajniej jest jak ktoś zakochuje się w nas, gdy siedzimy koło niego w dresach, kac-koku i bez makijażu, a dodatkowo powtarza nam wciąż, że wyglądamy oszałamiająco.

Wyjazd do Niemiec miał być przełomem. Miał otworzyć mi drzwi do wszystkich pracowni graficznych na całym świecie, miał pomóc mi z angielskim i odciąć pępowinę. Nastawiałam się na dorosłość i w pewnym sensie ją dostałam, ale w oszałamiającej dawce. To tak jakbym przedawkowała jakiś narkotyk i dwa miesiące po powrocie nie mogła się od niego uwolnić. Tak jakby śmiertelna substancja krążyła w moich żyłach i nie dawała zapomnieć o swoim istnieniu. Zdecydowanie byłam i nadal jestem na najlepszym haju jaki mogłabym sobie kiedykolwiek wyśnić.
- Ubieraj się ciepło, jedz zdrowo, nie kładź się zbyt późno i absolutnie się nie przemęczaj! – wymieniała mama, ale po jej minie widziałam, że prędko nie skończy. Przewróciłam oczami, gdy odwróciła wzrok od mojej twarzy, by gdzieś w przestrzeni za mną znaleźć spokojną przystań i przypomnieć sobie, co jeszcze powinna mi powiedzieć.
- Tak wiem, nie oddychaj i nie zasypiaj, bo cię okradną – sarkazm to jedyna broń, którą stosowałam w takich sytuacjach.
- Ty jak zawsze sobie żartujesz, a to bardzo poważna sprawa – kazania ciąg dalszy – Musisz na siebie uważać, bo nikt tam nie będzie ci robił herbaty ani przynosił tabletek jak się pochorujesz – dosłownie widziałam jak żarówka zaświeciła się nad jej głową oślepiając wszystkich zgromadzonych – A propo lekarstw… Wszystkie masz upchnięte po bokach, więc uważaj jak będziesz wyciągać ubrania, żebyś nie wylała kropli żołądkowych, bo nie dopierzesz ubrań…. Nie wiadomo jakie tam oni mają proszki, zresztą ty się na tym nie znasz i jeszcze mogłabym sobie zniszczyć jakąś ulubioną koszulkę i byłby płacz… Koszulkę w kropki dopakowałam Ci przed wyjściem w tylną kieszeń, nie zapomnij jej wyjąć zaraz po przyjeździe….
- Mamo ja chyba już powinnam iść, bo widzisz wszyscy już siedzą w autokarze i na mnie czekają – przerwałam jej brutalnie i wskazałam palcem na znajomych pukających w szybę i uśmiechających się idiotycznie – Trzymacie się i dbajcie o siebie – szepnęłam i wtuliłam się w jej okrągłą postać. Zawsze była tak przyjemnie ciepła… A jej oplatające mnie ramiona dawały mi tyle bezpieczeństwa – Będę dzwonić codziennie… - cmoknęłam ją w policzek i zanim zdążyła odtworzyć usta pognałam do wejścia. Nie oglądając się za siebie wbiegłam po małych stopniach. Będę tęsknić… dodałam w myślach, wiedząc, że tak właśnie będzie.
Rodzina znaczy dla mnie wiele, nawet czasem wydaje mi się, że zbyt wiele. Kłótnie i ogólne niezgody zawsze utwierdzały mnie w tym, że się nie dogadujemy, ale ostatnio coś się zmieniło. Czarne chmury zniknęły za horyzontem, a na ich miejsce wskoczyło uśmiechnięte słońce. Może to ten wiek zmusił ich do zaufania mi, a mnie do chociaż minimalnego słuchania ich. Nie raz się przekonałam, że mają większe doświadczenie niż ja i być może czasem mają rację.
- Ostatnie wskazówki – skwitowałam opadając na niewygodny fotel. Starałam się nie myśleć o tym, że prawdopodobnie będę musiała spędzić w nim cały dzień i jeszcze całą noc. Od razu zaczęłam szarpać się z zamkiem, by pozbyć się rozpalającego płaszcza. Pod spodem miałam koszulkę z krótkim rękawkiem, bo ubrałam się na tak zwaną cebulkę. Odwróciłam się w stronę okna i spojrzałam na moją mamę. Los chciał, że ona również popatrzyła na mnie i wybałuszyła oczy. Zaczęła robić jakieś dziwne gesty, a ja pokazywałam jej, że nie mam pojęcia o co chodzi.
- Chyba chce, żebyś coś założyła – szepną Martin, który siedział obok mnie, najbliżej okna. Przyglądnęłam się jej dokładniej. Faktycznie mogło jej o to chodzić. Zanurkowałam pod fotel i wyjęłam z torby podręcznej niebieski sweter. Gdy tylko nasunęłam go na moje ciało, mama jakby się uspokoiła i przestała „tańczyć” na środku chodnika – Ach te matki…

Tak właśnie zaczęła się moja miłość. Wyskoczyła zza krzaków, a właściwie skradała się powoli i przebiegle, by w końcu nas wyskoczyć nie wiadomo skąd i wystraszyć nas niemiłosiernie byśmy wpadli sobie w ramiona przerażeni. 
Martin od dwóch lat był moim przyjacielem. Śmiałam go tak nazywać pomimo tego, że wiele nazwałoby go zwykłym kolegą od kawy. Czułam z nim jakąś więź, zawsze i bez przerwy, ale żadne z nas nie wiedziało, że worek naszej znajomości jest tak głęboki. 

"- Martin śpię dzisiaj z tobą - oznajmiłam pewnie, ziewając przeciągle. Wracaliśmy z pracy, czekało nas wielkie gotowanie, a ja się czułam jak trawa przeżuta przez krowę i wypluta z powrotem na ziemię. Od kilku dni nie spałam, prawie w ogóle. Tylko przy nim sen jakby sam przychodził i zatapiał we mnie pazury, budując na około mnie idealną tarczę ochronną. 
- Jasne, pewnie - odpowiadał wciąż się śmiejąc, jak to Martin"

- Cieszyłeś się jak pytałam czy mogę z tobą spać? - zapytałam leżąc obok niego, na dość wąskim łóżku. Wtulałam się w jego wielkie ramię i wdychałam jego kojący zapach.
- Jasne, że się cieszyłem! - odpowiedział głośno i donośnie - Tego się nie da opisać, właściwie to chyba ja nie umiem tego opisać, ale po prostu poczułem taki... nie wiem jak to nazwać - pomieszanie z poplątaniem, czyli kwintesencja Martina.
- Ciężko się z tobą gada o takich rzeczach, wiesz?
- Wiem - krótko zwięźle i na temat. Buziak w czółko - I love you - buziak w usta.

„- Chcesz jeszcze ze mną być? – zapytał Ken zdenerwowany, zapewne siedząc na korytarzu w internacie. To my w ogóle jesteśmy razem? Czy jesteśmy razem jak ci pasuje w danej sytuacji?
- NIE! – zdecydowanie i stanowczość to cechy, których nie posiadałam aż do dnia, w którym zrozumiałam, że Ken jest królem Frajerolandu.
- W takim razie miłych praktyk – dźwięk zakończenia rozmowy wciąż rozchodził się w moich uszach. Nie bolał, był przyjemny.
Zrobiłam to! Zebrałam w sobie ostatki godności i rzuciłam go niczym schodzony, dziurawy sweter, którego nigdy już nie założę. Bez żalu, bez bólu i bez współczucia.
Wróciłam do pokoju pełnego moich znajomych, aż czworo, i zanurkowałam pod kołdrę zaraz obok Martina. Wtuliłam się w jego ramię i próbowałam się skupić a filmie, który widziałam, dosłownie, setny raz. Nie szepnęłam ani słowa o rozmowie, która miała miejsce kilka sekund temu. Położyłam rękę na jego klacie i skupiłam się na tym jak rytmicznie się unosi z każdym jego wdechem. Poczułam nagle jego ciepłą dłoń na mojej. Złapał ją delikatnie i ścisną nieznacznie, jakby ten gest miał oznaczać jego wsparcie. Wiedział. To tak jakby wyczuł promieniującą ze mnie ulgę, ale i niepokój i chciał mnie podnieść na duchu. Siła do ogłoszenia wesołej nowiny zgromadzonym zapanowała nam moim ciałem.
- Zostawiłam Kena – oznajmiłam średnio świadoma tego, że to zdanie wypowiedziałam na głos.
Dłoń zacisnęła się znów na mojej, ale już nie znikła, została na niej do końca filmu”

- Dlaczego złapałeś mnie wtedy za rękę? 
- Nie wiem, poczułem, że mogę i że chce.
- Ale przecież ja wcześniej też się do ciebie przytulałam, więc co się zmieniło tamtego wieczoru? 
- Widziałem na twojej twarzy ulgę, ale i smutek. Pomyślałem, że w ten sposób ci pomogę... Po za tym przytulałaś się łapczywie, jakbyś potrzebowała wsparcia. 
- Potrzebowałam ciebie, tak mi się teraz wydaje. 
- Dlatego ja przybyłem z pomocą i ciepłą dłonią. 

"- Musisz mnie pilnować, ja jestem pijana Martin - szepcze mu wprost do ucha. Każde słowo jest wyraźne i zdecydowanie mówię je dużo wolniej niż mi się wydaje, poniekąd robię częste przerwy na chichotanie się jak idiotka.
- Dobrze, spokojnie - odpowiada śmiejąc się ze mnie w duchu. Zresztą nie tylko on, wszyscy mają ze mnie ubaw, ale mi to w żadnym stopniu nie przeszkadza.
- Martin, bo mi się chce tak spać! - powiedziałam dość cicho - Ale teraz nadchodzi ważna godzina... - tajemniczość po pijaku, wcale nie jest tajemnicza - Secret time! - wykrzyknęłam i od razu zanurkowałam pod kołdrę. Nie musiałam długo czekać, bo głowa mojego kompana zaraz znalazła się obok mojej. Tak naprawdę prawie w ogóle go nie widziałam, ale słyszałam jego równy oddech - Zawsze śpię bez bielizny - powiedziałam szybko i bez zastanowienia - Teraz Ty!
- Ale ja nie mam żadnych sekretów - stwierdził. 
- To coś wymyśl, bo tak wypada.
- W domu chodzę w samych majtkach. 
- Głupi sekret" 

- Mogłem powiedzieć, że cię kocham.
- A kochałeś mnie już wtedy?
- Kochać może nie, ale byłaś ważna, nawet bardzo.
- To dlaczego na dobranoc jedynie poklepałeś mnie po ramieniu?
- Bo jestem debilem.

"Leżał tuż obok, a jego twarz była niemożliwie blisko. Zdążyłam już wytrzeźwieć i zaczęłam myśleć 
racjonalnie, co nie znaczy, że ten brak bariery ochronnej jakoś mi przeszkadzał. Wręcz przeciwnie. 
- Martin idziesz? - zapytał Dom wychodząc z pokoju.
- Nie! On zostaje! - odsunęłam się od niego na krótką sekundę, żeby tylko móc to powiedzieć.
- Poczekam aż zaśnie i przyjdę - oznajmił spokojnie mój oprawca. Westchnęłam i przewróciłam oczami. Nigdzie cię nie puszczę... 
Wróciliśmy do poprzedniej pozycji, ale tym razem zrobiło się dużo intymniej, bo zgasły światła. Czułam jego oddech na swoich ustach, ale zdecydowanie chciałam poczuć coś zupełnie innego. Nie patrzyłam na niego, miałam zaciśnięte powieki, które opadły w oczekiwaniu na ten wielki krok, który niestety nie nadchodził. Zderzyliśmy się wargami delikatnie, ale prawdopodobnie z przerażenia odsunęły się od siebie natychmiastowo. Modliłam się o to by mnie pocałował, ale on zdawał się nie słyszeć tego niemego błagania. Byłam tak zestresowana, że moje ciało spięło się i czekało na moment, w którym w końcu będzie mogło się rozluźnić. Czułam się jak drewniana, sztywna belka, której nikt nie chce dotknąć, bo ma wiele drzazg. 
No już! Zrób to! 
Zbliżyliśmy się i w momencie, w którym wzięłam wdech poczułam tą upragnioną miękkość, która atakowała moje usta. Poczułam wargi, które musnęły moje nieznacznie i szybko się wycofały czekając na mój ruch, Reakcja była natychmiastowa. Sprawiłam, żeby nasze usta ponownie się ze tchnęły i rzuciły się w wir namiętności, która od pierwszej chwili nas otaczała. 
Kocham Cię... "

- Na co ty tyle czekałeś?
- Bałem się, że mnie odtrącisz.
- Przecież sama do ciebie lgnęłam, non stop!
- Ale ja i tak się obawiałem. Zresztą chyba zbudowałem niezłą atmosferę...
- Kocham cię.
- Ja ciebie też kocham słoneczko.
1
Share
Nowsze posty Starsze posty Strona główna

O mnie

Moje zdjęcie
Zakochana Złośnica
Jestem realistką, która lubi płakać ze szczęścia. Lubię swoje trampki, bo mogę w nich przejść pół świata. Lubię swoją szkołę, bo nauczyciele mnie zwyczajnie szanują. Lubię swoich przyjaciół, bo mnie słuchają. Lubię mówić, dużo, szybko i często, bez ładu i składu. Lubię pisać, choć nie zawsze wychodzi mi to tak jakbym chciała. Lubię ludzi, ale tylko tych miłych. Lubię gdy pada deszcz, bo mam wrażenie, że to oczyszcza świat z negatywnych emocji. Lubię swój pokój, bo jest odzwierciedleniem mojej duszy. Lubię kawę, bo jej gorycz budzi mój wiecznie śpiący mózg. Lubię herbatę, bo rozgrzewa moje wiecznie zmarznięte ciało i koi skołatane myśli. Lubię swoje oczy, bo jest w nich cała prawda o mnie. Lubię opowiadać o świecie, który istnieje we mnie, ale tylko nieznajomym.
Wyświetl mój pełny profil

Popular Posts

  • GRUDZIEŃ 2017, DZIEWIĘTNASTKA
    Kolejny rok przepłynął mi przez palce niczym przyjemnie ciepła woda z oceanu. Po raz kolejny robię podsumowanie w ten właśnie dzień, w Wigil...
  • Wrzesień 2016, DZIESIĄTKA
    Biała suknia spływała po moim ciele niczym piana, przyniesiona przez morze na brzeg. Wykonana z delikatnej aczkolwiek charakterystycznej ko...
  • Listopad 2016, TRZYNASTKA
    Wciąż czuje się zagubiona. Nie wiem co mam myśleć, jak postępować, co mówić i co robić. Nie chcę się narzucać, nie chce być obojętna, nie ch...
  • LUTY 2018, DWUDZIESTKA JEDYNKA
    Przeszłość wydaje się czymś odległym. Na co dzień stykamy się z nią bardzo rzadko albo wcale, a jednak ona gdzieś tam jest i wciąż żyje. Ost...
  • Początek czerwca 2015, JEDYNKA
    Tak naprawdę nikt, nic o mnie nie wie. Nawet ja siebie nie znam. To przerażające, że czasem jestem zaskoczona swoimi decyzjami. W około mni...
  • Maj 2017, SZESNASTKA
    Małżeństwo, czyli moment, w którym dwoje ludzi staje się jednością. Przestają być już jednostkami, kolejnymi z populacji, zaczyna łączyć ich...
  • GRUDZIEŃ 2017, Dwudziestka
    Dwadzieścia lat. Przeskoczenie kolejnej belki, kolejnej bramki, kolejnej niewidzialnej granicy jaką tworzymy my, ludzie. Odsunięcie lat nast...
  • Październik 2016, DWUNASTKA
    Za oknami było ciemno, wręcz czarno, ale moje serce świeciło, niczym letnie słońce. Czułam jak ciepło rozpływa się po całym moim ciele, tak...
  • Grudzień 2016, CZTERNASTKA
    Mój rok zaczyna się właśnie od świąt Bożego Narodzenia. To dość niestandardowe podejście do tego święta, ale myślę, że to nie tylko narodzin...
  • Maj 2018, Dwudziestka dwójka
    Po raz kolejny stał w jej drzwiach. Spoglądał na nią zupełnie inaczej, jakby bał się tego co zrobi. Cudownie było widzieć niepewność krążącą...

Obserwatorzy

Archiwum bloga

  • ▼  2024 (1)
    • ▼  października (1)
      • Październik 2023, tutaj zacznij
  • ►  2020 (1)
    • ►  listopada (1)
  • ►  2018 (3)
    • ►  maja (1)
    • ►  lutego (2)
  • ►  2017 (5)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  października (1)
    • ►  maja (2)
  • ►  2016 (14)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  października (1)
    • ►  września (11)
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 Zakochana Złośnica

Created By ThemeXpose & Distributed By Blogger Templates