Zakochana Złośnica

 Jedna klasa w technikum nie daje zbyt wielu szans na tajemnice. Wszyscy się znają, każdy wie o sobie tyle ile zdradzi ta druga strona. Można znaleźć przyjaźnie na całe życie, przelotne znajomości, krótkie romanse i poważne miłości. W życiu najpiękniejsza jest nieprzewidywalność, ciągłe niespodzianki czające się za rogiem i nagłe emocje, uczucia, które rodzą się z niczego.

            Pierwszy rok w technikum przyniósł jej miłość, o której marzyła. Będąc w kompletnej rozsypce, rozchwiana ze względu na nowe towarzystwo, dała się ponieść. Ich początki były bardzo krótkie, ale intensywne. Poznali się i w ciągu jednego tygodnia zostali parą, wydawać by się mogło, że parą idealna, bez skazy. Szeptanie czułych słów, pocałunki po kątach, spotykanie się w tajemnicy przed całym światem. „Drogi pamiętniku, on jest taki jak zawsze marzyłam. Czuły, troskliwy, niczym bohater z moich opowiadań, tyle że jest rzeczywisty. Siedzi obok mnie na ławce, obejmuje, całuje w czoło i wciąż powtarza, że kocha…” ­– pisała wieczorami w zaciszu swojego pokoju. Była zbyt młoda, by zajrzeć w jego duszę trochę głębiej, pozwoliła sobie na zaufanie wierzchniej warstwie jego osobowości. Niestety zawiodła się zbyt szybko, skrzywdził ją mocno, ale wybaczyła bez zastanowienia. Ciężko stwierdzić co nią kierowało. Nie powiedziała znajomym ani rodzinie, bo nie chciała zniszczyć jego wizerunku. Zależało jej na tym, żeby widzieli go jako dobrego, kochającego ją człowieka. Niestety i bez tych bolesnych szczegółów wciąż musiała walczyć z wiatrakami. Mama sprzeciwiła się temu związkowi, przyjaciółka dawała jawne znaki, że zdrowa relacja nie powinna tak wyglądać, ale ona nie słuchała. Wierzyła w wersję, którą sama namalowała.

            Z każdym kolejnym miesiącem było gorzej. Oczywiście były momenty, w których uśmiechała się do losu i dziękowała mu, za tak wspaniałego człowieka, przy którego boku może kroczyć. Nie dostrzegała tego ile w ich związku jest kłótni, sprzeczek, które on coraz częściej inicjował. Walczyła jak lwica, by pod koniec podkulić ogon i przeprosić za coś czego nie zrobiła. „Przecież w imię miłości trzeba wybaczać” – napisała krótko po pół roku związku.

            Miał problemy w szkole, nie radził sobie z wieloma przedmiotami i choć ona starała się mu pomóc na każdym kroku, nic z tego nie wychodziło. W końcu wpadli na pomysł, że przeniesie się do jej klasy. Szkoła była bardzo przyjazna, znajomi otwarci, a kierunek wiązał się z komputerami, które on tak bardzo uwielbiał. Nie myślała zbyt długo, właściwie prawie wcale. Wizja całych dni razem kompletnie przysłoniła jej rzeczywiste kłody, które mógł rzucić im los. Przyjaciółki ostrzegały, ale ona ponownie zamknęła się na swój obraz, stworzony na własne potrzeby. Po kilku dniach udało się. Był z nią w klasie i choć miało być cudownie, wcale nie było.

            Mieszał w jej przyjaźniach, robił awantury, często na oczach klasy. Wszyscy widzieli jak jest, krzyczeli, ale ona już dawno wybudowała dookoła siebie szklaną klatkę, by tego typu komentarze do niej nie docierały. Przesiadywał z nią całymi dniami. Najpierw w szkole, później u niej w domu, gdzie jadł obiad i szedł spać, a ona siedziała nad książkami. Ten związek nie był podobny do niczego, ale ona wmawiała sobie, że jest dobrze, że przecież musi być wyrozumiała.

            Minął rok odkąd zaczęli być razem, ale ich relacja cały czas stała nad przepaścią. Gdy jedno chciało skoczyć, drugie trzymało je mocno za dłonie. Tworzyli dla siebie toksyczną rzeczywistość, w której zbudowali sobie iluzje szczęścia.

            W styczniu nie wytrzymała i zostawiła go, ale na jedynie kilka dni. Szybko wrócił, jak bumerang. Prosił, rozmawiał, przekonywał, wspominał same dobre momenty, więc i ona popłynęła z nim tym statkiem. Dryfowali na malutkiej łódce w poszukiwaniu stałego lądu, który byłby czymś bezpieczniejszym. Nic nie trzymało się kupy, wciąż się rozstawali i ponownie do siebie wracali. W międzyczasie ona znalazła nowe uczucie, który przez to, że było zakazanym owocem smakowało wybornie. Dała mu tym argument, do tego że to ona niszczy ten związek. Wycofała się z obu relacji, by po chwili ponownie wrócić do niego. Ledwo dawała radę. Dużo chorowała, ze stresu wciąż miała gorączkę, często traciła głos i była wyczerpana. Nie dawał jej spokoju. Nawet gdy już nie chciała z nim rozmawiać, przyjeżdżał pod same drzwi, pukał i zmuszał tym do kolejnej dyskusji, która nie prowadziła do niczego. Nie kochali się już od dawna, łączyło ich jedynie przywiązanie, ale przez wzgląd na szkołę, wspólnych znajomych, nie potrafili się rozstać.

            Druga klasa przyniosła jej przyjaźń, jakiś nowy rodzaj relacji, dzięki której mogła choć na moment uciec. Marcin był taką bezpieczną przystanią, szczerą, ale i niewinną. W szkole wolała spędzać czas właśnie z nim, bo sprawiał, że na jej twarzy pojawiał się uśmiech, a nie łzy. Pijali razem kawę, czasem więcej niż jedną, rozmawiali na zajęciach komputerowych…

            – Jesteś moim bratem bliźniakiem z innej matki – powiedziała do niego któregoś dnia.

            Nie znali się świetnie, ale ona gdzieś tam w głębi duszy nazywała go swoim przyjacielem, za to że emanował spokojem. Pomiędzy kłótniami ze swoim chłopakiem to właśnie Marcin sprawiał, że zapominała o problemach.

            W czerwcu jej życie zmieniło się diametralnie. Zostawiła go definitywnie, wręcz przyrzekła sobie, że już nigdy do niego nie wróci, a wakacje, na które on zawsze wyjeżdżał do swojego rodzinnego miasta, były idealnym czasem na zapomnienie. Dodatkowo dostała się na praktyki zagraniczne, na które jechali jej dobrzy znajomi i Marcin. Cieszyła się, bo wiedziała, że to będzie dobry czas.

            Lato pod znakiem samotności było cudowne. Spędzała dużo czasu z przyjaciółmi, nie widywała go i nawet na moment udało jej się zapomnieć. Wzięła wdech i uśmiechnęła się do wolności. Już od tak dawna o niej marzyła, że powoli w głowie stawała się czymś niedoścignionym, a jednak dogoniła ją i pazernie zacisnęła w dłoni. Radość nie trwała zbyt długo, bo spotkała go i pierwsze skrzypce zagrała litość. Wychudł, zbladł i spoglądał na nią takim wzrokiem… Poczuła, że jak do niego nie wróci to go zniszczy doszczętnie. Byli razem, albo nie byli, kto ich tam wie. Raz widywano ich trzymających się za ręce, a zaraz pochłonięci byli w kłótni. Raz mówili, że są razem, a zaraz on zaprzeczał w gronie kolegów. Budowali dom bez fundamentów, a to nigdy nie kończy się dobrze.

            Nie czuła do niego nic, kompletnie. Wolała spędzać każdą wolną chwilę z Marcinem, o co często się kłócili. Zamiast siedzieć z nim, wolała usiąść obok przyjaciela. Jedli razem drugie śniadanie, rozmawiali, śmiali się, ona dużo śpiewała, a on jedynie się uśmiechał. Nie widziała w Marcinie nikogo więcej po za dobrym kolegą z klasy, pewnego rodzaju przyjaciela, choć nie do końca. Przecież prawie nic o nim nie wiedziała, on o niej zresztą też nie. Ich relacja opierała się na śmiechu i codziennym rytuale picia kawy na długiej przerwie. Nic po za tym.

            Jeszcze przed wyjazdem na praktyki, o które też zresztą kłóciła się ze swoim chłopakiem, bo przecież miał jechać z nimi Marcin, a on był o niego zazdrosny. Zapewniała go, że to tylko kolega, że nic ich nie łączy i nie połączy, bo przecież Marcin nie jest w jej typie… Nawet żaliła się bliskiej osobie, że ta zazdrość wszystko niszczy.

            – A jesteś pewna, że nic was nie łączy? – zapytała znajoma. Pokiwała głową, z pewnością w sercu – A co jak nagle coś między wami zakwitnie?

            – Nie ma takiej opcji, przecież my się tylko kolegujemy. Daj spokój, Marcin to Marcin, a nie żaden chłopak – urwała temat.

            Raz jej się śnił, był bliżej niż zazwyczaj, ale ona od razu stwierdziła, że to tylko głupi sen, że nigdy by z nim nie była. Wydawał jej się nieśmiałym i za cichym chłopakiem, a wizja tego, że ona w tym związku musiałaby nosić spodnie  od razu ją zniechęcała. Marzyła o tym, żeby ktoś ją adorował, zdobywał, a Marcin charakterem nijak jej do tego nie pasował.

            Nadszedł czas wyjazdu. Niby pożegnała się ze swoim chłopakiem, niby jej nie zależało, ale jak zobaczyła, że na przystanku wszyscy jej znajomi, którzy mają parę żegnają się czule, coś w niej pękło. Jej druga połówka nawet nie zaproponowała, że przyjedzie. Wsiedli do autobusu, na samym końcu, gdzie było pięć miejsc. Siedzieli w rzędzie. Marcin, ona, koleżanka i dwóch kolegów z klasy. Grali w karty, żartowali, opowiadali dowcipy, a swoim śmiechem zarażali połowę autobusu. Zjedali tonę przysmaków oraz słodyczy, ale nikt wtedy nie liczył kalorii.

            Siedząc obok Marcina nie czuła żadnego skrępowania, chyba że odpisywała na tysięcznego sms’a od ówczesnego chłopaka. Zamęczał ją pytaniami, domagał się atencji, a ona bawiła się zbyt dobrze, by wciąż wlepiać wzrok w telefon. Czuła się tym wszystkim zmęczona, ale pokornie odpisywała, odbierała telefony, przepraszała że nie odpowiedziała w ciągu minuty. Wręcz widziała jak towarzysze jej podróży przewracają oczami, ale starała się to ignorować. Za granicą miał ją czekać święty spokój.            

            Nastała noc, trochę szybciej niż się tego spodziewali. Kierowca włączył jakiś polski film, światła w autokarze zgasły, większość pasażerów układała się do snu, tylko oni z tyłu jeszcze się podśmiechiwali. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo i jej koleżanka i dwóch kolegów zapali w sen, została tylko ona i Marcin. Szeptali do siebie, chichotali, ale tylko przez moment, bo ani się spostrzegła, a jej powieki stawały się coraz cięższe. Nawet nie wiedziała, w którym momencie zasnęła na jego ramieniu, choć mimo wszystko wciąż był to bardzo zachowawczy gest. Za każdym razem, gdy budziła się na niedługą chwilę ponownie pytała, czy może ułożyć się na jego ręce. W końcu podjęła decyzje, choć była ona bardzo nieświadoma, że złapie go za ramię. Poczuła wtedy pod palcami jak spiął mięśnie. Dla niego musiało być to bardzo krępujące, bo był w pełni świadomy. Nie mógł zasnąć, więc całą drogę wpatrywał się w okno i służył za poduszkę przyjaciółce, która smacznie spała.

            Gdy obudziła się o poranku, docierali do celu i cała to noc nie była dla niej niczym nadzwyczajnym, właściwie wcale nie analizowała tego co się wydarzyło, on też nie podejmował tematu. Później wszystko poszło bardzo szybko, bo gdy dotarli na miejsce musieli wysiąść z autokaru i metrem przetransportować się do hostelu, w którym mieli zamieszkać na czas tych praktyk. Nie było to łatwe, bo po drodze czekały ich horondalne ilości schodów, a z ciężkimi walizkami wydawało się to nie do przejścia. Wtedy on ponownie przyszedł jej z pomocą, bo zaraz po tym jak wyniósł swój bagaż wracał po jej.

            Po zameldowaniu, prysznicu i obiedzie rozdzwoniły się telefony. Każdy opowiadał o podróży, o pierwszych wrażeniach. Jej chłopak zadzwonił dopiero wieczorem, a ona już wiedziała, że nie chce z nim rozmawiać, że chce iść do pokoju chłopaków i spędzić z nimi miło czasu. Nawet nie tęskniła, nie czuła potrzeby opowiadania mu co i jak… Zadzwonił raz, ale one miały w pokoju bardzo słaby internet.

            Kolejne trzy dni nie odzywał się do niej wcale, a ona nawet nie walczyła o kontakt, zajęta myśleniem o kimś innym. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego jak bardzo i jak szybko zbliża się do Marcina.  Żartowała, rzucała w jego stronę aluzję, które mocno wykraczały poza granicę przyjaźni, a on początkowo nie mówiąc nic uśmiechał się, a czasem wybuchał kontrolowanym śmiechem. Lubiła, gdy na jego twarzy malowała się radość, lubiła rozbawiać ludzi, ale po jakimś czasie zobaczyła, że rozśmieszanie właśnie jego, uwielbia. Jego śmiech był tak melodyjny, zarażał innych… Po raz pierwszy odpowiedział na jej niewinna zaczepkę, gdy chciała, by przyrzekł, że jak skończą 28 lat i będą singlami to wezmą ślub. Pokiwał głową, coś mruknął i prawdopodobnie nie wziął tego na serio, a ona zobaczyła otwarte drzwi. Poszła o krok dalej i o dziwo on potruchtał zaraz za nią.

            Nie spała za wiele, właściwie całe noce drzemała w gotowości, a wtedy pozwalała sobie na rozplątywanie myśli o Marcinie. Nie skupiała się na tym, do momentu aż zaczęła analizować jego słowa i zachowania. Czuła się jak małe dziecko, które czegoś chce i nie może tego dostać, a jednocześnie wciąż widziała czerwone światło. Był blisko, na wyciągnięcie ręki, a mimo wszystko tak daleko. Nigdy nie powiedział „tak”, ale nie powiedział również „nie”, bo żadne pytanie wprost nie padło. No i był jej chłopak, tam gdzieś daleko, w Polsce. Pewnie obgryzał paznokcie, zarzekał się, że pierwszy się nie odezwie i wyklinał ją w głowie.

            Wieczorami dużo razem leżeli, każdy pod swoją kołdrą, a mimo to żartowali, że są małżeństwem. Bawili przy tym wszystkich zgromadzonych.

            Trzeciego dnia, gdy oglądali wszyscy razem film, zadzwonił jej telefon. Napis na ekranie sprawił, że przełknęła zbyt głośno ślinę, dzięki czemu wszyscy wiedzieli, kto dzwoni. Wygramoliła się spod kołdry i najciszej jak potrafiła wymknęła się z pokoju, by odbyć rozmowę, której bała się najbardziej na całym świecie.

            – Już się puściłaś? – wciśnięcie zielonej słuchawki, po którym usłyszała takie słowa, było najgorszym posunięciem. Westchnęła, wiedząc, że to jeszcze nie koniec wywodu. To dopiero początek litanii, której miała być świadkiem, bo przecież nie rozmówcą.

            Coś krzyczał, zniżał głos i moralizował, ale żadne z tych słów nie trafiło do jej serca. Przez uszy do głowy,  z głowy drugim uchem w świat. Nie przejęła się, nie zamartwiała, a przede wszystkim nie ugięła. Po kilku minutach wyzwisk, obelg i nic nie wartych słów, rozłączył się. Wtedy pozwoliła sobie na westchnięcie. W ustach czuła smak braku szacunku, który nie chciał po niej spłynąć jak wszystkie inne słowa. Telefon w je dłoni zawibrował, trochę dłużej niż na sms’a, machinalnie odebrała połączenie.

            – Chcesz jeszcze ze mną być? – czekała na to pytanie cały ten czas, nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Chciała odpyskować, zapytać czy oni w ogóle jeszcze są razem, ale powstrzymała się, nie chcąc dłużej ciągnąć tej rozmowy i tego związku.

            – Nie – wręcz szepnęła, jakby bała się, że głos jej zadrży, a on to wyczuje i będzie próbował z tej nicości złożyć coś więcej.

            – Miłych praktyk – odpowiedział i się rozłączył tym razem nie wyczuwała zdenerwowania.

            Wróciła do pokoju. Nie zmieniło się tam zbyt wiele, te kilka minut nie zaburzyły ładu ani porządku. Świat się nie zatrzymał, ludzie nie poumierali, a ramiona Marcina wciąż nieświadomie czekały na jej dotyk. Przykleiła się do niego jak magnes, otuliła go jak ośmiornica swoimi mackami, a on ani drgnął. Oddał się jej, ale nie dał nic od siebie, jakby czekał na pewien rodzaj przyzwolenia.

            – Zerwałam z nim – powiedziała na głos, dając mu przy tym klucz.

            Złapał jej rękę, która leżała na jego klatce piersiowej i zaczął rysować na niej niezidentyfikowane kształty. Głaskał delikatnie, jakby bał się, że jej dłoń się zaraz rozpadnie. Pozwalała mu na każdy gest w środku czując, że się rozpłynie. Błyskawicznie łatał każdą dziurę w jej sercu, sklejał najmniejsze odpryski i otulał czułością, której nie znała… A później, po zakończonym filmie, poklepał ją po ramieniu i wyszedł wraz z kolegami do swojego pokoju. Miała nadzieję, że zostanie, ale tak się nie stało.

            Znów nie spała, znów się zadręczała myślami… Kolejny dzień wcale nie przyniósł już wytchnienia, tak jak to robił zawsze. Czuła się jak porcelanowa lalka, której niewiele potrzeba do tego, by się potłukła. Sama do końca nie wiedziała co ją dręczy, czy to że w końcu  wybudziła się z najgorszego koszmaru, czy może to, że poczuła wewnątrz niewielką iskrę i wiedziała, że on też mógł ją poczuć, a mimo to stchórzył.

            Cały dzień minął im jak zwykle. Drzemka w pociągu w drodze, praca przy komputerze, przerwa, na której śmiali się i rozmawiali jak zwykle, szybkie zakupy i powrót do domu, gdzie czekało ich popołudnie w kuchni. Gotowanie obiadu, popijanie cappuccino i podśpiewywanie pod nosem. Wszystko tak jak zawsze, a mimo to czuła to napięcie pomiędzy nią i Marcinem. Wciąż go zaczepiała, on wciąż odpowiadał na każdą jej zaczepkę, a mimo to nie wiedziała dokładnie do czego to prowadzi. W lodówce chłodziły się drinki na wieczór i ta myśl dodała jej pewności siebie. To dziś nie wypuszczę go z pokoju, poproszę by został, a procenty mi w tym pomogą.

            Szybka kolacja w świetnym towarzystwie. Kucharz zaserwował ryż z kurczakiem i papryką i choć nie było go wiele jedli ze smakiem opowiadając sobie jak minął im dzień. Ukradkowe spojrzenia pomiędzy kolejnymi kęsami tylko zagrzewały ją do walki o niebieskookiego, nieśmiałego chłopaka. Stał się dla niej rodzajem pucharu, który chciała zdobyć.

            Prysznic dłużył jej się niemiłosiernie i choć starała się zachowywać normalnie, wciąż myślała o tym co może nadejść. Marzenia krążyły gdzieś na granicy świadomości i choć bardzo chciała je chwycić, pociągnąć, nie wiedziała czy może…

            Zakład z jednym kolegą był przypadkową możliwością. Mieli wypić drinki szybko i zobaczyć kogo pierwszego rozłożą na łopatki. Wszyscy wiedzieli, że to będzie ona, ale nikt nie protestował. Gadka szmatka, nie mająca większego sensu. Pijane pogadanki, kilka słów za dużo… Alkohol nie robił z jej głową i ustami nic dobrego, prócz tego, że unosiła ją odwaga.  On wyczuł, że coś się święci, że cała ta sytuacja coś znaczy, ale nie zrobił żadnego gestu, by okazać swoje stanowisko. Czekał, od początku do końca.

            Zanurzyła się tak głęboko, że wstyd przestał istnieć. Paplała o sprawach, o których nigdy nawet nie chciała rozmawiać, ale wtedy nie czuła, że to wiadro żalu wylane na towarzyszących jej znajomych nie jest dobrym pomysłem. Leżał obok niej, tak blisko, a jednak tak daleko. Ich ciała nigdy nie były bardziej nieruchome, bardziej ospałe, zestresowane każdym oddechem. Napięcie rosło, ale po cichu, w ciemnym kącie pokoju, czekając na możliwość wybuchu.

            Został z nią, bo będąc upojona, miała odwagę poprosić, by nie wychodził. Zgasło światło, oni leżeli obok siebie na jednoosobowym łóżku, pod jedną kołdrą i na jednej poduszce. Nigdy nie byli aż tak blisko. Coś szeptali, trochę się śmiali, ich twarze dzieliły milimetry. Policzek do policzka, stykające się nosy, mieszające się ze sobą oddechy… Świat na moment się zatrzymał, wszystko zamarło w oczekiwaniu na ten moment, na ten mały wybuch, który dłużył się niemiłosiernie. Ich usta spotkały się nieśmiało, tak samo zastygłe w bezruchu jak reszta ciała. Zanurzyła się ponownie, tylko tym razem w jego bliskości, ale stamtąd nie było tak łatwo wypłynąć. Przepadła, wróciła na moment, by przyswoić rzeczywistość i ponownie się zapadała. Oddała się temu gestowi bez opamiętania, z przyjemnym zapomnieniem.

            Otoczyła ich bańka, odgrodziła od świata, a każda z jej ścianek choć cienka, chroniła niczym bunkier, nie dopuszczając nawet odgłosów życia. Słyszeli tylko swoje oddechy, czuli bicie serc i widzieli swoje twarze. Odpływali w dal, zostawiając rzeczywistość za sobą, zaskoczeni, że tak wiele łączy nie tylko dusze, ale również ich ciała.

            Od tamtej pory jej życie to uśmiech, na jego widok. To głośny śmiech w środku ciemnej nocy, to jego duże dłonie na jej biodrach i mokry pocałunek na karku, to złość o błahostki i szybkie porozumienie. To wulkan emocji i spokojne morze. To przyjaźń i miłość w jednej relacji. To skarb, który odkopała 1500 kilometrów od domu, choć wciąż miała go przy sobie…

0
Share
Po raz kolejny stał w jej drzwiach. Spoglądał na nią zupełnie inaczej, jakby bał się tego co zrobi. Cudownie było widzieć niepewność krążącą w jego oczach, bywała tam rzadko. Nie odzywając się, gestem kazała mu wejść do środka. On również milczał, jakby obawiał się, że powie coś nie tak. Tylko ona zdawała sobie sprawę, że oboje są winni, on znał tylko własną winę, jej była dla niego niczym niewidoczny dym, wyczuwalny, ale niedostrzegalny.
Położyła się na łóżku, w tej samej pozycji, co przed jego przyjściem. Wbiła wzrok w ścianę, leżąc do niego plecami. Wciąż liczyła, że może jeszcze się rozmyśli, że wyjdzie rozumiejąc okazywaną mu niechęć. On jednak stał w drzwiach, bez butów, ale z plecakiem na plecach.
- Czemu nie ma cię w szkole?
- Bo jestem tutaj.
- Nikt cię tu nie zapraszał - złość.
- Myślę, że musimy porozmawiać.
- Nie mamy już o czym Ken, znasz moje zdanie na ten temat - pewność siebie.
- Ale ty mnie nie wysłuchałaś.
- Bo od kilku miesięcy, właściwie od zawsze, powtarzasz to samo. Jest ci przykro, przepraszasz i żałujesz, po czym ponownie wbijasz mi nóż między żebra. Mam tego dość - obojętność.
- To on ci coś nagadał, prawda?
- Nie wiem o kim mówisz, nikogo nie ma - kłamstwo.
- Proszę cię, wysłuchaj mnie.
Usiadła na łóżku spoglądając w jego stronę.
- Mów - litość.
- Kocham cię i nie dam ci tak łatwo odejść. Już tyle razem przeżyliśmy. Wiem, że ty również mnie kochasz, że nie pozwolisz tego zaprzepaścić.

Kocham cię, dlatego musisz ze mną być. Wytrzymałaś te wszystkie kołki, które wbijałem ci w samo serce, więc i to przetrzymasz. Na pewno mnie kochasz, jestem dla ciebie dobry, dlatego będziesz ze mną z litości. 

Brak reakcji z jej strony zachęcił go do tego, by podejść bliżej, by zdjąć plecak, by położyć go na podłodze, a samemu zasiąść na krańcu łóżka. Złapał ją za nogę, pozornie czule, ale ona czuła determinację w tym geście. Jesteś moja. Przesunął ją wyżej, dzięki czemu zaczął się przybliżać.
- IS proszę cię - desperacja w jego głosie doprowadzała ją na skraj cierpliwości, by przepaść w litość.
Przybliżył się jeszcze bardziej, a ona przestałam się opierać. Po prostu sprawdzę.
Widząc jej wyraźny brak oporu zaczął ją dotykać wszędzie, zapominając o wcześniejszym konflikcie. Całował, okazywał czułość, ale nie doprowadzał do szaleństwa. Jej mózg pracował na zdwojonych obrotach, przeliczając prawdopodobieństwo i notując każdą kolejną emocję, która się w niej rodziła po wpływem jego dotyku. Musiała wiedzieć czy go jeszcze kocha, czy choć jej ciało na niego zareaguje. Był tak bardzo blisko. Co rusz kradł buziaki, choć jej usta wręcz piekły od wyrzutów sumienia. W miejscach gdzie przesuwały się jego dłonie czuła ból, jakby ktoś przypalał je zapalniczką, ale nie mogła się wycofać. Musiała w to brnąć, by w końcu poznać prawdę, która nadeszła szybciej niż by się tego spodziewała.
W momencie gdy stali się całością poczuła gule w gardle, a oczy zostały zaatakowane przez łzy. Zacisnęła powieki, by zachować te emocje jedynie dla siebie. Zacisnęła zęby, by móc to bezgłośnie przetrwać...
Ruszał się powoli, z pewnego rodzaju czułością, pozorną. Otaczał ją ramionami i próbował złapać jej wzrok, który błądził w odmętach sufitu. Chciała tak głośno krzyczeć, szarpać się i wyrywać, a trwała bez ruchu czując się zupełnie otępiała. Namiętność zmieszana z pożądaniem kompletnie go pożarły, to mieszanka wybuchowa, dlatego nawet nie zauważył, że nie wykonuję żadnych ruchów i nie wydaje z siebie żadnych dźwięków. Czy tego chciała się dowiedzieć? Przecież już od dawna to wiedziała. Znała jego egoizm najlepiej na świecie.
Uprawiał ze nią seks, choć jej wcale tam nie było. Gdyby nie jej  przyzwolenie, można by było uznać, że zgwałcił ją, ale emocjonalnie. Nie zauważył, nie zajrzał głęboko, by dostrzec ten ból. Po prostu skupił się na czerpaniu przyjemności z jej ciała.
Jeszcze moment... Powtarzała sobie. Wiedziała jednak, że to niczego nie skończy, wręcz przeciwnie. Zacznie się prawdziwe cierpienie, zmieszane z wyrzutami sumienia, a po wszystkim będzie szukała pocieszenia w ramionach innego mężczyzny, ale tylko przez moment. Od zawsze jej ból, był jedynie i tylko jej. Nie dzieliła się nim z nikim, dusząc się powietrzem. Masochistka z zimną krwią.
- Było cudownie, kocham cię - pocałował ją w ramię, a ona jedynie westchnęła. Zwinęła się w niewielką kulkę i oddychała głęboko, zbyt głośno, by nie zauważył, ale i zbyt cicho, żeby zrozumiał - Wszystko w porządku? - zapytał z obowiązku. Nawet nie spojrzał.
- Wynoś się - szepnęła pierwszy raz szczerze. Nie chciała go teraz widzieć, ale wiedziała, że nie wyjdzie szybko, nie po czymś takim - Muszę to wszystko przemyśleć - wyjaśniła uspokajając głos. W te słowa włożyła dużo mniej jadu.
- Ale przecież my... - przerwał zdezorientowany. Wciąż niczego nie rozumiał - Myślałem, że po tym... - ponownie przerwał, pochylając się w moją stronę. Chciał spojrzeć mi głęboko w oczy, ale było już za późno na takie czułości.
- Po prostu proszę cię o to, żebyś wyszedł - powtórzyła wyraźnie, mocno akcentując. Oboje wiedzieli, że to prośba nie była.
Wstał, ubrał się pospiesznie i udał się do przedpokoju. Przytulił ją na pożegnanie, a wzdłuż jej kręgosłupa mimowolnie przeszedł dreszcz obrzydzenia.
- Odezwij się - pocałował ją w policzek i po prostu wyszedł, tak jak go o to prosiła.
Przestała hamować łzy, pozwoliła im zmoczyć całe policzki i koszulkę. Brzydziła się siebie, a to zmiażdżyło ją dużo bardziej niż jakiekolwiek jego słowa.
0
Share
Przeszłość wydaje się czymś odległym. Na co dzień stykamy się z nią bardzo rzadko albo wcale, a jednak ona gdzieś tam jest i wciąż żyje. Ostatnio miałam takie zderzenie z czymś czego wstydzę się po dziś dzień, z zauroczeniem, które wzbudziło we mnie tak wiele emocji. To ta część życia, o której nie mówi się zbyt wiele, która była punktem kluczowym, pewnego rodzaju zmianą, ale niekoniecznie na lepsze. Bo jesteśmy tylko ludźmi i mamy prawo podejmować własne decyzje, albo tak nam się tylko wydaje...

  Spojrzała w nie jak zahipnotyzowana. Czułam jak lekki prąd przeszedł przez jej ciało. Pomimo tego, że oczy miał małe i nieco zasłonięte przez opadające powieki, ich przyjemny odcień brązu przywodził jej na myśl roztopioną gorzką czekoladę w ulubionym rondelku jej babci. Zawsze maczały w niej herbatniki, które chrupały do ciepłej herbaty z aromatem pomarańczy. Zaśmiała się nerwowo czując jak w jej wnętrzu rodzi się rój wypoczwarzonych motyli budzących się do życia po długim odpoczynku w kokonach. Dotknęła delikatnie brzucha w miejscu, w którym czuła mrowienie i zaskoczona dotąd nieznanym doznaniem uśmiechnęła się nieznacznie. W jej nerwach budziło się pragnienie, które od razu powędrowało do mózgu. W jej żyłach prócz krwi płynęła namiętność, która w jednej niedługiej chwili wytworzyła się tak naprawdę z niczego. Poczuła chęć, poczuła rodzaj pożądania, nad którym nie umiała zapanować. Różne rodzaje iskier zaczęły krążyć wokół nich i dziwnych trafem poczuli to oboje. Pełne, czerwone wargi zaczęły ją swędzieć, a właściwie czuła się tak jakby wzdłuż nich przechodziło stado małych, czarnych mrówek. Od razu przejechała po dolnej palcem, ale dziwne doznanie wcale nie umknęło, a wręcz się nasiliło. Przegryzła ją, modląc się w duchu by to pomogło, bo owe uczucie zaczęło ją irytować. Wszystko zaczęło jej się mieszać w mózgu i miała wrażenie, że myśli zaplątują się jedna w drugą tworząc coś nowego. Potrząsnęła głową wierząc, że w ten sposób zapobiegnie tworzeniu się dziwnych powiązań. Niestety to nic nie dało.
  Oddech jej przyspieszył, a emocje szalały w jej wnętrzu czując co się zapowiada. Jego czarne jak smoła źrenice zmieniały swój rozmiar z każdą sekundą, zadziwiając ją jeszcze bardziej. Widziała w nich to co aktualnie czuła, ale niestety nieśmiałość, która dość często sprawiała nad nią rządy nie pozwalała jej zrobić pierwszego kroku. Ręce zaczęły się trząść niemiłosiernie, dlatego od razu schowała je do kieszeni. Kolana powoli traciły swoją stabilność i z każdym oddechem blokada, w postaci stawów, popuszczała.
  Spuścił wzrok i chrząknął dość głośno przerywając narastającą ciszę. Wpatrywał się w swoje buty z za dużym zainteresowaniem. Oboje czuli skrępowanie i namiętność, która wiła się nad ich głowami. Ponownie przegryzła dolną wargę czując, że usta zaczynają niebezpiecznie drżeć. Cała się trzęsła, ale nie z zimna. Wiatr delikatnie powiewał, rozwiewając pasma jej włosów na wszystkie strony, przy okazji otrzeźwiając ją.
  – Iza ? – zapytał zachrypniętym głosem wyrywając ją z zamyślenia. Nie spojrzał na nią, a wręcz przeciwnie, wciąż udawał, że jego buty są ciekawsze.
  – Pocałuj mnie – szepnęła nie panując nad swoimi słowami. Gdy zdałą sobie sprawę z tego, co powiedziała, odruchowo zakryła usta dłonią. To wystarczyło by na nią spojrzał i zatopił swoje zaskoczone spojrzenie w jej czekoladowych oczach. Bez słowa podszedł bliżej, tak że ich klatki piersiowe stykały się ze sobą. Oboje czuli swoje przyspieszone oddechy i szybciej bijące serca.      Atmosfera zgęstniała i wyraźniej czuć było pożądanie. Teraz nie było odwrotu. Oboje tego chcieli.
  Czekała na jego pierwszy krok, który dłużył się coraz bardziej. Jego ciepłe jak małe termofory dłonie spoczęły na jej rozdygotanych biodrach. Złapał ją tak mocno i zdecydowanie, ale jednocześnie z wyczuciem. Nabrała raptownie powietrza i zatrzymała je w płucach nie będąc w stanie powtórzyć tego kroku. On przełknął ślinę denerwując się przedłużeniem, które ona nieświadomie stwarzała. W końcu wyczuła ten moment i zebrała w sobie ostatki sił by zarzucić swoje ociężałe ręce na jego kark. Opuszkami palców głaskała w miejscu gdzie kończyły się jego ciemne włosy, a druga w spokoju spoczywała na jego policzku przyozdobionym zarostem. W jednym momencie przechylili głowę i zaczęli się do siebie zbliżać. Poczuła niebezpieczną mieszankę tytoniu i jakiś intensywnych perfum, co idealnie komponowało się z jego budową ciała i osobowością. Był taki dopracowany w każdym calu. Ich wargi się dotknęły i przywarły do siebie tak jakby nigdy nie chciały się opuścić. Przeszedł jej przyjemny dreszcz, który długo błądził pod jej skórą w różnych miejscach jej rozdygotanego ciała. Ich usta stykały się raz za razem, powoli przekształcając pocałunek w coś poważniejszego. Jej palce zacisnęły się na jego karku, a on coraz to mocniej przyciskał jej przestraszone ciało do swojego. Uśmiechała się przez pocałunek i chciała więcej i więcej. Po chwili jednak odsunęli się od siebie nieznacznie, stykając się wciąż nosami i wpatrywali się w swoje radosne, i spełnione oczy.
  – Dlaczego się tak we mnie wpatrujesz? – zapytała nieco oszołomiona.
  – Bo nie mogę przestać się ciebie uczuć na pamięć – odpowiedział zachwycony.


Manipulował nią przez długi czas. Grał na niej niczym na instrumencie, który należy do niego. Ona zaś oddała się w jego męskie dłonie, tylko po to by móc uciec nieco dalej niż za róg. Szkoda, bo może tam, za rogiem, zauważyłaby jak wielki błąd popełniła. Może tam ktoś powiedziałby jej o konsekwencjach, które poniesie w przyszłości, o cenie jaką przyjdzie jej zapłacić za każde zamienione z nim słowo, za każdy gest, który on jej podaruje... Teraz stoi tu, wcale nie uśmiecha się do tamtych wspomnień. Jest przerażona, bo wie do czego jest zdolna i jak daleko jest w stanie się posunąć.

Zaufanie ma dwie strony medalu, a tak niewielu o tym pamięta...

0
Share
Dwadzieścia lat. Przeskoczenie kolejnej belki, kolejnej bramki, kolejnej niewidzialnej granicy jaką tworzymy my, ludzie. Odsunięcie lat nastoletnich w kąt i zmierzenie się z kolejną falą problemów, z wyższej półki.
Śmiech przez łzy, zamieniony na łzy ze stresu.
Stres ściskający żołądek, skaczący po płucach i wyłączający mózg.
Miłość, ale ta stabilna, definiowana przez bezpieczeństwo.
Przyjaźń jedynie wartościowa, bo na inną nie ma już czasu.
Pasja, która powoli przeobraża się w coś więcej niż kilka słów na tablicy "Celi".
Przyszłość zbliżająca się jeszcze większymi krokami.
Nie poczułam się stara, poczułam się w pełni dojrzała, trochę jak dłużej leżakujące jabłko. Czerwone i soczyste, ale nie zgniłe, bo na to mam jeszcze trochę czasu.
W tym roku, w momencie, gdy jeszcze znajduję się przez chwilę na stabilnym moście, chciałabym się wyspowiadać. Nie potrzebuje rozgrzeszenia, słów pocieszenia, czy współczucia. Potrzebuje wyrzucić z siebie wszystkie złe emocje, by móc w ten "Nowy rozdział" wkroczyć z inną energią, z lepszą energią. Dlatego przyszedł czas na mówienie o błędach, kłamstwach i wstydach, które dziurawią moją dotychczasową drogę.


0
Share
Kolejny rok przepłynął mi przez palce niczym przyjemnie ciepła woda z oceanu. Po raz kolejny robię podsumowanie w ten właśnie dzień, w Wigilie, bo jest to dla mnie od zawsze rodzaj jakiegoś radosnego początku. Kojarzy się z narodzeniem, z rozpoczęciem nowego życia, z niepohamowanym szczęściem... Każdy z tych symboli jest dla mnie jasny, czytelny i przede wszystkim trafia w moje serce dużo mocniej, niż fajerwerki.
Wiele się wydarzyło w tym 2017-tym roku, nie da się zaprzeczyć, że był to dla mnie, jak i dla nas, ogromny przełom, ogromne emocje i natłok małych problemów, które na całe szczęście nie przysłoniły mi codzienności. Kolejny zapowiada się dosyć ciężko, pod znakiem zapytania, nie dlatego, że nie wiem co mnie czeka, ale dlatego, że decyzje, które podjęłam w 2017-tym mają swojego odbicie w 2018-tym roku. Czy się boję? Czasem bardziej, czasem mniej, wiem jednak, że choćby nie wiem co, nie poddam się w swoich działaniach i przetrwam, chociażby po to, by móc sobie pogratulować za okrągłe 365 dni.

Dokładnie rok temu zdecydowałam, że wybiorę studia humanistyczne i szczerze mówiąc jeszcze nie wiem czy tego nie żałuję. Patrząc na to wprost, brzmi to dość negatywnie, ale osoby, które studiują doskonale zrozumieją to zdanie. To ogromne "dziękuję" za otworzenie oczu, za ludzi, których poznałam, za rozwinięcie historii, która jeszcze niedawno była niewielkim okienkiem, za uśmiech wykładowców, za pewnego rodzaju dumę, za chęci, które rodzą się tak niespodziewanie, za rozwój, którego z pewnością mi nie zabraknie... Jednakże jest to również ogromne "nie wiem", bo tak właśnie się czuję gdy pomyślę o sesji. To jest obawa, strach, którego nie jest w stanie przezwyciężyć nawet najlepszy i najsympatyczniejszy wykładowca. Jest to też obowiązek, którego nigdy nie jesteś w stanie spełnić tak w stu procentach...
Jedno wiem na pewno, studia to przekochana przygoda, to przekochane osoby, to ukochana forma rozwoju, ale i paraliżujący stres. Myślę, że za rok będę w stanie powiedzieć trochę więcej i spojrzę na to z zupełnie innej strony.

Dokładnie rok temu myślałam o maturze, którą w tym momencie mam już za sobą. Czy to było takie straszne? Chyba nie. Czy chciałabym to powtórzyć? Zdecydowanie nie! Czy są gorsze egzaminy? Oczywiście, że tak. Chociażby życie.
Nie zdałam rewelacyjnie. Nigdy nawet nie mierzyłam w wysokie wyniki. Chciałam jedynie zdać i móc pójść dalej. Z niektórych wyników byłam dumna, inne mnie rozczarowały, a jeszcze inne zaskoczyły. Właściwie dopiero pracując za granicą zrozumiałam, że ta cała matura to bzdura, a wyniki można sobie o tyłek rozbić.

Praca za granicą, czyli moje wielkie marzenie o wielkim zarobku. Można odhaczyć.
Pewnie kiedy indziej napiszę o tym nieco więcej, bo jest o czym...

No i dokładnie rok temu pisałam o wigilii klasowej, o gronie "bliskich" mi osób, o tym ile wnieśli do mojego życia, ile dla mnie znaczą... Z tego miejsca mogę powiedzieć, że spokojnie mogę o nich zapomnieć, bez żadnych wyrzutów sumienia. Nie było ckliwych pożegnań, bo właściwie nie było żadnych. Nawet głupiego "cześć" nie usłyszałam i nie umiem zdecydować, czy mnie to smuci, czy może jest mi to obojętne. Podchodzę do tego dość neutralnie, bo już wiem co to znaczy mieć przy sobie wyjątkowe osoby i wiem, że oni absolutnie nimi nie byli.
Żałowałam tylko, że niektórym nie powiedziałam na odchodne kilku słów. Nie chodzi mi o niemiłe docinki, a raczej coś od serca....

W 2017 znów zaczęłam pisać. Myślę, że to mówi samo za siebie. Poczułam w sobie tę moc, która nie opuszcza mnie ani na krok. Piszę co się da, kiedy się da i ile mam tylko sił. Często znów uśmiecham się do monitora, tak jak w najlepszych czasach.
W 2018 nie wydam książki, ale być może w 2019 zrobię ten kolejny krok... Oczywiście żartuje. Najważniejsze jest to, by pisać dla siebie, publiczność sama przyjdzie, gdy będzie na to czas.

No i wydarzenie ostatniego miesiąca tak naprawdę. Świeża sprawa. Wyprowadziłam się z mojego rodzinnego domu. Była to decyzja przemyślana od początku, do końca i gdzieś tam zaplanowana w odmętach mojej głowy. Wiedziałam, że zdarzy się to niebawem, zresztą moi rodzice również. Widziałam, że jest im ciężko, mnie też było... Ale nie żałuje. W końcu mogę zapraszać ich na kawę i ciastko, znajomi u mnie przesiadują w dużych ilościach i bez limitu czasowego...
Znaleźliśmy swoje nieduże miejsce na Ziemi, gdzie za zamkniętymi drzwiami jesteśmy nietykalni. Problemy tu nie docierają.

W tamtym roku podziękowałam tak wielu osobom i w tym czuję się jeszcze bardziej zobowiązana...

Dziękuję moim rodzicom za każde ich słowo. Właśnie w tym roku pokazaliście mi jak daleko sięga wasza miłość, jak wiele jesteście mi w stanie dać i jak niewiele wymagacie w zamian.

Dziękuję Ci tato, za to że jesteś niezawodny. Nawet nie umiem opisać słowami jak wiele dla mnie znaczysz i wiem, że wcale byś się za to na mnie nie złościł, bo tą cechę akurat dziedziczę po Tobie. Jeździłeś ze mną na drugi koniec Niemiec, sprawiając, że na każdym kilometrze drogi, w każdej sekundzie podróży, czułam się bezpieczna. Otoczyłeś opieką, okazałeś troskę i poświęciłeś się tylko po to, by mieć pewność, że dotarłam cała i zdrowa.
Twoja mądrość nie raz ratowała mnie z opresji i myślę, że uratuje jeszcze nie jedno moje dzieciątko.
Dziękuję Ci przede wszystkim za wsparcie w moich wyborach i za to, że potrafisz swoim kolegom dumnie powiedzieć, że studiuje filologie polską, jakby to było coś niesamowitego.

Dziękuję Ci mamo za każde dobre słowo, za każdy rodzaj troski jaki mi darujesz. Za ciągłe telefony, za to że nie popadasz w panikę i wierzysz we mnie jakbym była omnibusem. Za to, że poratujesz z największych opresji, że przyjedziesz tylko po to, by wybrać się ze mną na zakupy do Tesco. Za to, że przytulasz mnie za każdym razem, gdy jestem w zasięgu wzroku...
Dziękuję Ci za to jaka jestem, bo nauczyłaś mnie niepohamowanej empatii, ciągłego uśmiechu i szczerej miłości. Każda z tych wartości jest pięknem, które podarowałaś mi nie chcąc nic w zamian.

Dziękuję Ci Maja, że jesteś moją siostrą. Odkąd wróciłam za granicy bardzo się do siebie zbliżyłyśmy i mam nadzieję, że utrzymamy tą relację już zawsze. Ja stałam się nieco cierpliwsza, a wiem, że Ty tego potrzebujesz, a Ty przestałaś mnie odrzucać.
Dziękuję Ci za to, że rozświetlasz mój dzień swoim żartem, uśmiechem i szczerą miłością. Myślę, że przez te wszystkie lata to Ty oberwałaś ode mnie najbardziej, a mimo to, wiem że wskoczyłabyś za mną w ogień bez zastanowienia. Kocham Cię i to się nigdy nie zmieni.

Dziękuję Ci Marcin za to, że udowadniasz mi co dnia, że jesteś tym jedynym. Nie potrzebuje kwiatów, prezentów... Wystarczy mi ta codzienność, w której jesteśmy partnerami.
Dziękuję Ci za to, że zawsze przed wyjściem do pracy przychodzisz mnie pocałować i żegnasz się ze mną. Za to, że robisz mi herbatę nawet jak o to nie proszę. Za to, że oglądasz ze mną seriale, które uważasz za beznadziejne. Za to, że nawet gdy budzisz się wcześniej, otulasz mnie cieplej kołdrą i leżysz obok czekając aż ja otworzę oczy. Za to, że przy Tobie jestem lepsza i chce taka być... Już pisałam to tak wiele razy, ale jesteś moim cudem...

Dziękuję Ci Magda za absolutne wariactwo, które wprowadzasz w moje życie. Za ciągłe emocje, przeżycia i dramaty. Pokazujesz mi świat, o którym nie mam pojęcia i choć powinno nas to dzielić, na każdym kroku mam wrażenie, że to nas poniekąd łączy. Poprzez tolerancję. Nigdy nie usłyszałam od Ciebie, że jestem głupia, lekkomyślna... Raczej zawsze starałaś się być obok, nawet gdy popełniałam straszne błędy, pomagałaś mi wstawać. Dlatego teraz, gdy moje życie jest już poukładane w jakimś stopniu, ja chce dać Ci to wsparcie, które niegdyś ofiarowałaś mi Ty...

Dziękuję Ci Ryba, za to że potrafiłaś mnie tak w sobie "rozkochać" w te trzy miesiące. Już dawno nie czułam się tak zrozumiana, tak doceniona i tak wysłuchana. Są sprawy, o których wiesz tylko Ty, są tematy, na które rozmawiam tylko z Tobą i za to Ci chce podziękować. Za wysłuchanie, za przytulanie i za to, że się przede mną otworzyłaś, że mi ofiarowałaś swoje zaufanie.

Dziękuję Ci Życie, za kolejny wspaniały rok usłany różami i uschniętymi gałęziami. Na wiele spraw otworzyłeś mi oczy, wiele mi podarowałeś, ale i wiele zabrałeś. Nie jestem zła, na Ciebie nigdy, a nawet gdy bywam rozczarowana to gdzieś tak wewnątrz się uśmiecham, bo wiem, że to część jakiegoś boskiego planu.

Dziękuję Ci Boże za to, że istniejesz i że dajesz mi siłę. Nauczyłam się w tym roku, że w każdej chwili mogę z Tobą porozmawiać, że w każdej chwili mogę prosić Cię o pomoc. Bo według średniowiecznych zapisków jesteś ręką, gotową na natychmiastowe podniesienie z najgłębszego dołka. Dziękuję Ci za to, że podsunąłeś mi pod nos TĄ książkę, bym mogła poznać Cię na nowo...

Zawsze uważałam, że dużo lepiej mi się układa w roku, który jest nieparzysty. Właściwie nie wiem dlaczego, ale jakoś bywało, że jest to czas przełomowy. Może to dobrze, bo nikt nie jest w stanie biec przez całe życie, tak to przynajmniej mam chwilę przerwy i czas na oddech. Dlatego ustaliłam sobie, że 2018 rok będzie stateczny, spokojny i ustabilizowany.

1
Share
Dokładnie dwa lata temu postanowiłam, że tym razem nie pozwolę Ci wyjść z mojego pokoju wieczorem.
Dokładnie dwa lata temu stworzyła się w mojej głowie wizja, że mogłabym z Tobą być.
Dokładnie dwa lata temu zaplanowałam sobie ten wieczór, który i tak zburzyłeś i zbudowałeś po swojemu.
Dokładnie dwa lata temu się upiłam, by dodać sobie choć garść odwagi.
Dokładnie dwa lata temu skompromitowałam się doszczętnie, byś się choć jeszcze przez moment uśmiechał tak pięknie.
Dokładnie dwa lata temu przełknęłam przerażającą przeszłość, by oddać się w Twoje szerokie ramiona.
Dokładnie dwa lata temu powiedziałam mu "nie", o którym marzyłam już od tak dawna.
Dokładnie dwa lata temu uczepiłam się Ciebie jak rzep, wiedząc, że mnie nie odtrącisz.
Dokładnie dwa lata temu przyrzekaliśmy sobie, że gdy skończymy dwadzieścia pięć lat i będziemy sami, to zostaniemy parą.
Dokładnie dwa lata temu leżałam obok Ciebie na łóżku jeszcze nieświadoma tego co może się wydarzyć.
Dokładnie dwa lata temu gdy zgasło światło zbliżyłeś się do mnie na tyle blisko, by mnie pocałować i choć pragnęłam tego już jakiś czas to byłam bardzo spięta.
Dokładnie dwa lata temu otworzyłeś się, odsłoniłeś bez zastanowienia.
Dokładnie dwa lata temu złapałeś moje ramiona tak delikatnie, a jednak czułam się w nich bardzo bezpieczna.
Dokładnie dwa lata temu zrozumiałam, że potrzebuję Cię, ale w nieco inny sposób niż wcześniej.
Dokładnie dwa lata temu zakochałam się bez pamięci...
Dokładnie dwa lata temu podjęliśmy najlepszą decyzję w swoim życiu i rozpoczęliśmy wspólną przygodę ramię w ramię.



Bo nasza miłość cierpliwa jest. Z początku szukaliśmy ziarna, małego, dla wielu nic nie znaczącego. Zasadziliśmy je wspólnie, rozmawiając i śmiejąc się. Po czasie, ku naszemu zaskoczeniu, zaczął kiełkować, a następnie rosnąć w górę. Już wtedy wiedzieliśmy, że wszystko idzie w dobrą stronę. Gdy natomiast zakwitły na nim pierwsze kwiaty, złapałeś mnie za rękę.
Bo nasza miłość łaskawa jest. Kwiaty wiele znoszą i zazwyczaj piękne, dorodne, są jedynie przez moment. Jednakże nam udaje się podtrzymywać je po dziś dzień i choć były takie momenty, że płatki żółkły, pojawiał się strach, daliśmy radę.
Bo nasza miłość nie zazdrości, bo ufa bezgranicznie.
Bo nasza miłość nie szuka poklasku. Kwiat trzymamy w domu, hodujemy i doglądamy. Mówimy o nim mało, bo jest naszym największym skarbem, a taki należy dobrze chronić.
Bo nasza miłość nie unosi się pychą. Jest piękny, ale nie idealny.
Bo nasza miłość nie szuka swego. Roślina jest jedna, ale kwiatów wiele. Na całe szczęście każdy z nich dostaje swoją partię wody, bo wiedzą, że bez siebie nie są w stanie istnieć...

Bo nasza miłość nie unosi się gniewem. Stare przysłowie mówi, że kłótni nie przynosi się wieczorem do sypialni i pewnie jeszcze nie raz złamiemy tę zasadę, ale już wiem, że nie chce zasypiać bez Ciebie.
Bo nasza miłość nie pamięta złego. Dobro jest wartością, którą wyznajemy oboje, więc staramy się dobrze traktować siebie, by zło nie pukało nam do drzwi.
Bo nasza miłość nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.
Bo nasza miłość wszystko znosi, nawet zawahania, wszystkiemu wierzy, bo wiara to początek, we wszystkim pokłada nadzieję... Wszystko przetrzyma.

" Miłość nigdy nie ustaje, 
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą, 
albo jak dar języków, który zniknie, 
lub jak wiedza, której zabraknie"

Dwa lata temu byłam na dnie, którego do dziś nie jestem w stanie określić słowami, a mimo to Ty wciągnąłeś mnie z tego niezidentyfikowanego dna, by postawić na nogi i pchnąć niespodziewanie. Pojawiłeś się znikąd, choć wciąż byłeś obok. To absurd, ale tak właśnie było. 
Dlatego od początku mówiłam "kocham", dlatego od początku ufałam, dlatego od początku wiedziałam, że to Ty. Witaj więc w moich planach, w moich przemyśleniach na temat przyszłości, w moim życiu i wiedz, że prędko Cię nie wypuszczę. Jesteś moim zbawieniem, moim cudem, moim azylem, bo gdy jesteśmy razem problemy do nas nie docierają...
0
Share
Pchnęła ciężkie drzwi, wpuszczając przy tym zimne powietrze do środka. Powiew klimatycznej aczkolwiek ponurej jesieni wtargnął do środka, przypominając zgromadzonym, że istnieje jakieś życie po za lokalem. Na dworze była najprawdziwsza ulewa, dlatego zbyt wiele osób się nawet nie oglądnęło czując powiew świeżości na plecach. Chcieli zapomnieć i oddać się w ręce przyjemnego wieczoru przy świeczce, klimatycznej muzyce i kuflu piwa. Zatrzasnęła za sobą wrota, nie chcąc by ktoś zwrócił na nią uwagę. Szybkim krokiem przeszła obok baru, za którym stała obsługa. Przywitali ją krótko, ale widząc, że przeszła obok, niezainteresowana tym co mają do zaoferowania, nawet jej nie zaczepili. Ona natomiast miała w głowie jedną myśl jestem spóźniona. Minęła grupkę lekko wstawionych studentów, przekrzykujących się nawzajem. Lokal był pełen takich ludzi, być może dlatego panował w nim taki rozgardiasz. Każdy z nich chciał być głośniejszy, donośniejszy od puszczonej z głośników melodii.
Rozglądała się za konkretnymi osobami, wiedząc jedynie, że będzie to spora grupa osób, z jedną znajomą twarzą. Bardzo nie lubiła sytuacji tego typu, bo czuła wzrok wszystkich zgromadzonych, jakby czekali na mój kolejny ruch. Nie czekając jednak zbyt długo ruszyła w głąb lokalu, wiedząc że kryje on w sobie wiele zakamarków, nie widocznych na pierwszy rzut oka. W międzyczasie próbowała zdjąć szal, który na zewnątrz był wytchnieniem, ale w środku przekleństwem. Już czuła jak małe ognisko zaczyna płonąć gdzieś tam w jej wnętrzu. Z roztargnienia, zajęta szalem, który ewidentnie wytoczył najcięższe działo i nie chciał współpracować, wpadła na kogoś.
– Przepraszam bardzo – powiedziała odruchowo, wciąż się szarpiąc. Chciała jak najszybciej pozbyć się tego materiału, bo zasłaniał jej pół twarzy, przez co niczego nie widziała – Cholera jasna – warknęła pod nosem. 
– Może pani pomogę? – usłyszała zachrypnięty głos. Był bardzo delikatny, ale chrypa dodawała mu męskości.  Będąc w lekkim szoku nie odpowiedziała od razu.
– Jakby pan mógł – odparła nieco zażenowana całą sytuacją.
Ma przyjemnie ciepłe dłonie. To była pierwsza rzecz, o której pomyślała, gdy tylko jego skóra zetknęła się z jej. Sprawnymi i zdecydowanymi ruchami uporał się z grubym szalem i oddał go w jej zmarznięte dłonie. Dopiero po dłużej chwili spojrzała mu w oczy.
– Bardzo panu dziękuję – szepnęła zawstydzona. Zdawała sobie sprawę, że wpatruję się w niego zbyt długo, ale to był jeden z tych momentów, w których to kompletnie nie ma znaczenia.
Uśmiechnął się jedynie i choć miała wrażenie, że chciał powiedzieć coś jeszcze, uciekła spłoszona. Onieśmielała ją, jego uroda, a w szczególności oczy  w kolorze jasnego błękitu. Przeszedł ją mimowolny dreszcz na myśl o tym, że dotknął jej skóry, że stali tak blisko siebie… Ale to uczucie prawie natychmiast zastąpił wstyd. Takie wpadki były u niej codziennością, a mimo to nie umiała się do tego przyzwyczaić.
Pognała przed siebie, nawet nie myśląc o oglądaniu się za siebie. A co gdyby tam wciąż stał i wpatrywał się w jej odchodzącą postać? Nie wiedziałaby jak powinna się zachować, więc wolała zwyczajnie uciec. Nie minęło wiele czasu jak dostrzegła blond głowę swojej przyjaciółki. Dokładnie w tym samym czasie i ona się odwróciła. Rzuciły się sobie w ramiona, przecież nie widziały się tak dawno! Amy wyjechała z ich miasta rodzinnego już rok temu i choć widziały się od czasu do czasu, to ciągle były za sobą stęsknione. Dlatego wiadomość, że Baby dostała się na tą samą uczelnie i przeprowadzi się w okolice swojej przyjaciółki, była tak wyjątkowa. Znów mogły być razem…
– Tak bardzo się cieszę, że przyjechałaś! – krzyknęła Amy, wtulając się w ramiona Baby. Przyległy do siebie na dłuższą chwilę, nie zwracając uwagi na pozostałe osoby, czekające na rozwój wydarzeń – Tęskniłam za tobą – szepnęła jej wprost do ucha.
W odpowiedzi Baby wtuliła się w nią jeszcze mocniej. Znały się od lat i choć wiele ich dzieliło, wciąż trzymały się razem i były sobie najbliższe.
– Ehem… – ktoś ze zgromadzonych chrząknął znacząco. Obie dziewczyny oderwały się od siebie, rozumiejąc jasny sygnał.
– To moi kumple – zaakcentowała ostatnie słowo Amy, próbując udać głos męski i wskazała na znajomych. Zawsze jak chciała udawać luzaka, to uginała lekko kolana i wypychała miednicę do przodu. Wyglądało to komicznie, choć w jej przypadku było to tak częstym zabiegiem, że wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić.
Stała zawstydzona całą sytuacją i choć na co dzień była radosną i nawet otwartą osobą, w takich momentach kompletnie nie umiała się zachować. Wszyscy się już znali, mieli wspólne tematy, wspomnienia, a ona wpychała się z tym jej „interesującym ja”, psując i tak chwiejną konstrukcję z kart.
- Cześć, jestem Baby – przedstawiła się i choć głos nie załamał się jej ani razu, wiele ją to wszystko kosztowało. Znała ich wszystkich z opowieści, dlatego doskonale wiedziała, że to nie jej bajka. To była grupa typowych imprezowiczów, z ogromną pewnością siebie i energią do zabawy. Ona nie posiadała żadnej z tych cech. Przylegała raczej do grupy osób spokojnych, nawet melancholijnych, które lubiły rozrywkę, ale w odpowiednich dawkach i ustalonych formach.
– Mamy się do ciebie zwracać „kochanie”? – zapytał jeden z chłopaków, prawdopodobnie żartobliwie, wierząc w swoją oryginalność. Obok niego siedziała niewysoka brunetka z czarnymi jak sadza oczami. Wpatrywała się w nią z ciekawością, przytulając się jednocześnie do ramienia owego chłopaka.
– Możesz nawet mówić „skarbie” jeśli ci dziewczyna pozwoli – odgryzła się odruchowo.
Właśnie tymi kilkoma zdaniami zdobyła akceptację całej grupy. Nigdy nie byli na serio, nigdy nie rozmawiali o ważnych sprawach i przede wszystkim daleko im było do sztywniaków, dlatego otaczali się takimi osobami. Ich spotkania były czystą przyjemnością, przesiąkniętą wódką i zakrapianą seksem. Tak było im wygodnie, a ona postanowiła wpasować się chociażby słowem w towarzystwo, ukrywając gdzieś wewnątrz swoje prawdziwe „ja”.
~*~
– Filologia polska? To ciekawy kierunek – choć słowa są głównym nośnikiem myśli, doskonale wiedziała, że każde z nich jest czystym kłamstwem. Usta kłamały tylko po to, by ukryć prawdę malującą się na twarzy.
Już się przyzwyczaiła. Ba! Ona była na to przygotowana, bo nikt nie brał tego kierunku na poważnie. Słyszała wiele opinii, nie koniecznie przychylnych, ale jedno było niezmienne, marszczenie między brwiami. Zdradzało zdziwienie i poniekąd myśli, które plątały się pod kopułą. Już nauczyła się nie brać tego do siebie. Przecież nie można oceniać książki po okładce.
– I co chcesz później robić? Uczyć? – rzucane pytania były tak przewidywalne, że aż nudne. Czasem odpowiadała na nie odruchowo, jakby to był nawyk.
– Jeśli się uda to jasne, ale jak nie to zostanę elokwentną kasjerką – ironia w takich sytuacjach zawsze grała pierwsze skrzypce. Po co być poważnym, jak można zażartować, zawstydzając tym rozmówcę.
– Ale czekaj, czekaj! Tam się chyba dużo czyta, nie ? – kolejny stereotyp, jeśli można to tak nazwać. Od zawsze słyszała, że idąc na taki kierunek, streszczenia są zabronione. Gdy tylko zechce wpisać słowo opracowanie w Internet, wywala korki na całym osiedlu. Tylko nikt nie bierze pod uwagę tego, że filolodzy to nie bogowie i wszystkiego nie dadzą rady zrobić, a przede wszystkim zrozumieć. Czyta się dla przyjemności, dla satysfakcji, dla konkretnej wiedzy, a nie z przymusu.
~*~
Wciąż się w nią wpatrywał, ale tylko w momencie gdy ewidentnie spoglądała w inną stronę. Czuł jej wzrok na swojej osobie od czasu do czasu, ale nie chcąc jej spłoszyć, nawet nie próbował jej na tym przyłapać. Starał się skupić na rozmowie z kolegami, choć było mu ciężko, bo pomimo tego, że mówili mądrze, bardziej intrygowała go nieznajoma, a niżeli nowe odkrycia literackie. Za to ona zdawała się niezainteresowana towarzystwem, w którym przebywała. Prawdopodobnie nawet ich nie słuchała, bo gdy padał jakiś żart, ona wybuchała śmiechem najpóźniej. Wyglądało to tak jakby na siłę chciała się wpasować w otoczenie, ale coś jej nie pozwalało. Bawiła go ta sytuacja, ale jednocześnie intrygowała, bo nikt nie spędza czasu z grupą znajomych z przymusu, więc co ją przywiodło?
Po godzinie obserwacji oboje byli zmęczeni i spragnieni jakichkolwiek informacji. Fascynacja i ciekawość zawładnęła ich umysłami, ale żadne nie miało odwagi by zrobić pierwszy krok. Ona była zawstydzona, a jemu absolutnie nie wypadało.
– Muszę wyjść się przewietrzyć, strasznie tu duszno – szepnęła do siedzącej obok przyjaciółki i nie czekając na jej odpowiedź, zaczęła otulać się szalem, by choć trochę okryć się przed zimnem, które czekało na nią na dworze.
– Może z tobą pójdę? Jest już późno – pomimo tego, że Amy była już nieźle podpita, wiąż pamiętała, że Baby jest tutaj od niedawna i potrzebuje troski lub zainteresowania.
– Nie, chyba potrzebuję po prostu chwili – odpowiedziała ogólnie, mrugając porozumiewawczo oczami. Amy zrozumiała przekaz i jedynie kiwnęła głową.
Znała ją na wylot i doskonale zdawała sobie sprawę, że dla przyjaciółki to było za dużo. Duchota, bar, piwo i masa ludzi, każdy z inną osobowością, ale równie dominującą. Obrzucali ją informacjami, wspólnymi wspomnieniami, śmiesznymi historiami, które przydarzyły się im gdzieś w klubie, na domówce czy w drodze powrotnej. To z pewnością były zabawne wspomnienia, ale ona nie umiała ich do końca zrozumieć. W niej grała zupełnie inna muzyka, nieco spokojniejsza i nawet elastyczność, którą też brała pod uwagę, jej nie pomagała.
Ruszyła tą samą drogą co poprzednio, tylko tym razem szukała wyjścia. Potrzebowała poczuć ziemny wiatr na policzkach i choć kilka kropel deszczu na twarzy. Wierzyła, że wtedy otrzeźwieje, cokolwiek to słowo oznacza.
Nie wiedział gdzie idzie. Po prostu wstała, otuliła się doskonale mu znanym szalem i udała się w stronę baru. Nie miał planu, pomysłu ani pewności, ale postanowił zaryzykować. To miał być jego ostatni wieczór wolności, więc nie mógł być zwyczajny, musiał zrobić coś szalonego, niespotykanego i do niego niepodobnego. Padło na tą niską dziewczynę.
Wstał i pod pretekstem ochoty na kolejne piwo poszedł w stronę baru, rozglądając się po drodze bardzo dokładnie. Nie chciał jej nigdzie przeoczyć, skoro już postanowił, musiał dopiąć swego.
Przed wyjściem uśmiechnęła się do znudzonej barmanki, która podpierała głowę na obu dłoniach i wpatrywała się w zawieszony powyżej telewizor. Akurat leciał w nim program z teledyskami. Gdy tylko otworzyła drzwi, powiew wiatru mało jej nie zmiótł. Zaparła się jednak i uparcie wyszła na zewnątrz. Na całe szczęście przed wejściem był daszek i duża, uliczna popielniczka, czekająca tylko na kolejnego palacza. Oparła się o jedną ze ścian i wzięła głęboki wdech, chcąc przez chwilę poczuć się jak w domu rodzinnym. Zawsze gdy się stresowała, gdy czuła się zagubiona, otwierała okno bądź wychodziła na krótki spacer. Tlen jest droższy od złota, mawiała jej babcia.
Gdy przymknęła oczy widziała zieloną łąkę za domem, porośniętą chmarą żółtych mleczy, czekających tylko aż ktoś je zbierze i przetopi na sok. Póki pszczoły pracowały i skakały z kwiatka na kwiatek, nikt nie śmiał im przeszkadzać. Owadów tych jest coraz mniej, a robią kawał dobrej roboty, więc warto poczekać chwilkę, by ich nie spłoszyć, a przecież sok nie ucieknie. Przypominała sobie wieczory na huśtawce, gdy koc okrywał jej zmarznięte nogi, a oczy połykały kolejne wersy dobrze znanego jej tekstu. Jeśli dana książka przypadła jej do gustu mogła czytać ją w nieskończoność, a czas przestawał się liczyć.
– Przepraszam – czyjeś słowa wyrwały ją z zamyślenia. Raptownie otworzyła oczy, ale pierwsze co zobaczyła to piękne, aczkolwiek szare kamienice, skąpane w deszczu. Ani trochę nie przypominało to widoku łąki i domu. Gdzie ona właściwie uciekła? Do piekła? – Dobrze się pani czuje ? – dopiero pytanie sprawiło, że obudziła się w pełni. Spojrzała w bok, by móc dostrzec twarz nieznajomej osoby.
– Och to pan! – wykrzyknęła nieplanowanie, co sprawiło, że prawie od razu zakryła usta dłonią. Widok już znanego jej mężczyzny, nieco ją zaskoczył – Śledzi mnie pan? – zadała pytanie, choć wcale nie miała tego w zamiarze. Nie czuła ani grama złości, więc dlaczego włożyła w każde słowo tyle gniewu?
– Nie, po prostu idąc do baru zauważyłem, że wychodzi pani na zewnątrz, a pogoda jest nieciekawa, więc pomyślałem, że może źle się pani czuje – wyrzucał z siebie słowa szybko, ale tworzyły one spójną całość. Nie chciał się tłumaczyć, ale najwidoczniej jego mózg stwierdził, że powinien.
– Przepraszam, że tak na pana naskoczyłam, po prostu to już druga taka dziwna sytuacja... – w zamiarze chciała powiedzieć coś więcej, ale w rezultacie z jej ust nie wypłynęło nic więcej – Przepraszam – dodała zawstydzona, spuszczając głowę.
– Nic się nie dzieje, to zrozumiałe – odparł. Czuł, że mówi zbyt formalnie, zresztą ona przybrała podobny ton, dlatego ich rozmowa była dosyć sztywna, musiał coś szybko, na poczekaniu wymyślić – Czyli wszystko w porządku? – zapytał ponownie, chcąc się upewnić.
– Tak, tak – szepnęła tak cicho, że miała obawy czy w ogóle usłyszał – Po prostu w środku jest zbyt duszo – dodała nieco głośniej i odważniej. Przestań mnie onieśmielać… krzyczała w myślach, ale ewidentnie nie skutkowało.
– Nie chciałbym się naprzykrzać, ale ma pani zaczerwienione policzki i chyba się pani trzęsie – stwierdził odważnie – Może pozwoli się pani zaprosić na herbatę? – zapytał bezpośrednio, choć wiele kosztowało go każde słowo. Nie był pewny całej sytuacji, przecież wcale nie znał tej dziewczyny, mógł w jej oczach wypaść niestosownie, a jednak postanowił zaryzykować.
Zdziwił ją tym pytaniem i pomimo tego, że było niepokojące, sposób w jaki to wypowiedział bardzo ją urzekł. Od razu przypomniały jej się wszystkie sceny z książek o dziewiętnastowiecznej miłości, do których wzdychała przez cały okres liceum. I może to właśnie zadecydowało o odpowiedzi, może to ją skłoniło do lekkiego uśmiechu. Nie spodziewała się, że tak rozpocznie się jej historia w nowym, wielkim mieście… Jest ryzyko, jest zabawa tylko, że ona wcale nie chciała się bawić, chciała porozmawiać z kimś podobnym do niej, a on MÓGŁ taki być.
– Z miłą chęcią.




~*~
– Zaraz, zaraz… - przerwał jej w połowie zdania – Czy to oznacza, że jest pani jedną z tych
romantyczek wzdychających do Romea i pana Darcy’ego ? – zapytał z ironią i uśmiechem, który zdecydowanie się jej nie podobał.
– No oczywiście, a co w tym dziwnego ? – była urażona, bo ewidentnie się z niej wyśmiewał, a ona już była gotowa się przed nim otworzyć i opowiedzieć mu więcej o swoich ulubionych książkach.
– Nie uważa pani, że to dość banalne, a chwilami nawet nudne? – choć zapytał, ona usłyszała stwierdzenie. Nad odpowiedzią nie musiała zastanawiać się zbyt długo, bo własne zdanie na ten temat miała odkąd tylko zamknęła pierwszą książkę Jane Austen.
– Romantyzm i miłość nie mają nic wspólnego z banałem – zaczęła, wiedząc, że to nie koniec jej wywodu. Chciał jej już przerwać, ale uciszyła go jednym gestem i kontynuowała dalej – Każda z tych historii jest wyjątkowa, a uczucie, które łączy dwoje ludzi, ponadczasowe, trzeba to tylko dostrzec – zastanowiła się chwilkę, ale tym razem poczekał – A właściwie docenić, bo miłość doceniona to miłość prawdziwa – dokończyła i choć miała ochotę powiedzieć dużo więcej, zamknęła to co najważniejsze w dwóch zdaniach.
– No i czy to nie brzmi… – tym razem to on musiał zebrać myśli, a podczas tej rozmowy nie zdarzało się mu to często – …jak oczywista oczywistość? – znów ironia wbiła się między słowa – Nie ma tu żadnej tajemnicy, zagadki. Wszystko jest jasne i choć historię się od siebie różnią, a bohaterowie mają inne wady czy zalety, to doskonale wiesz jak się to skończy.
– Nie do końca, przecież nie zawsze są razem – odgryzła się, ale nie wzbudziło w nim to żadnej reakcji, prawdopodobnie spodziewał się, że to powie.
– Albo są razem, albo się rozstają i są nieszczęśliwi, albo jedno z nich umiera, albo odchodzą oboje i gdzieś tam w niebie są razem na wieki – wymieniał i wymieniał, ale wyraz jego twarzy wcale się nie zmieniał. Ironizował, a wręcz wyśmiewał się  z banału, który przemawia przez ulubione opowieści Baby, a ona nie umiała ich obronić w należyty sposób.
– I to wydaje się panu takie przewidywalne? – zapytała, choć wcale nie oczekiwała odpowiedzi, to było coś w rodzaju pytania retorycznego, rzuconego na fale wzburzonego morza – A czy przewidywalność i wiedza to nie są wartości, o które walczą ludzie? Czy to nie jest pewien rodzaj bezpieczeństwa, stabilności, do której chyba wszyscy dążymy? – Chciała go zaskoczyć, pokazać, że ma swoje zdanie i nie boi się go wygłaszać publicznie.
Dała mu tym niemałą zagwozdkę, bo już nie był taki pewny siebie. Romantyzm nigdy go nie fascynował, bo był do przewidzenia, co było według niego wadą, ale jeśli spojrzeć na to pod innym kontem, to faktycznie może to być zaleta nie do podważenia. Podrapał się po delikatnym zaroście, tak jak to robią mężczyźni gdy nad czymś myślą.
– Muszę przyznać pani rację, ale z niemałym bólem – wyznał szczerze, ale uśmiechnął się przy tym – Jednakże pani musi przyznać ją i mnie… – przerwał, by przyjrzeć się jej twarzy. Wpatrywała się w niego z ciekawością, wyczekując kolejnych słów – Dzieła innych epok, nieco wcześniejszych są również fascynujące i pociągające przez ten… - nie mógł znaleźć w głowie odpowiedniego słowa, które idealnie opisałoby to co czuł myśląc o literaturze tamtych lat - … powiew tajemnicy – nie rozwijał dalej myśli, by dać jej czas na zastanowienie się i nie zarzucać kolejnymi informacjami.
– Na dzień dzisiejszy nie mogę tego zrobić, bo niewiele wiem o tej literaturze – odpowiedziała zgodnie z prawdą, choć poniekąd było jej przykro, tak bardzo chciała się z nim zgodzić.
Nie miała jeszcze tak rozległej wiedzy, tak naprawdę jedyne co kochała to czytanie, to przywiodło ją na humanistyczny kierunek. Wspierała ją w tym ciekawość i pociąg do odkrywania, ale nigdy się do tego nie przyznawała. Otoczenie nie zawsze rozumie, nie zawsze nawet chce rozumieć. Wolą oceniać i spychać na margines jeśli ma się inne zdanie, więc wychodziła z założenia, że czasem warto się wycofać.
– Chętnie bym pani co nieco opowiedział, ale już i tak długo tutaj siedzimy, nie chciałbym zabierać pani całego wieczoru… – oznajmił niepewnie. Chciał z nią spędzić jeszcze trochę czasu, porozmawiać o literaturze, ale i życiu lecz zdawał sobie sprawę, że nie ma prawa jej zatrzymywać.
– Proszę tu chwilkę na mnie poczekać, pójdę po swoje rzeczy do tamtego stolika i tak pewnie nie zauważyli, że nie ma mnie już tak długo – nie kryła nawet radości z tego, że zaproponował jej jeszcze choć kilka chwil rozmowy. Nie musiała udawać niedostępnej, niezdecydowanej, bo to było kompletnie zbędnym zabiegiem, który stosowało tak wiele kobiet.
Nie czekając na odpowiedź ruszyła w stronę znajomych swojej przyjaciółki. Nie chciała się tłumaczyć, ale zdawała sobie sprawę, że tak szybko się nie wymiga. Obiecała jej, że chociaż spróbuje ich poznać, ale już od pierwszej chwili wiedziała, że to nie jest towarzystwo dla niej. Może postępowała źle, może Amy się obrazi, ale nieznajomy mężczyzna tak ją oczarował, że była gotowa zrobić wszystko, by móc porozmawiać z nim jeszcze choć przez moment.
On w tym czasie obracał w dłoniach papierek po cukrze, który przyniosła im kelnerka wraz z herbatą. Miał w zamiarze poczekać aż dziewczyna wróci i sam udać się do kolegów, by kulturalnie się wykręcić. Tak wiele chciał jej opowiedzieć, tak bardzo chciał z nią dyskutować, ale wiedział, że na to potrzeba czasu, który co rusz przepływa im przez palce. Była młoda, dużo młodsza niż przypuszczał.
– Amy, dam sobie radę naprawdę – usłyszał znajomy głos i od razu skierował spojrzenie w tamtą stronę. Był zaniepokojony, bo zobaczył, że nieznajoma dziewczyna idzie ubrana w kierunku wyjścia w towarzystwie wysokiej blondynki. Próbował złapać jej spojrzenie, ale ona dopiero w ostatniej chwili szybkim ruchem machnęła ręką w stronę wyjścia i mrugnęła oczami z ledwo zauważalnym uśmiechem, malującym się na ustach. Od razu zrozumiał aluzje i gdy obie odeszły kawałek dalej, wstał raptownie i udał się w stronę stolika, gdzie czekali na niego koledzy. Teraz to on musiał stoczyć swoją walkę.  
~*~
Stała na zewnątrz, delikatnie schowana za pobliskim budynkiem, by móc spoglądać na wejście do baru. Czekała na niego, ale nie czuła się absolutnie komfortowo. Długo nie wychodził, a ona już zdążyła stworzyć w głowie masę teorii dlaczego. Była już nawet psychicznie nastawiona na to, że ją wystawił i wcale nie zamierza wychodzić, wiedząc że ona tam na niego czeka za rogiem. Zaczęła się trząść, ale nie do końca wiedziała czy z zimna, czy z nerwów. Niepotrzebnie się tak nakręciła, niepotrzebnie zgodziła się tak szybko na kolejne rozmowy, niepotrzebnie przyjęła w ogóle jego zaproszenie na herbatę… W jednej chwili pożałowała całego wieczoru, każdej sekundy, w której kiwnęła głową i się uśmiechnęła… Nikt nie chce być wykorzystany…
I w momencie, w którym chciała się już poddać i odejść, drzwi się otworzyły. Wpatrywała się w nie z zapartym tchem, gotowana na to, że to może być ktoś zupełnie inny. No i było tak jak się spodziewała, bo z baru wyszli znajomi, od których uciekła. Nawet się specjalnie nie ubrali, alkohol ich tak rozgrzał, że nie było im to kompletnie potrzebne. Od razu odpalili papierosy i śmiejąc się głośno oddali się w ręce kojącego dymu. Obrażona na cały świat i zła na siebie, odwróciła się i po prostu odeszła. Zostawiając swoją nadzieję i fascynację na cegłach kamienicy. Odrzuciła w głowie wszystkie myśli i ruszyła przed siebie.
Nawet się jej nie przedstawił. Nie znała jego imienia, nazwiska… Nawet nie powiedział kim jest, ile ma lat, co robi w życiu i co lubi. Rozmawiali przez dłuższą chwilę, ale kompletnie nic o sobie nie wiedzieli. Wciąż mówili do siebie tak formalnie, ale pewnie gdyby ona zaproponowała, żeby przeszli na „ty” nie miałby nic przeciwko. Tylko, że to się jej podobało, jeszcze z nikim nigdy nie rozmawiała w ten sposób…
Dałaś się omotać, a później stchórzyła… Czy na pewno to ona jest przegrana?


0
Share
Nowsze posty Starsze posty Strona główna

O mnie

Moje zdjęcie
Zakochana Złośnica
Jestem realistką, która lubi płakać ze szczęścia. Lubię swoje trampki, bo mogę w nich przejść pół świata. Lubię swoją szkołę, bo nauczyciele mnie zwyczajnie szanują. Lubię swoich przyjaciół, bo mnie słuchają. Lubię mówić, dużo, szybko i często, bez ładu i składu. Lubię pisać, choć nie zawsze wychodzi mi to tak jakbym chciała. Lubię ludzi, ale tylko tych miłych. Lubię gdy pada deszcz, bo mam wrażenie, że to oczyszcza świat z negatywnych emocji. Lubię swój pokój, bo jest odzwierciedleniem mojej duszy. Lubię kawę, bo jej gorycz budzi mój wiecznie śpiący mózg. Lubię herbatę, bo rozgrzewa moje wiecznie zmarznięte ciało i koi skołatane myśli. Lubię swoje oczy, bo jest w nich cała prawda o mnie. Lubię opowiadać o świecie, który istnieje we mnie, ale tylko nieznajomym.
Wyświetl mój pełny profil

Popular Posts

  • GRUDZIEŃ 2017, DZIEWIĘTNASTKA
    Kolejny rok przepłynął mi przez palce niczym przyjemnie ciepła woda z oceanu. Po raz kolejny robię podsumowanie w ten właśnie dzień, w Wigil...
  • Wrzesień 2016, DZIESIĄTKA
    Biała suknia spływała po moim ciele niczym piana, przyniesiona przez morze na brzeg. Wykonana z delikatnej aczkolwiek charakterystycznej ko...
  • Listopad 2016, TRZYNASTKA
    Wciąż czuje się zagubiona. Nie wiem co mam myśleć, jak postępować, co mówić i co robić. Nie chcę się narzucać, nie chce być obojętna, nie ch...
  • LUTY 2018, DWUDZIESTKA JEDYNKA
    Przeszłość wydaje się czymś odległym. Na co dzień stykamy się z nią bardzo rzadko albo wcale, a jednak ona gdzieś tam jest i wciąż żyje. Ost...
  • Początek czerwca 2015, JEDYNKA
    Tak naprawdę nikt, nic o mnie nie wie. Nawet ja siebie nie znam. To przerażające, że czasem jestem zaskoczona swoimi decyzjami. W około mni...
  • Maj 2017, SZESNASTKA
    Małżeństwo, czyli moment, w którym dwoje ludzi staje się jednością. Przestają być już jednostkami, kolejnymi z populacji, zaczyna łączyć ich...
  • GRUDZIEŃ 2017, Dwudziestka
    Dwadzieścia lat. Przeskoczenie kolejnej belki, kolejnej bramki, kolejnej niewidzialnej granicy jaką tworzymy my, ludzie. Odsunięcie lat nast...
  • Październik 2016, DWUNASTKA
    Za oknami było ciemno, wręcz czarno, ale moje serce świeciło, niczym letnie słońce. Czułam jak ciepło rozpływa się po całym moim ciele, tak...
  • Grudzień 2016, CZTERNASTKA
    Mój rok zaczyna się właśnie od świąt Bożego Narodzenia. To dość niestandardowe podejście do tego święta, ale myślę, że to nie tylko narodzin...
  • Maj 2018, Dwudziestka dwójka
    Po raz kolejny stał w jej drzwiach. Spoglądał na nią zupełnie inaczej, jakby bał się tego co zrobi. Cudownie było widzieć niepewność krążącą...

Obserwatorzy

Archiwum bloga

  • ▼  2024 (1)
    • ▼  października (1)
      • Październik 2023, tutaj zacznij
  • ►  2020 (1)
    • ►  listopada (1)
  • ►  2018 (3)
    • ►  maja (1)
    • ►  lutego (2)
  • ►  2017 (5)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  października (1)
    • ►  maja (2)
  • ►  2016 (14)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  października (1)
    • ►  września (11)
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 Zakochana Złośnica

Created By ThemeXpose & Distributed By Blogger Templates