Zakochana Złośnica

Mój rok zaczyna się właśnie od świąt Bożego Narodzenia. To dość niestandardowe podejście do tego święta, ale myślę, że to nie tylko narodziny Syna Bożego, jak mówi Biblia, ale to także czas nadziei i początku. Każdy z nas nosi w sobie historię, czasem smutą, czasem wesołą, ale zdecydowanie wyjątkową i niepowtarzalną. Standardowo rok zaczynamy pierwszego stycznia, ale gdyby spojrzeć na to od innej strony?
Nie jestem osobą religijną i nie będę się z tym kryła, ale jestem osobą bardzo wierzącą w COŚ. Być może jest to Bóg, a być może Jezus albo Maryja, ale wiem, że wierzę w Bóstwo, które kieruje naszym losem i kocha każdego z osobna najmocniej jak się da. Co roku w Boże Narodzenia składam życzenia Jezusowi, w końcu to jego narodziny. Ten dzień zapowiada początek czegoś zupełnie nowego.
To właśnie w tym dniu rodzi się we mnie siła.
To właśnie w tym dniu rodzi się we mnie nadzieja.
To właśnie w tym dniu rodzi się we mnie radość.
To mój początek, początek czegoś nowego, niespotykanego, ale lepszego od poprzedniego. To tak jakby zamknąć za sobą drzwi z uśmiechem. Podać rękę przeszłości i uścisnąć ją serdecznie, a następnie zaprzyjaźnić ją z końcem, który pojawia się niespodziewanie.
Ta wigilia, ten przedświąteczny czas był dla mnie bardzo wyjątkowy. Nie ze względu na prezenty, na przemyślenia czy dobrą książkę, ale ze względu na spokój, który zalał moje ciało.
Usłyszałam tyle pięknych życzeń i to od zupełnie obcych mi osób, choć właściwie nie tak zupełnie obcych. Zrozumiałam, że klasa, z którą przyjdzie mi się żegnać już całkiem niebawem, znaczy dla mnie wiele. Każdy z osobna wniósł do mojego życia cegiełkę, z której buduje się moja osobowość.
Dominik - wniósł nadzieję, że można się opamiętać nawet w ostatniej chwili.
Karolina - wniosła zrozumienie przyjaźni i zdrady jednocześnie. Być może nigdy tego nie przeczytasz, ale prawda jest taka, że nikt wcześniej nie pocałował mnie w policzek, a następnie nie uderzył tak mocno.
Paweł - wniósł chęć ciągłej zmiany. Nikt tak bardzo nie zmienia swoich humorków jak on.
Gosia - wniosła radość i beztroskę, której tak brakuje w moim życiu.
Kacper - wniósł wiele złego, ale i wiele dobrego. Nie chce tego rozpamiętywać, więc napiszę jedynie pokój. Wniósł pokój do mojego serca, jednym słowem "Przepraszam"
Kuba - wniósł wiele muzyki, melodii i piosenek, a to cudowny świat, który nie ma granic.
Filip - wniósł maski, których nikt nie jest w stanie rozszyfrować.
Dominik - wniósł elastyczność, bo nikt tak bardzo jak on nie umie się wtapiać w tłum.
Nazar - wniósł organizację, dobrą organizację. Szepnij słowo, a ja pomogę, szybko.
Monika - wniosła zrozumienie, bo nikt nie rozumie moich artystycznych myśli tak jak ona.
Marcin - wniósł miłość, ale czy to nie oczywiste? Prócz tego wniósł śmiech, radość, czułość i prawdziwą przyjaźń, której nie zrozumie nikt.
Pan Rawski - wniósł pomoc, ogromną i bezgraniczną. Wniósł nowe spojrzenia na nauczyciela, wniósł szczęście w każdy, nawet najnudniejszy, dzień w szkole. Sprawił, że te prawie cztery lata były najlepszymi w moim życiu.

Pewnie PRAWIE nikt, nigdy tego nie przeczyta, ale jeśli jednak ktoś zbłąkał w internecie i tutaj dotarł to niech wie, że mu dziękuję za wszystko co podarował mi w te święta.



0
Share

Wciąż czuje się zagubiona. Nie wiem co mam myśleć, jak postępować, co mówić i co robić. Nie chcę się narzucać, nie chce być obojętna, nie chce być neutralna. Chcę być jakaś, ale to wcale nie jest takie proste... Kocham, choć to mało powiedziane, ale często się dystansuje tak wewnętrznie. Uciekam od monotonii, od związku, od obowiązków. Zwyczajnie nie chce. To uczucie pojawia się w momencie gdy czuję, że Ty uciekasz. Może nie emocjonalnie, uczuciowo, ale fizycznie i zupełnie realnie. Przychodzisz, zostawiasz wszędzie swój kojący zapach, rozsypujesz po kątach swój śmiech, który długo po Twoim wyjściu odbija się od ścian, jakby echo, które zapamiętuje Twój głos. W szafie Twoja bluza, Twoje skarpetki, bo tak często mi je pożyczasz, a ja nigdy nie oddaje, na szyi serce, które symbolizuje Twoja miłość, jest ze mną nawet jak Ciebie nie ma obok...
Gdy przytulam się do Twojego rozgrzanego ciała czuję przyjemne bezpieczeństwo. Wtedy wiem, że jestem na odpowiednim miejscu i to nasz czas, który nigdy nie będzie zmarnowany. Nie chcę Cię opuszczać, nie chce byś odchodził, ale wiem, że muszę się nacieszyć tym co mam i jeszcze trochę spakować do kieszeni, bo czeka mnie dwanaście godzin samotności. Chwilę przed końcem czasu, po prostu proszę. Nadzieja w sercu kwitnie, że tym razem powiesz tak i uradujesz. Spontanicznie, kompletnie nie przygotowany. Znam odpowiedź, ale próbuję ją zagłuszyć, chce się oszukać choć na chwilę... Wtedy mówisz smutne, a jednak stanowcze nie. Pakujesz rzeczy do plecaka, zakładasz szal, kurtkę i buty, całujesz mnie długo, tak jak lubię, po czym wychodzisz. Zamykam drzwi i opieram się o nie. Trzy wdechy, dwa wydechy i powrót do rodziny... Ciernie smutku otaczają moje serce, a kolejne 'nie' wsuwa się między wspomnienia, te mile, psując wszystko...

"Zostań proszę Cię 
tak długo szłam zmęczyłam się 
przez siedem gór i siedem mórz 
byś oddechem swym ogrzał oddech mój 

Święta chwila ta niechaj święci się 
święta moja łza na koszuli twej 
święty taniec chmur i gołębia śpiew 
święta zwykłość dnia bo znalazłam Cię 

Popatrz wszystko lśni 
przed nami tu nie dotarł nikt 
nietknięta biel i czyste szkło 
pośpiech warg i drżenie rąk 

Zostań proszę Cię 
tak długo szłam zmęczyłam się 
ułóżmy gwiazdę z naszych ciał 
niech chroni nas niech świeci nam... "

0
Share
Za oknami było ciemno, wręcz czarno, ale moje serce świeciło, niczym letnie słońce. Czułam jak ciepło rozpływa się po całym moim ciele, tak jakby krew zawrzała. Ruszałam palcami u stóp chcąc sprawdzić czy jeszcze żyje, czy to nie jest cudowny sen, z którego zaraz się wybudzę. Oddychałam ciężko, ale równo. Ty oddychałeś ciężko i szybko. Nasze oddechy się dopełniały tworząc niepowtarzalną melodię, która była nasza i tylko nasza. Patrzyłam Ci w oczy, niewidzącym wzrokiem.
Pamiętam jedynie ich błękit, który przywodzi mi na myśl najlepsze chwilę. Pamiętam mięśnie, które napinały się pod moimi dłońmi.
Pamiętam każdą emocje, która mną targała.
Pamietam każdy Twój uśmiech, każde Nie wypowiedziane, ale oczywiste kocham. Pamiętam jak moja dusza zlepiała się z Twoją, jak powoli tworzyły całość. Pamiętam moment ostatni, jak już były jednością, jak stworzyły więź, nie do rozerwania.
Pamiętam jak mocno pociągnęłam Cię za włosy, jak mocno ścisnęłam kark, ale Ty i tak nie poczułeś nic prócz lekkiego uściśnięcia.
Nie mówiłeś, nie szeptałeś. Przemawiały gesty.
Jesteś najprzyjemnjejszym ciężarem na całym świecie...
Pamiętam jak usiadłam na skraju łóżka oszołomiona i okryta jedynie rąbkiem kołdry. Nie liczyły się kompleksy, miałam je gdzieś. Widząc moje nagie plecy, pomimo zmęczenia, zacząłeś składać na nich delikatne pocałunki. Wtedy coś we mnie pękło. Łzy popłynęły po policzkach, oczyszczając moje ciało z nadmiernych emocji, które rozsadzały mnie od środka. Pytałeś, ale ja nie mogłam mówić. Jakbym zapomniała wszystkich słów, jakbym była niemową, małym dzieckiem... Milczałam chcąc Ci wyznać prawdę. Walczyłam z uczuciami i próbowałam przebić tą nieznana mi błonę. Kocham cię... Wyszeptałam, a wtedy moje łzy połączyły się z Twoimi w jedną, idealna całość, tak jak nasze duszę...
I tak płakaliśmy z miłości, ze szczęścia i radości, okryci cienka kołdrą, która tak odważnie odgradzała nas od przerażającej rzeczywistości...

'- I nawet gdybym stracił pamięć, zakochałbym się właśnie w Tobie...
- Jestem ogniem, a Ty moją benzyną, przy Tobie płonę prawdziwym szczęściem... '
0
Share
Straciłam cię.
Nie wiem czyja to była wina
Nie wiem kto walczył, a kto nie
Nie wiem czy powinnam
Czy chce
Ale...
Straciłam cię.
Powiedz mi czemu odeszłaś ?
Czemu się tak szybko poddałaś kiedy ja uwierzyłam, że zawalczysz ?
Zawiodłaś mnie tak jak ja ciebie
To niewybaczalne
Więc...
Straciłam cię.
Statek zatoną bez nas
A my patrzyłyśmy na niego
Obie
Ale z dwóch innych miejsc
Pozwoliliśmy na to
Świadome do bólu
I... Straciłam cię.

Tylko, że ja już nie chce walczyć
O ludzi nie wartych się nie walczy
Boli gdzieś w środku, ale spokojnie obojętność zabije to w zarodku
Straciłam cię.
Utopiłam wspomnienia w butelce wina
Utopilam 5 łez naszej przyjaźni
I wstałam by móc żyć tak jakby cię nigdy nie było
Bo na to zasłużyłaś i ja też
Więc cierpmy osobno
Jak siła rozdzieleni kochankowie
Tylko...
My tego chciałyśmy
Świadomie lub nie...
Straciłam cię.
Ale
Ty i mnie.
Więc żegnaj.
0
Share
Biała suknia spływała po moim ciele niczym piana, przyniesiona przez morze na brzeg. Wykonana z delikatnej aczkolwiek charakterystycznej koronki. Klatka piersiowa była idealnie opięta, a każdy skrawek materiału przylegał, natomiast dół był puszczony swobodnie. Była lekka i zwiewna, ale jednocześnie spektakularna.
Ciemne włosy były ozdobione niedużym warkoczem i lekko pokręcone dla lepszego efektu. Gdzieniegdzie wplątane były malutkie kwiatuszki, pasujące odcieniem do sukni. Były dopełnieniem całego stroju.
Czułam się w niej dobrze, tak jakby była moją drugą skórą. Spojrzałam w lustro, by ocenić całość. 
Nieidealnie, czyli cudownie.
Stanęłam na ciepłym piasku i spojrzałam przez szparę między kotarą. Wszyscy spoczywali już na krzesłach przenośnych, a on stał tam gdzie powinien. Czekał na mnie, by móc powiedzieć mi to długo wyczekiwane "tak". Nie czułam strachu, ani grama, ale podekscytowanie też mi nie towarzyszyło. Byłam tak szczęśliwa, że aż nieprzytomna. Nie miałam czasu myśleć, zastanawiać się. Liczyło się tylko to co miało nastąpić za niecałe dziesięć minut. Pieczęć oddzielająca nas od młodości, od wolności, od egoizmu, od szczenięcej miłości. Odtąd będziemy musieli dorosnąć, dojrzeć, przygarnąć empatię i rozumieć. Nie miałam większego marzenia niż właśnie to.
Usłyszałam drżący dźwięk skrzypiec i odczekałam kilka sekund zanim wyszłam z namiotu. Nic nie było planowane ani standardowe. U mojego boku nie było taty, pod moimi stopami nie było posadzki kościelnej, nie dążyłam do ołtarza i nie miałam idealnego makijażu. Rodzice siedzieli w pierwszym rzędzie, pod stopami miałam najprawdziwszy piasek, który wciąż był ciepły po słonecznym dniu, szłam w stronę ukochanego, obok którego stał duchowny, wpatrywałam się w słońce, które powoli schylało się ku zachodowi... W dłoniach trzymałam kilka kwiatów polnych przewiązanych wstążką. Uśmiechałam się szeroko, wiedząc, że wcale nie wybielałam zębów przed tą wyjątkową chwilą. Nic się nie liczyło prócz niego.
Jego blond włosy jak zwykle wyglądały idealnie, choć wiedziałam, że toczył z nimi walkę jeszcze tego samego dnia. Jego uśmiech odsłaniał małe, porozsuwane zęby, które tak mnie rozczulały od zawsze. Radość, którą przydymiło uczucie miłości i bezgranicznego oddania, błądziła w błękitnych, jak ocean za nim, oczach. Miał na sobie białą koszulę, delikatnie opinającą klatkę piersiową, której pierwsze dwa guziki były odpięte. Spodnie w kolorze piasku, za kolano. Wyglądał idealnie, tak jak zwykle, ale nie to się liczyło...
Złapał moją rozedrganą dłoń i ucałował każdą kosteczkę. Uśmiechnął się szeroko...
- Ja Martin biorę sobie Ciebie za żonę i ślubuję, że będziesz zawsze uśmiechała się tak radośnie jak teraz, że nigdy nie zabraknie ci wsparcia, kłótni i śmiechu... Że nie opuszczę Cię aż do śmierci, że będę przy twym boku zawsze, choćby świat miał się skończyć...
- Ja IS biorę sobie Ciebie za męża i ślubuję, że nie braknie Ci śmiechu, poważnych rozmów, kłótni, że nigdy nie zabraknie Ci mojego wsparcia... Że nie opuszczę Cię aż do śmierci, że będę przy twym boku zawsze, choćby świat miał się skończyć...
To wystarczyło bym zrozumiała na co tyle czekałam. Na złączenie dusz, które w tej pięknej chwili, przy najbliższych, nastąpiło.

- I niech miłość da wam siłę, by przetrwać...Od tej pory wasza dusza tworzy jedną całość i nikt, nigdy jej nie rozłączy...
1
Share
Ostatnio czułam się zła. Zresztą wciąż się tak czuje. Jakby wszyscy byli winni tego jak jest.
Ale to nie prawda, bo winny jest tylko ten kto nabroił, a w tym wypadku ja.

Depresja Stadium I
Jest późny wieczór, a ja wchodzę do łazienki. Chce się umyć, bo bez tego zdecydowanie nie jestem w stanie zasnąć. W domu panuje cisza, która czai się w ciemnościach, ale ja w ogóle jej nie zauważam. Brnę przez śnieżycę moich myśli i zatapiam się w nich z każdą minutą coraz to bardziej. Niczego konkretnego tam nie szukam, po prostu potrzebuje pobyć sama ze sobą, a to najlepszy sposób.
Zrzucam z siebie wszystkie ubrania i zabieram się za zdejmowanie mojej ukochanej biżuterii. Za każdym razem gdy to robię wspominam. Srebrna bransoletka, która ma aż trzy znaki nieskończoności wysadzone małymi, święcącymi kryształkami. Od Martina. W niektórych miejscach wyraźnie brakuje owych kamyczków. Tak jakby ten przedmiot sprawiający, że o nim pamiętam chciał mi coś przekazać... Chciał mi powiedzieć, że nasza miłość nigdy nie będzie idealna. Będzie pełna kłótni, nerwów, sprzeczności i ciszy, ale zdecydowanie w mniejszym stopniu niż zrozumienia, namiętności i czułości. Jest nieidealna, jak my.
Druga bransoletka jest od Maddie. Jest to prosty łańcuszek, w którego centrum jest piękna śnieżynka również wysadzana małymi kamyczkami. Symbolizuje on zimę, czyli porę roku, w czasie której mam urodziny. Niedaleko śnieżynki znajduje się mała, niewyróżniająca się kropeczka. Czasem mam wrażenie, że to jestem ja. Maddie jest tą dominującą i skupiającą na sobie wzrok śnieżynką, a ja płaską kropeczką, której na pierwszy rzut oka nikt nie zauważa.
Do tego zawsze na nadgarstku mam naszyjnik z medalikiem komunijnym, który przerobiłam na bransoletkę. Nie ściągam go jednak, bo lubię go mieć przy sobie zawsze, nawet podczas kąpieli.
Wtedy napada mnie pewna myśl, a to wszystko za sprawą płaskiego, szklanego kwadratu, który leży na podłodze i kusi. Waga, albo raczej wyrocznia. To nieco śmieszne, że takie urządzenie jest często przyczyną wielu stanów depresyjnych.
- Dawno się nie ważyłam - myślę.
Wtedy do głowy wpada mi (nie) genialny plan! Zrobię to!
Jedna noga, druga... Patrze i mam wrażenie, że nie stoję sama. Rozglądam się. No nie, jestem zdecydowanie tylko ja w tej łazience. Patrze w dół doszukując się jakiejś trzeciej (nie mojej) nogi, bądź worka ziemniaków, który ktoś zostawił w łazience przez przypadek, ale nie.
Moja cała pewność siebie rozpada się. Cegła, po cegle leci w przepaść, a ja nie jestem w stanie nic z tym zrobić. Postanawiam zejść i nie patrzeć na cyferki, które śmieją się ze mnie.
Koniec fazy pierwszej.

Depresja Stadium II
Widzieliście kiedyś fokę w przebraniu człowieka?
Ja widzę codziennie w lusterku.
- No skacz IS, odważnie! - krzyczy Martin podskakując coraz wyżej na trampolinie. Delikatnie odbijam się od czarnego podłoża, ale praktycznie w ogóle się nie unoszę. Próbuję się go złapać, ale on zdaje się nie reagować na moje błagalne próby utrzymania równowagi, a wręcz nakręca się jeszcze bardziej.
- Bałwanie stój! - krzyczę patrząc na niego uważnie, by w razie gdyby się obraził zgnieść go całym moim otłuszczonym ciałem, ale nic takiego się nie dzieje. Zaczyna się śmiać i w końcu staje w miejscu. Trzymam się go kurczowo i powoli zaczynam się odpychać, a w rezultacie unosić.
- No widzisz, to nie takie trudne - oznajmia pan i władca trampoliny i znów robi swoje popisowe akrobację, a właściwie gra w grę "Kto skoczy wyżej" sam. Znów tracę równowagę, ale skaczę już odważniej.
Po dziesięciu minutach bawimy się w najlepsze, jak dwa małe przedszkolaki. On skaczę, a ja siedzę po turecku i również podskakuje. Udaje, że medytuje aż tak mocno, że zaczynam się unosić. Śmiejemy się głośno, DO CZASU.
- O ja! Masz tu dziurkę między nogami - oświadcza mój mężczyzna. O dziwo się nie śmieje.
Spoglądam w pokazane miejsce i nie mogę uwierzyć. Podarłam moje ukochane spodnie!
Koniec fazy drugiej.

Depresja Stadium III
Maj to czas matur, więc wiążę się to z tym, że pozostałe klasy mają wolne od szkoły. Ponieważ jest w III klasie technikum, egzamin dojrzałości będę pisać za rok, z czego jestem niezmiernie uszczęśliwiona. No i mówiąc prosto, mam wolne przez cały tydzień
Wolne dni zwiastują porządki. Moja szafa z ubraniami woła o pomstę do nieba, a ja skrupulatnie to ignorowałam. No, ale w grudniu skończyłam osiemnaście lat i nie mogę się już zachowywać jak małe
dziecko, więc postanowiłam zachować się jak dorosły!
Odpaliłam film, poszłam sobie zrobić herbatę, wypiłam ją, przeglądnęłam pięćset razy Facebook'a (bo przecież w ciągu 5 sekund mogło się coś zmienić), starłam kurze na komodzie, sprawdziłam osiem razy czy wszystkie książki stoją na półce równo, zjadłam kawałek szarlotki, rozpakowałam zmywarkę, umyłam ręce (bo od nic nie robienia też się brudzą), a no i jeszcze przemyłam czyste buty, tak na wszelki wypadek.
No i po tych kilku godzinach dorosłości, ubrałam zbroję i postanowiłam ruszyć na pole walki.
Wojowałam mieczem dość długo, bo nie każdy uczestnik przyjął do wiadomości, że wojna się skończyła i nie trzeba się bronić.
Z dolnymi półkami wygrałam, a wtedy przyszedł czas na górną. Ubrania letnie.
Dlaczego grubaski nie lubią lata? Bo ściągają wyszczuplającą bieliznę, obciskające (trzymające w ryzach tłuszcz) dżinsy i zauważają, że to wcale nie znikło. Najgorsze jest uczucie, gdy w połowie lata zaczynasz rozumieć, że leżąc na słońcu wcale nie wypalasz tkanki tłuszczowej.
No więc zaczęło się mierzenie - dołowanie.
- Mamo, patrz te spodnie są jeszcze dobre - krzyczę z pokoju i powoli, małymi kroczkami wtaczam się do kuchni z lekką obawą, że owe spodnie zaraz pękną z przeciążenia.
- Skarbie, lekko cię obciskają - oznajmia czule - Ale założysz je raz czy dwa i się rozciągną, bo z tego co pamiętam to są niedawno wyprane - nie żebym nie nosiła ich z półtora roku temu.
- No nie wierze! Te też są na mnie dobre! - mówię sama do siebie przeglądając się w wielkim lustrze w przedpokoju.
- A to nie te, które były na ciebie za duże ? - mama powinna kochać i wspierać, nie?
- Mia możesz sobie wziąć ten kombinezon, bo chyba za bardzo mnie obciska - mówię do siostry, czując się jak baleron otaczany sznurkiem.
- O ja! Super! Dzięki - chociaż jedna osoba jest szczęśliwa z tego powodu, że wyraźnie przytyłam.
- Myślisz, że fajnie by to wyglądało z dżinsową kurtką? - papla Mia, a ja wciskam się w kolejną parę spodenek - O matko! Zrobił ci się rów, ale z przodu! - wybucha śmiechem. Podchodzę do lustra i zaczynam rozumieć dlaczego jest taka rozbawiona.
- Ale jestem gruba! - mówię sama do siebie, nie dowierzając do końca.
- To trzeba iść na siłownie - mądrości Mii.
Koniec fazy trzeciej.

Choroba się rozwija błyskawicznie.              prawda.
Szanse na wyzdrowienie.                               brak.
Wsparcie rodziny.                                           brak.
0
Share
Walentynki. Były już jakiś czas temu, ale zdecydowanie nie miałam czasu na pisaniu o nich, a jest o czym.

Jeśli jesteś zajęty...
To piękne święto. Co prawda miłość powinno się celebrować codziennie, ale to dzień, w którym MUSIMY i chcemy musieć mieć na to czas. W ten dzień rzuca się wszystko. Spędza się go z drugą połówką na czymkolwiek. Byleby razem.

Jeśli jesteś wolny...
Zapewne nienawidzisz tego święta. Lepiej nie wychodzić z domu, bo na mieście roi się od par, które rozmnażają się jak mrówki i wychodzą znikąd. Siedzieć w domu i udawać, że ten dzień nie istnieje. Albo użalać się nad sobą i żałować, że się nikogo nie ma.
Albo się upić!

A tak serio, to dwudziestoczterogodzinna doba, która tak jak każda kolejna, co roku wypada w inny
dzień tygodnia. Nie jest obarczona żadnym ustępstwem. Jest zwykła, ale zawsze można ją uczynić wyjątkowym.
- Żebyś mnie kochał całe życie, żebyś mnie nigdy nie zostawił, żebyś był obok mnie, żebyś kochał i żebyś był tak cudowny i śmieszny już zawsze! - roześmialiśmy się równocześnie, a następnie wpadliśmy sobie w ramiona. Zacisnęłam w palcach skrawek jego koszuli. Swoją drogą była nowa. Zielona w kratę, pasowała mu. Wzięłam głęboki oddech zapamiętując każdą nutę zapachową, którą wydziela jego ciało. Odsunęłam się od niego nieznacznie i podałam mu niedużą torebkę z wielkim sercem - Teraz ty - ogłosiłam i usiadłam na skraju łóżka. Patrzyłam na niego wyczekująco, doskonale zdając sobie sprawę, że nie usłyszę nic, a nic.
- Kochaj mnie - szepnął zawstydzony, ale uroczy. Moje rozanielone serducho zaświergotało i rozbłysło czerwonawym blaskiem - Zawsze - dodał, a ja nie mogłam już wytrzymać i od razu uściskałam tego mojego wstydnisia.

"On. Ciepły, umięśniony, pachnący kąpielą i mydłem. Z mokrymi włosami i zagubionym wzrokiem błądzącym w ciemnościach. Przykryty, dostatecznie, nie całkowicie. 
Ona. Wcale nie krucha, zdecydowanie śpiąca, a wręcz spragniona snu. Włosy przemoczone do suchej nitki. Drażnią ją jak i jego. Jej skóra pachnie nim, jego mydłem, z jej charakterystyczną nutka, jego ulubioną. 
Okryta cała, od stóp do głów, bo on o to zadbał. Wierci się ciągle i wciąż, ale on nie narzeka, dostosowuje się, byle mieć ją w ramionach. Blisko serca. Leżą. On za nią. Od czasu do czasu muskając jej kark, skroń lub ramię. Otacza ją ramionami. Ciasno, ale nie przytłaczająco. 
Śpią. Ona za nim. Blisko, ciasno i gorąco. Gdy tylko wraca świadomość na krótką chwilę całuje jego rozgrzaną skórę na plecach. Kocha ich szorstkość. Razem niczym magnesy trzymające mocno to drugie w objęciach. Toną w swych ramionach i uciekają w krainę snu, bezpieczni i stali"
0
Share
Nowsze posty Starsze posty Strona główna

O mnie

Moje zdjęcie
Zakochana Złośnica
Jestem realistką, która lubi płakać ze szczęścia. Lubię swoje trampki, bo mogę w nich przejść pół świata. Lubię swoją szkołę, bo nauczyciele mnie zwyczajnie szanują. Lubię swoich przyjaciół, bo mnie słuchają. Lubię mówić, dużo, szybko i często, bez ładu i składu. Lubię pisać, choć nie zawsze wychodzi mi to tak jakbym chciała. Lubię ludzi, ale tylko tych miłych. Lubię gdy pada deszcz, bo mam wrażenie, że to oczyszcza świat z negatywnych emocji. Lubię swój pokój, bo jest odzwierciedleniem mojej duszy. Lubię kawę, bo jej gorycz budzi mój wiecznie śpiący mózg. Lubię herbatę, bo rozgrzewa moje wiecznie zmarznięte ciało i koi skołatane myśli. Lubię swoje oczy, bo jest w nich cała prawda o mnie. Lubię opowiadać o świecie, który istnieje we mnie, ale tylko nieznajomym.
Wyświetl mój pełny profil

Popular Posts

  • GRUDZIEŃ 2017, DZIEWIĘTNASTKA
    Kolejny rok przepłynął mi przez palce niczym przyjemnie ciepła woda z oceanu. Po raz kolejny robię podsumowanie w ten właśnie dzień, w Wigil...
  • Wrzesień 2016, DZIESIĄTKA
    Biała suknia spływała po moim ciele niczym piana, przyniesiona przez morze na brzeg. Wykonana z delikatnej aczkolwiek charakterystycznej ko...
  • Listopad 2016, TRZYNASTKA
    Wciąż czuje się zagubiona. Nie wiem co mam myśleć, jak postępować, co mówić i co robić. Nie chcę się narzucać, nie chce być obojętna, nie ch...
  • LUTY 2018, DWUDZIESTKA JEDYNKA
    Przeszłość wydaje się czymś odległym. Na co dzień stykamy się z nią bardzo rzadko albo wcale, a jednak ona gdzieś tam jest i wciąż żyje. Ost...
  • Początek czerwca 2015, JEDYNKA
    Tak naprawdę nikt, nic o mnie nie wie. Nawet ja siebie nie znam. To przerażające, że czasem jestem zaskoczona swoimi decyzjami. W około mni...
  • Maj 2017, SZESNASTKA
    Małżeństwo, czyli moment, w którym dwoje ludzi staje się jednością. Przestają być już jednostkami, kolejnymi z populacji, zaczyna łączyć ich...
  • GRUDZIEŃ 2017, Dwudziestka
    Dwadzieścia lat. Przeskoczenie kolejnej belki, kolejnej bramki, kolejnej niewidzialnej granicy jaką tworzymy my, ludzie. Odsunięcie lat nast...
  • Październik 2016, DWUNASTKA
    Za oknami było ciemno, wręcz czarno, ale moje serce świeciło, niczym letnie słońce. Czułam jak ciepło rozpływa się po całym moim ciele, tak...
  • Grudzień 2016, CZTERNASTKA
    Mój rok zaczyna się właśnie od świąt Bożego Narodzenia. To dość niestandardowe podejście do tego święta, ale myślę, że to nie tylko narodzin...
  • Maj 2018, Dwudziestka dwójka
    Po raz kolejny stał w jej drzwiach. Spoglądał na nią zupełnie inaczej, jakby bał się tego co zrobi. Cudownie było widzieć niepewność krążącą...

Obserwatorzy

Archiwum bloga

  • ▼  2024 (1)
    • ▼  października (1)
      • Październik 2023, tutaj zacznij
  • ►  2020 (1)
    • ►  listopada (1)
  • ►  2018 (3)
    • ►  maja (1)
    • ►  lutego (2)
  • ►  2017 (5)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  października (1)
    • ►  maja (2)
  • ►  2016 (14)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  października (1)
    • ►  września (11)
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 Zakochana Złośnica

Created By ThemeXpose & Distributed By Blogger Templates