Zakochana Złośnica

Kolejny rok przepłynął mi przez palce niczym przyjemnie ciepła woda z oceanu. Po raz kolejny robię podsumowanie w ten właśnie dzień, w Wigilie, bo jest to dla mnie od zawsze rodzaj jakiegoś radosnego początku. Kojarzy się z narodzeniem, z rozpoczęciem nowego życia, z niepohamowanym szczęściem... Każdy z tych symboli jest dla mnie jasny, czytelny i przede wszystkim trafia w moje serce dużo mocniej, niż fajerwerki.
Wiele się wydarzyło w tym 2017-tym roku, nie da się zaprzeczyć, że był to dla mnie, jak i dla nas, ogromny przełom, ogromne emocje i natłok małych problemów, które na całe szczęście nie przysłoniły mi codzienności. Kolejny zapowiada się dosyć ciężko, pod znakiem zapytania, nie dlatego, że nie wiem co mnie czeka, ale dlatego, że decyzje, które podjęłam w 2017-tym mają swojego odbicie w 2018-tym roku. Czy się boję? Czasem bardziej, czasem mniej, wiem jednak, że choćby nie wiem co, nie poddam się w swoich działaniach i przetrwam, chociażby po to, by móc sobie pogratulować za okrągłe 365 dni.

Dokładnie rok temu zdecydowałam, że wybiorę studia humanistyczne i szczerze mówiąc jeszcze nie wiem czy tego nie żałuję. Patrząc na to wprost, brzmi to dość negatywnie, ale osoby, które studiują doskonale zrozumieją to zdanie. To ogromne "dziękuję" za otworzenie oczu, za ludzi, których poznałam, za rozwinięcie historii, która jeszcze niedawno była niewielkim okienkiem, za uśmiech wykładowców, za pewnego rodzaju dumę, za chęci, które rodzą się tak niespodziewanie, za rozwój, którego z pewnością mi nie zabraknie... Jednakże jest to również ogromne "nie wiem", bo tak właśnie się czuję gdy pomyślę o sesji. To jest obawa, strach, którego nie jest w stanie przezwyciężyć nawet najlepszy i najsympatyczniejszy wykładowca. Jest to też obowiązek, którego nigdy nie jesteś w stanie spełnić tak w stu procentach...
Jedno wiem na pewno, studia to przekochana przygoda, to przekochane osoby, to ukochana forma rozwoju, ale i paraliżujący stres. Myślę, że za rok będę w stanie powiedzieć trochę więcej i spojrzę na to z zupełnie innej strony.

Dokładnie rok temu myślałam o maturze, którą w tym momencie mam już za sobą. Czy to było takie straszne? Chyba nie. Czy chciałabym to powtórzyć? Zdecydowanie nie! Czy są gorsze egzaminy? Oczywiście, że tak. Chociażby życie.
Nie zdałam rewelacyjnie. Nigdy nawet nie mierzyłam w wysokie wyniki. Chciałam jedynie zdać i móc pójść dalej. Z niektórych wyników byłam dumna, inne mnie rozczarowały, a jeszcze inne zaskoczyły. Właściwie dopiero pracując za granicą zrozumiałam, że ta cała matura to bzdura, a wyniki można sobie o tyłek rozbić.

Praca za granicą, czyli moje wielkie marzenie o wielkim zarobku. Można odhaczyć.
Pewnie kiedy indziej napiszę o tym nieco więcej, bo jest o czym...

No i dokładnie rok temu pisałam o wigilii klasowej, o gronie "bliskich" mi osób, o tym ile wnieśli do mojego życia, ile dla mnie znaczą... Z tego miejsca mogę powiedzieć, że spokojnie mogę o nich zapomnieć, bez żadnych wyrzutów sumienia. Nie było ckliwych pożegnań, bo właściwie nie było żadnych. Nawet głupiego "cześć" nie usłyszałam i nie umiem zdecydować, czy mnie to smuci, czy może jest mi to obojętne. Podchodzę do tego dość neutralnie, bo już wiem co to znaczy mieć przy sobie wyjątkowe osoby i wiem, że oni absolutnie nimi nie byli.
Żałowałam tylko, że niektórym nie powiedziałam na odchodne kilku słów. Nie chodzi mi o niemiłe docinki, a raczej coś od serca....

W 2017 znów zaczęłam pisać. Myślę, że to mówi samo za siebie. Poczułam w sobie tę moc, która nie opuszcza mnie ani na krok. Piszę co się da, kiedy się da i ile mam tylko sił. Często znów uśmiecham się do monitora, tak jak w najlepszych czasach.
W 2018 nie wydam książki, ale być może w 2019 zrobię ten kolejny krok... Oczywiście żartuje. Najważniejsze jest to, by pisać dla siebie, publiczność sama przyjdzie, gdy będzie na to czas.

No i wydarzenie ostatniego miesiąca tak naprawdę. Świeża sprawa. Wyprowadziłam się z mojego rodzinnego domu. Była to decyzja przemyślana od początku, do końca i gdzieś tam zaplanowana w odmętach mojej głowy. Wiedziałam, że zdarzy się to niebawem, zresztą moi rodzice również. Widziałam, że jest im ciężko, mnie też było... Ale nie żałuje. W końcu mogę zapraszać ich na kawę i ciastko, znajomi u mnie przesiadują w dużych ilościach i bez limitu czasowego...
Znaleźliśmy swoje nieduże miejsce na Ziemi, gdzie za zamkniętymi drzwiami jesteśmy nietykalni. Problemy tu nie docierają.

W tamtym roku podziękowałam tak wielu osobom i w tym czuję się jeszcze bardziej zobowiązana...

Dziękuję moim rodzicom za każde ich słowo. Właśnie w tym roku pokazaliście mi jak daleko sięga wasza miłość, jak wiele jesteście mi w stanie dać i jak niewiele wymagacie w zamian.

Dziękuję Ci tato, za to że jesteś niezawodny. Nawet nie umiem opisać słowami jak wiele dla mnie znaczysz i wiem, że wcale byś się za to na mnie nie złościł, bo tą cechę akurat dziedziczę po Tobie. Jeździłeś ze mną na drugi koniec Niemiec, sprawiając, że na każdym kilometrze drogi, w każdej sekundzie podróży, czułam się bezpieczna. Otoczyłeś opieką, okazałeś troskę i poświęciłeś się tylko po to, by mieć pewność, że dotarłam cała i zdrowa.
Twoja mądrość nie raz ratowała mnie z opresji i myślę, że uratuje jeszcze nie jedno moje dzieciątko.
Dziękuję Ci przede wszystkim za wsparcie w moich wyborach i za to, że potrafisz swoim kolegom dumnie powiedzieć, że studiuje filologie polską, jakby to było coś niesamowitego.

Dziękuję Ci mamo za każde dobre słowo, za każdy rodzaj troski jaki mi darujesz. Za ciągłe telefony, za to że nie popadasz w panikę i wierzysz we mnie jakbym była omnibusem. Za to, że poratujesz z największych opresji, że przyjedziesz tylko po to, by wybrać się ze mną na zakupy do Tesco. Za to, że przytulasz mnie za każdym razem, gdy jestem w zasięgu wzroku...
Dziękuję Ci za to jaka jestem, bo nauczyłaś mnie niepohamowanej empatii, ciągłego uśmiechu i szczerej miłości. Każda z tych wartości jest pięknem, które podarowałaś mi nie chcąc nic w zamian.

Dziękuję Ci Maja, że jesteś moją siostrą. Odkąd wróciłam za granicy bardzo się do siebie zbliżyłyśmy i mam nadzieję, że utrzymamy tą relację już zawsze. Ja stałam się nieco cierpliwsza, a wiem, że Ty tego potrzebujesz, a Ty przestałaś mnie odrzucać.
Dziękuję Ci za to, że rozświetlasz mój dzień swoim żartem, uśmiechem i szczerą miłością. Myślę, że przez te wszystkie lata to Ty oberwałaś ode mnie najbardziej, a mimo to, wiem że wskoczyłabyś za mną w ogień bez zastanowienia. Kocham Cię i to się nigdy nie zmieni.

Dziękuję Ci Marcin za to, że udowadniasz mi co dnia, że jesteś tym jedynym. Nie potrzebuje kwiatów, prezentów... Wystarczy mi ta codzienność, w której jesteśmy partnerami.
Dziękuję Ci za to, że zawsze przed wyjściem do pracy przychodzisz mnie pocałować i żegnasz się ze mną. Za to, że robisz mi herbatę nawet jak o to nie proszę. Za to, że oglądasz ze mną seriale, które uważasz za beznadziejne. Za to, że nawet gdy budzisz się wcześniej, otulasz mnie cieplej kołdrą i leżysz obok czekając aż ja otworzę oczy. Za to, że przy Tobie jestem lepsza i chce taka być... Już pisałam to tak wiele razy, ale jesteś moim cudem...

Dziękuję Ci Magda za absolutne wariactwo, które wprowadzasz w moje życie. Za ciągłe emocje, przeżycia i dramaty. Pokazujesz mi świat, o którym nie mam pojęcia i choć powinno nas to dzielić, na każdym kroku mam wrażenie, że to nas poniekąd łączy. Poprzez tolerancję. Nigdy nie usłyszałam od Ciebie, że jestem głupia, lekkomyślna... Raczej zawsze starałaś się być obok, nawet gdy popełniałam straszne błędy, pomagałaś mi wstawać. Dlatego teraz, gdy moje życie jest już poukładane w jakimś stopniu, ja chce dać Ci to wsparcie, które niegdyś ofiarowałaś mi Ty...

Dziękuję Ci Ryba, za to że potrafiłaś mnie tak w sobie "rozkochać" w te trzy miesiące. Już dawno nie czułam się tak zrozumiana, tak doceniona i tak wysłuchana. Są sprawy, o których wiesz tylko Ty, są tematy, na które rozmawiam tylko z Tobą i za to Ci chce podziękować. Za wysłuchanie, za przytulanie i za to, że się przede mną otworzyłaś, że mi ofiarowałaś swoje zaufanie.

Dziękuję Ci Życie, za kolejny wspaniały rok usłany różami i uschniętymi gałęziami. Na wiele spraw otworzyłeś mi oczy, wiele mi podarowałeś, ale i wiele zabrałeś. Nie jestem zła, na Ciebie nigdy, a nawet gdy bywam rozczarowana to gdzieś tak wewnątrz się uśmiecham, bo wiem, że to część jakiegoś boskiego planu.

Dziękuję Ci Boże za to, że istniejesz i że dajesz mi siłę. Nauczyłam się w tym roku, że w każdej chwili mogę z Tobą porozmawiać, że w każdej chwili mogę prosić Cię o pomoc. Bo według średniowiecznych zapisków jesteś ręką, gotową na natychmiastowe podniesienie z najgłębszego dołka. Dziękuję Ci za to, że podsunąłeś mi pod nos TĄ książkę, bym mogła poznać Cię na nowo...

Zawsze uważałam, że dużo lepiej mi się układa w roku, który jest nieparzysty. Właściwie nie wiem dlaczego, ale jakoś bywało, że jest to czas przełomowy. Może to dobrze, bo nikt nie jest w stanie biec przez całe życie, tak to przynajmniej mam chwilę przerwy i czas na oddech. Dlatego ustaliłam sobie, że 2018 rok będzie stateczny, spokojny i ustabilizowany.

1
Share
Dokładnie dwa lata temu postanowiłam, że tym razem nie pozwolę Ci wyjść z mojego pokoju wieczorem.
Dokładnie dwa lata temu stworzyła się w mojej głowie wizja, że mogłabym z Tobą być.
Dokładnie dwa lata temu zaplanowałam sobie ten wieczór, który i tak zburzyłeś i zbudowałeś po swojemu.
Dokładnie dwa lata temu się upiłam, by dodać sobie choć garść odwagi.
Dokładnie dwa lata temu skompromitowałam się doszczętnie, byś się choć jeszcze przez moment uśmiechał tak pięknie.
Dokładnie dwa lata temu przełknęłam przerażającą przeszłość, by oddać się w Twoje szerokie ramiona.
Dokładnie dwa lata temu powiedziałam mu "nie", o którym marzyłam już od tak dawna.
Dokładnie dwa lata temu uczepiłam się Ciebie jak rzep, wiedząc, że mnie nie odtrącisz.
Dokładnie dwa lata temu przyrzekaliśmy sobie, że gdy skończymy dwadzieścia pięć lat i będziemy sami, to zostaniemy parą.
Dokładnie dwa lata temu leżałam obok Ciebie na łóżku jeszcze nieświadoma tego co może się wydarzyć.
Dokładnie dwa lata temu gdy zgasło światło zbliżyłeś się do mnie na tyle blisko, by mnie pocałować i choć pragnęłam tego już jakiś czas to byłam bardzo spięta.
Dokładnie dwa lata temu otworzyłeś się, odsłoniłeś bez zastanowienia.
Dokładnie dwa lata temu złapałeś moje ramiona tak delikatnie, a jednak czułam się w nich bardzo bezpieczna.
Dokładnie dwa lata temu zrozumiałam, że potrzebuję Cię, ale w nieco inny sposób niż wcześniej.
Dokładnie dwa lata temu zakochałam się bez pamięci...
Dokładnie dwa lata temu podjęliśmy najlepszą decyzję w swoim życiu i rozpoczęliśmy wspólną przygodę ramię w ramię.



Bo nasza miłość cierpliwa jest. Z początku szukaliśmy ziarna, małego, dla wielu nic nie znaczącego. Zasadziliśmy je wspólnie, rozmawiając i śmiejąc się. Po czasie, ku naszemu zaskoczeniu, zaczął kiełkować, a następnie rosnąć w górę. Już wtedy wiedzieliśmy, że wszystko idzie w dobrą stronę. Gdy natomiast zakwitły na nim pierwsze kwiaty, złapałeś mnie za rękę.
Bo nasza miłość łaskawa jest. Kwiaty wiele znoszą i zazwyczaj piękne, dorodne, są jedynie przez moment. Jednakże nam udaje się podtrzymywać je po dziś dzień i choć były takie momenty, że płatki żółkły, pojawiał się strach, daliśmy radę.
Bo nasza miłość nie zazdrości, bo ufa bezgranicznie.
Bo nasza miłość nie szuka poklasku. Kwiat trzymamy w domu, hodujemy i doglądamy. Mówimy o nim mało, bo jest naszym największym skarbem, a taki należy dobrze chronić.
Bo nasza miłość nie unosi się pychą. Jest piękny, ale nie idealny.
Bo nasza miłość nie szuka swego. Roślina jest jedna, ale kwiatów wiele. Na całe szczęście każdy z nich dostaje swoją partię wody, bo wiedzą, że bez siebie nie są w stanie istnieć...

Bo nasza miłość nie unosi się gniewem. Stare przysłowie mówi, że kłótni nie przynosi się wieczorem do sypialni i pewnie jeszcze nie raz złamiemy tę zasadę, ale już wiem, że nie chce zasypiać bez Ciebie.
Bo nasza miłość nie pamięta złego. Dobro jest wartością, którą wyznajemy oboje, więc staramy się dobrze traktować siebie, by zło nie pukało nam do drzwi.
Bo nasza miłość nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.
Bo nasza miłość wszystko znosi, nawet zawahania, wszystkiemu wierzy, bo wiara to początek, we wszystkim pokłada nadzieję... Wszystko przetrzyma.

" Miłość nigdy nie ustaje, 
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą, 
albo jak dar języków, który zniknie, 
lub jak wiedza, której zabraknie"

Dwa lata temu byłam na dnie, którego do dziś nie jestem w stanie określić słowami, a mimo to Ty wciągnąłeś mnie z tego niezidentyfikowanego dna, by postawić na nogi i pchnąć niespodziewanie. Pojawiłeś się znikąd, choć wciąż byłeś obok. To absurd, ale tak właśnie było. 
Dlatego od początku mówiłam "kocham", dlatego od początku ufałam, dlatego od początku wiedziałam, że to Ty. Witaj więc w moich planach, w moich przemyśleniach na temat przyszłości, w moim życiu i wiedz, że prędko Cię nie wypuszczę. Jesteś moim zbawieniem, moim cudem, moim azylem, bo gdy jesteśmy razem problemy do nas nie docierają...
0
Share
Pchnęła ciężkie drzwi, wpuszczając przy tym zimne powietrze do środka. Powiew klimatycznej aczkolwiek ponurej jesieni wtargnął do środka, przypominając zgromadzonym, że istnieje jakieś życie po za lokalem. Na dworze była najprawdziwsza ulewa, dlatego zbyt wiele osób się nawet nie oglądnęło czując powiew świeżości na plecach. Chcieli zapomnieć i oddać się w ręce przyjemnego wieczoru przy świeczce, klimatycznej muzyce i kuflu piwa. Zatrzasnęła za sobą wrota, nie chcąc by ktoś zwrócił na nią uwagę. Szybkim krokiem przeszła obok baru, za którym stała obsługa. Przywitali ją krótko, ale widząc, że przeszła obok, niezainteresowana tym co mają do zaoferowania, nawet jej nie zaczepili. Ona natomiast miała w głowie jedną myśl jestem spóźniona. Minęła grupkę lekko wstawionych studentów, przekrzykujących się nawzajem. Lokal był pełen takich ludzi, być może dlatego panował w nim taki rozgardiasz. Każdy z nich chciał być głośniejszy, donośniejszy od puszczonej z głośników melodii.
Rozglądała się za konkretnymi osobami, wiedząc jedynie, że będzie to spora grupa osób, z jedną znajomą twarzą. Bardzo nie lubiła sytuacji tego typu, bo czuła wzrok wszystkich zgromadzonych, jakby czekali na mój kolejny ruch. Nie czekając jednak zbyt długo ruszyła w głąb lokalu, wiedząc że kryje on w sobie wiele zakamarków, nie widocznych na pierwszy rzut oka. W międzyczasie próbowała zdjąć szal, który na zewnątrz był wytchnieniem, ale w środku przekleństwem. Już czuła jak małe ognisko zaczyna płonąć gdzieś tam w jej wnętrzu. Z roztargnienia, zajęta szalem, który ewidentnie wytoczył najcięższe działo i nie chciał współpracować, wpadła na kogoś.
– Przepraszam bardzo – powiedziała odruchowo, wciąż się szarpiąc. Chciała jak najszybciej pozbyć się tego materiału, bo zasłaniał jej pół twarzy, przez co niczego nie widziała – Cholera jasna – warknęła pod nosem. 
– Może pani pomogę? – usłyszała zachrypnięty głos. Był bardzo delikatny, ale chrypa dodawała mu męskości.  Będąc w lekkim szoku nie odpowiedziała od razu.
– Jakby pan mógł – odparła nieco zażenowana całą sytuacją.
Ma przyjemnie ciepłe dłonie. To była pierwsza rzecz, o której pomyślała, gdy tylko jego skóra zetknęła się z jej. Sprawnymi i zdecydowanymi ruchami uporał się z grubym szalem i oddał go w jej zmarznięte dłonie. Dopiero po dłużej chwili spojrzała mu w oczy.
– Bardzo panu dziękuję – szepnęła zawstydzona. Zdawała sobie sprawę, że wpatruję się w niego zbyt długo, ale to był jeden z tych momentów, w których to kompletnie nie ma znaczenia.
Uśmiechnął się jedynie i choć miała wrażenie, że chciał powiedzieć coś jeszcze, uciekła spłoszona. Onieśmielała ją, jego uroda, a w szczególności oczy  w kolorze jasnego błękitu. Przeszedł ją mimowolny dreszcz na myśl o tym, że dotknął jej skóry, że stali tak blisko siebie… Ale to uczucie prawie natychmiast zastąpił wstyd. Takie wpadki były u niej codziennością, a mimo to nie umiała się do tego przyzwyczaić.
Pognała przed siebie, nawet nie myśląc o oglądaniu się za siebie. A co gdyby tam wciąż stał i wpatrywał się w jej odchodzącą postać? Nie wiedziałaby jak powinna się zachować, więc wolała zwyczajnie uciec. Nie minęło wiele czasu jak dostrzegła blond głowę swojej przyjaciółki. Dokładnie w tym samym czasie i ona się odwróciła. Rzuciły się sobie w ramiona, przecież nie widziały się tak dawno! Amy wyjechała z ich miasta rodzinnego już rok temu i choć widziały się od czasu do czasu, to ciągle były za sobą stęsknione. Dlatego wiadomość, że Baby dostała się na tą samą uczelnie i przeprowadzi się w okolice swojej przyjaciółki, była tak wyjątkowa. Znów mogły być razem…
– Tak bardzo się cieszę, że przyjechałaś! – krzyknęła Amy, wtulając się w ramiona Baby. Przyległy do siebie na dłuższą chwilę, nie zwracając uwagi na pozostałe osoby, czekające na rozwój wydarzeń – Tęskniłam za tobą – szepnęła jej wprost do ucha.
W odpowiedzi Baby wtuliła się w nią jeszcze mocniej. Znały się od lat i choć wiele ich dzieliło, wciąż trzymały się razem i były sobie najbliższe.
– Ehem… – ktoś ze zgromadzonych chrząknął znacząco. Obie dziewczyny oderwały się od siebie, rozumiejąc jasny sygnał.
– To moi kumple – zaakcentowała ostatnie słowo Amy, próbując udać głos męski i wskazała na znajomych. Zawsze jak chciała udawać luzaka, to uginała lekko kolana i wypychała miednicę do przodu. Wyglądało to komicznie, choć w jej przypadku było to tak częstym zabiegiem, że wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić.
Stała zawstydzona całą sytuacją i choć na co dzień była radosną i nawet otwartą osobą, w takich momentach kompletnie nie umiała się zachować. Wszyscy się już znali, mieli wspólne tematy, wspomnienia, a ona wpychała się z tym jej „interesującym ja”, psując i tak chwiejną konstrukcję z kart.
- Cześć, jestem Baby – przedstawiła się i choć głos nie załamał się jej ani razu, wiele ją to wszystko kosztowało. Znała ich wszystkich z opowieści, dlatego doskonale wiedziała, że to nie jej bajka. To była grupa typowych imprezowiczów, z ogromną pewnością siebie i energią do zabawy. Ona nie posiadała żadnej z tych cech. Przylegała raczej do grupy osób spokojnych, nawet melancholijnych, które lubiły rozrywkę, ale w odpowiednich dawkach i ustalonych formach.
– Mamy się do ciebie zwracać „kochanie”? – zapytał jeden z chłopaków, prawdopodobnie żartobliwie, wierząc w swoją oryginalność. Obok niego siedziała niewysoka brunetka z czarnymi jak sadza oczami. Wpatrywała się w nią z ciekawością, przytulając się jednocześnie do ramienia owego chłopaka.
– Możesz nawet mówić „skarbie” jeśli ci dziewczyna pozwoli – odgryzła się odruchowo.
Właśnie tymi kilkoma zdaniami zdobyła akceptację całej grupy. Nigdy nie byli na serio, nigdy nie rozmawiali o ważnych sprawach i przede wszystkim daleko im było do sztywniaków, dlatego otaczali się takimi osobami. Ich spotkania były czystą przyjemnością, przesiąkniętą wódką i zakrapianą seksem. Tak było im wygodnie, a ona postanowiła wpasować się chociażby słowem w towarzystwo, ukrywając gdzieś wewnątrz swoje prawdziwe „ja”.
~*~
– Filologia polska? To ciekawy kierunek – choć słowa są głównym nośnikiem myśli, doskonale wiedziała, że każde z nich jest czystym kłamstwem. Usta kłamały tylko po to, by ukryć prawdę malującą się na twarzy.
Już się przyzwyczaiła. Ba! Ona była na to przygotowana, bo nikt nie brał tego kierunku na poważnie. Słyszała wiele opinii, nie koniecznie przychylnych, ale jedno było niezmienne, marszczenie między brwiami. Zdradzało zdziwienie i poniekąd myśli, które plątały się pod kopułą. Już nauczyła się nie brać tego do siebie. Przecież nie można oceniać książki po okładce.
– I co chcesz później robić? Uczyć? – rzucane pytania były tak przewidywalne, że aż nudne. Czasem odpowiadała na nie odruchowo, jakby to był nawyk.
– Jeśli się uda to jasne, ale jak nie to zostanę elokwentną kasjerką – ironia w takich sytuacjach zawsze grała pierwsze skrzypce. Po co być poważnym, jak można zażartować, zawstydzając tym rozmówcę.
– Ale czekaj, czekaj! Tam się chyba dużo czyta, nie ? – kolejny stereotyp, jeśli można to tak nazwać. Od zawsze słyszała, że idąc na taki kierunek, streszczenia są zabronione. Gdy tylko zechce wpisać słowo opracowanie w Internet, wywala korki na całym osiedlu. Tylko nikt nie bierze pod uwagę tego, że filolodzy to nie bogowie i wszystkiego nie dadzą rady zrobić, a przede wszystkim zrozumieć. Czyta się dla przyjemności, dla satysfakcji, dla konkretnej wiedzy, a nie z przymusu.
~*~
Wciąż się w nią wpatrywał, ale tylko w momencie gdy ewidentnie spoglądała w inną stronę. Czuł jej wzrok na swojej osobie od czasu do czasu, ale nie chcąc jej spłoszyć, nawet nie próbował jej na tym przyłapać. Starał się skupić na rozmowie z kolegami, choć było mu ciężko, bo pomimo tego, że mówili mądrze, bardziej intrygowała go nieznajoma, a niżeli nowe odkrycia literackie. Za to ona zdawała się niezainteresowana towarzystwem, w którym przebywała. Prawdopodobnie nawet ich nie słuchała, bo gdy padał jakiś żart, ona wybuchała śmiechem najpóźniej. Wyglądało to tak jakby na siłę chciała się wpasować w otoczenie, ale coś jej nie pozwalało. Bawiła go ta sytuacja, ale jednocześnie intrygowała, bo nikt nie spędza czasu z grupą znajomych z przymusu, więc co ją przywiodło?
Po godzinie obserwacji oboje byli zmęczeni i spragnieni jakichkolwiek informacji. Fascynacja i ciekawość zawładnęła ich umysłami, ale żadne nie miało odwagi by zrobić pierwszy krok. Ona była zawstydzona, a jemu absolutnie nie wypadało.
– Muszę wyjść się przewietrzyć, strasznie tu duszno – szepnęła do siedzącej obok przyjaciółki i nie czekając na jej odpowiedź, zaczęła otulać się szalem, by choć trochę okryć się przed zimnem, które czekało na nią na dworze.
– Może z tobą pójdę? Jest już późno – pomimo tego, że Amy była już nieźle podpita, wiąż pamiętała, że Baby jest tutaj od niedawna i potrzebuje troski lub zainteresowania.
– Nie, chyba potrzebuję po prostu chwili – odpowiedziała ogólnie, mrugając porozumiewawczo oczami. Amy zrozumiała przekaz i jedynie kiwnęła głową.
Znała ją na wylot i doskonale zdawała sobie sprawę, że dla przyjaciółki to było za dużo. Duchota, bar, piwo i masa ludzi, każdy z inną osobowością, ale równie dominującą. Obrzucali ją informacjami, wspólnymi wspomnieniami, śmiesznymi historiami, które przydarzyły się im gdzieś w klubie, na domówce czy w drodze powrotnej. To z pewnością były zabawne wspomnienia, ale ona nie umiała ich do końca zrozumieć. W niej grała zupełnie inna muzyka, nieco spokojniejsza i nawet elastyczność, którą też brała pod uwagę, jej nie pomagała.
Ruszyła tą samą drogą co poprzednio, tylko tym razem szukała wyjścia. Potrzebowała poczuć ziemny wiatr na policzkach i choć kilka kropel deszczu na twarzy. Wierzyła, że wtedy otrzeźwieje, cokolwiek to słowo oznacza.
Nie wiedział gdzie idzie. Po prostu wstała, otuliła się doskonale mu znanym szalem i udała się w stronę baru. Nie miał planu, pomysłu ani pewności, ale postanowił zaryzykować. To miał być jego ostatni wieczór wolności, więc nie mógł być zwyczajny, musiał zrobić coś szalonego, niespotykanego i do niego niepodobnego. Padło na tą niską dziewczynę.
Wstał i pod pretekstem ochoty na kolejne piwo poszedł w stronę baru, rozglądając się po drodze bardzo dokładnie. Nie chciał jej nigdzie przeoczyć, skoro już postanowił, musiał dopiąć swego.
Przed wyjściem uśmiechnęła się do znudzonej barmanki, która podpierała głowę na obu dłoniach i wpatrywała się w zawieszony powyżej telewizor. Akurat leciał w nim program z teledyskami. Gdy tylko otworzyła drzwi, powiew wiatru mało jej nie zmiótł. Zaparła się jednak i uparcie wyszła na zewnątrz. Na całe szczęście przed wejściem był daszek i duża, uliczna popielniczka, czekająca tylko na kolejnego palacza. Oparła się o jedną ze ścian i wzięła głęboki wdech, chcąc przez chwilę poczuć się jak w domu rodzinnym. Zawsze gdy się stresowała, gdy czuła się zagubiona, otwierała okno bądź wychodziła na krótki spacer. Tlen jest droższy od złota, mawiała jej babcia.
Gdy przymknęła oczy widziała zieloną łąkę za domem, porośniętą chmarą żółtych mleczy, czekających tylko aż ktoś je zbierze i przetopi na sok. Póki pszczoły pracowały i skakały z kwiatka na kwiatek, nikt nie śmiał im przeszkadzać. Owadów tych jest coraz mniej, a robią kawał dobrej roboty, więc warto poczekać chwilkę, by ich nie spłoszyć, a przecież sok nie ucieknie. Przypominała sobie wieczory na huśtawce, gdy koc okrywał jej zmarznięte nogi, a oczy połykały kolejne wersy dobrze znanego jej tekstu. Jeśli dana książka przypadła jej do gustu mogła czytać ją w nieskończoność, a czas przestawał się liczyć.
– Przepraszam – czyjeś słowa wyrwały ją z zamyślenia. Raptownie otworzyła oczy, ale pierwsze co zobaczyła to piękne, aczkolwiek szare kamienice, skąpane w deszczu. Ani trochę nie przypominało to widoku łąki i domu. Gdzie ona właściwie uciekła? Do piekła? – Dobrze się pani czuje ? – dopiero pytanie sprawiło, że obudziła się w pełni. Spojrzała w bok, by móc dostrzec twarz nieznajomej osoby.
– Och to pan! – wykrzyknęła nieplanowanie, co sprawiło, że prawie od razu zakryła usta dłonią. Widok już znanego jej mężczyzny, nieco ją zaskoczył – Śledzi mnie pan? – zadała pytanie, choć wcale nie miała tego w zamiarze. Nie czuła ani grama złości, więc dlaczego włożyła w każde słowo tyle gniewu?
– Nie, po prostu idąc do baru zauważyłem, że wychodzi pani na zewnątrz, a pogoda jest nieciekawa, więc pomyślałem, że może źle się pani czuje – wyrzucał z siebie słowa szybko, ale tworzyły one spójną całość. Nie chciał się tłumaczyć, ale najwidoczniej jego mózg stwierdził, że powinien.
– Przepraszam, że tak na pana naskoczyłam, po prostu to już druga taka dziwna sytuacja... – w zamiarze chciała powiedzieć coś więcej, ale w rezultacie z jej ust nie wypłynęło nic więcej – Przepraszam – dodała zawstydzona, spuszczając głowę.
– Nic się nie dzieje, to zrozumiałe – odparł. Czuł, że mówi zbyt formalnie, zresztą ona przybrała podobny ton, dlatego ich rozmowa była dosyć sztywna, musiał coś szybko, na poczekaniu wymyślić – Czyli wszystko w porządku? – zapytał ponownie, chcąc się upewnić.
– Tak, tak – szepnęła tak cicho, że miała obawy czy w ogóle usłyszał – Po prostu w środku jest zbyt duszo – dodała nieco głośniej i odważniej. Przestań mnie onieśmielać… krzyczała w myślach, ale ewidentnie nie skutkowało.
– Nie chciałbym się naprzykrzać, ale ma pani zaczerwienione policzki i chyba się pani trzęsie – stwierdził odważnie – Może pozwoli się pani zaprosić na herbatę? – zapytał bezpośrednio, choć wiele kosztowało go każde słowo. Nie był pewny całej sytuacji, przecież wcale nie znał tej dziewczyny, mógł w jej oczach wypaść niestosownie, a jednak postanowił zaryzykować.
Zdziwił ją tym pytaniem i pomimo tego, że było niepokojące, sposób w jaki to wypowiedział bardzo ją urzekł. Od razu przypomniały jej się wszystkie sceny z książek o dziewiętnastowiecznej miłości, do których wzdychała przez cały okres liceum. I może to właśnie zadecydowało o odpowiedzi, może to ją skłoniło do lekkiego uśmiechu. Nie spodziewała się, że tak rozpocznie się jej historia w nowym, wielkim mieście… Jest ryzyko, jest zabawa tylko, że ona wcale nie chciała się bawić, chciała porozmawiać z kimś podobnym do niej, a on MÓGŁ taki być.
– Z miłą chęcią.




~*~
– Zaraz, zaraz… - przerwał jej w połowie zdania – Czy to oznacza, że jest pani jedną z tych
romantyczek wzdychających do Romea i pana Darcy’ego ? – zapytał z ironią i uśmiechem, który zdecydowanie się jej nie podobał.
– No oczywiście, a co w tym dziwnego ? – była urażona, bo ewidentnie się z niej wyśmiewał, a ona już była gotowa się przed nim otworzyć i opowiedzieć mu więcej o swoich ulubionych książkach.
– Nie uważa pani, że to dość banalne, a chwilami nawet nudne? – choć zapytał, ona usłyszała stwierdzenie. Nad odpowiedzią nie musiała zastanawiać się zbyt długo, bo własne zdanie na ten temat miała odkąd tylko zamknęła pierwszą książkę Jane Austen.
– Romantyzm i miłość nie mają nic wspólnego z banałem – zaczęła, wiedząc, że to nie koniec jej wywodu. Chciał jej już przerwać, ale uciszyła go jednym gestem i kontynuowała dalej – Każda z tych historii jest wyjątkowa, a uczucie, które łączy dwoje ludzi, ponadczasowe, trzeba to tylko dostrzec – zastanowiła się chwilkę, ale tym razem poczekał – A właściwie docenić, bo miłość doceniona to miłość prawdziwa – dokończyła i choć miała ochotę powiedzieć dużo więcej, zamknęła to co najważniejsze w dwóch zdaniach.
– No i czy to nie brzmi… – tym razem to on musiał zebrać myśli, a podczas tej rozmowy nie zdarzało się mu to często – …jak oczywista oczywistość? – znów ironia wbiła się między słowa – Nie ma tu żadnej tajemnicy, zagadki. Wszystko jest jasne i choć historię się od siebie różnią, a bohaterowie mają inne wady czy zalety, to doskonale wiesz jak się to skończy.
– Nie do końca, przecież nie zawsze są razem – odgryzła się, ale nie wzbudziło w nim to żadnej reakcji, prawdopodobnie spodziewał się, że to powie.
– Albo są razem, albo się rozstają i są nieszczęśliwi, albo jedno z nich umiera, albo odchodzą oboje i gdzieś tam w niebie są razem na wieki – wymieniał i wymieniał, ale wyraz jego twarzy wcale się nie zmieniał. Ironizował, a wręcz wyśmiewał się  z banału, który przemawia przez ulubione opowieści Baby, a ona nie umiała ich obronić w należyty sposób.
– I to wydaje się panu takie przewidywalne? – zapytała, choć wcale nie oczekiwała odpowiedzi, to było coś w rodzaju pytania retorycznego, rzuconego na fale wzburzonego morza – A czy przewidywalność i wiedza to nie są wartości, o które walczą ludzie? Czy to nie jest pewien rodzaj bezpieczeństwa, stabilności, do której chyba wszyscy dążymy? – Chciała go zaskoczyć, pokazać, że ma swoje zdanie i nie boi się go wygłaszać publicznie.
Dała mu tym niemałą zagwozdkę, bo już nie był taki pewny siebie. Romantyzm nigdy go nie fascynował, bo był do przewidzenia, co było według niego wadą, ale jeśli spojrzeć na to pod innym kontem, to faktycznie może to być zaleta nie do podważenia. Podrapał się po delikatnym zaroście, tak jak to robią mężczyźni gdy nad czymś myślą.
– Muszę przyznać pani rację, ale z niemałym bólem – wyznał szczerze, ale uśmiechnął się przy tym – Jednakże pani musi przyznać ją i mnie… – przerwał, by przyjrzeć się jej twarzy. Wpatrywała się w niego z ciekawością, wyczekując kolejnych słów – Dzieła innych epok, nieco wcześniejszych są również fascynujące i pociągające przez ten… - nie mógł znaleźć w głowie odpowiedniego słowa, które idealnie opisałoby to co czuł myśląc o literaturze tamtych lat - … powiew tajemnicy – nie rozwijał dalej myśli, by dać jej czas na zastanowienie się i nie zarzucać kolejnymi informacjami.
– Na dzień dzisiejszy nie mogę tego zrobić, bo niewiele wiem o tej literaturze – odpowiedziała zgodnie z prawdą, choć poniekąd było jej przykro, tak bardzo chciała się z nim zgodzić.
Nie miała jeszcze tak rozległej wiedzy, tak naprawdę jedyne co kochała to czytanie, to przywiodło ją na humanistyczny kierunek. Wspierała ją w tym ciekawość i pociąg do odkrywania, ale nigdy się do tego nie przyznawała. Otoczenie nie zawsze rozumie, nie zawsze nawet chce rozumieć. Wolą oceniać i spychać na margines jeśli ma się inne zdanie, więc wychodziła z założenia, że czasem warto się wycofać.
– Chętnie bym pani co nieco opowiedział, ale już i tak długo tutaj siedzimy, nie chciałbym zabierać pani całego wieczoru… – oznajmił niepewnie. Chciał z nią spędzić jeszcze trochę czasu, porozmawiać o literaturze, ale i życiu lecz zdawał sobie sprawę, że nie ma prawa jej zatrzymywać.
– Proszę tu chwilkę na mnie poczekać, pójdę po swoje rzeczy do tamtego stolika i tak pewnie nie zauważyli, że nie ma mnie już tak długo – nie kryła nawet radości z tego, że zaproponował jej jeszcze choć kilka chwil rozmowy. Nie musiała udawać niedostępnej, niezdecydowanej, bo to było kompletnie zbędnym zabiegiem, który stosowało tak wiele kobiet.
Nie czekając na odpowiedź ruszyła w stronę znajomych swojej przyjaciółki. Nie chciała się tłumaczyć, ale zdawała sobie sprawę, że tak szybko się nie wymiga. Obiecała jej, że chociaż spróbuje ich poznać, ale już od pierwszej chwili wiedziała, że to nie jest towarzystwo dla niej. Może postępowała źle, może Amy się obrazi, ale nieznajomy mężczyzna tak ją oczarował, że była gotowa zrobić wszystko, by móc porozmawiać z nim jeszcze choć przez moment.
On w tym czasie obracał w dłoniach papierek po cukrze, który przyniosła im kelnerka wraz z herbatą. Miał w zamiarze poczekać aż dziewczyna wróci i sam udać się do kolegów, by kulturalnie się wykręcić. Tak wiele chciał jej opowiedzieć, tak bardzo chciał z nią dyskutować, ale wiedział, że na to potrzeba czasu, który co rusz przepływa im przez palce. Była młoda, dużo młodsza niż przypuszczał.
– Amy, dam sobie radę naprawdę – usłyszał znajomy głos i od razu skierował spojrzenie w tamtą stronę. Był zaniepokojony, bo zobaczył, że nieznajoma dziewczyna idzie ubrana w kierunku wyjścia w towarzystwie wysokiej blondynki. Próbował złapać jej spojrzenie, ale ona dopiero w ostatniej chwili szybkim ruchem machnęła ręką w stronę wyjścia i mrugnęła oczami z ledwo zauważalnym uśmiechem, malującym się na ustach. Od razu zrozumiał aluzje i gdy obie odeszły kawałek dalej, wstał raptownie i udał się w stronę stolika, gdzie czekali na niego koledzy. Teraz to on musiał stoczyć swoją walkę.  
~*~
Stała na zewnątrz, delikatnie schowana za pobliskim budynkiem, by móc spoglądać na wejście do baru. Czekała na niego, ale nie czuła się absolutnie komfortowo. Długo nie wychodził, a ona już zdążyła stworzyć w głowie masę teorii dlaczego. Była już nawet psychicznie nastawiona na to, że ją wystawił i wcale nie zamierza wychodzić, wiedząc że ona tam na niego czeka za rogiem. Zaczęła się trząść, ale nie do końca wiedziała czy z zimna, czy z nerwów. Niepotrzebnie się tak nakręciła, niepotrzebnie zgodziła się tak szybko na kolejne rozmowy, niepotrzebnie przyjęła w ogóle jego zaproszenie na herbatę… W jednej chwili pożałowała całego wieczoru, każdej sekundy, w której kiwnęła głową i się uśmiechnęła… Nikt nie chce być wykorzystany…
I w momencie, w którym chciała się już poddać i odejść, drzwi się otworzyły. Wpatrywała się w nie z zapartym tchem, gotowana na to, że to może być ktoś zupełnie inny. No i było tak jak się spodziewała, bo z baru wyszli znajomi, od których uciekła. Nawet się specjalnie nie ubrali, alkohol ich tak rozgrzał, że nie było im to kompletnie potrzebne. Od razu odpalili papierosy i śmiejąc się głośno oddali się w ręce kojącego dymu. Obrażona na cały świat i zła na siebie, odwróciła się i po prostu odeszła. Zostawiając swoją nadzieję i fascynację na cegłach kamienicy. Odrzuciła w głowie wszystkie myśli i ruszyła przed siebie.
Nawet się jej nie przedstawił. Nie znała jego imienia, nazwiska… Nawet nie powiedział kim jest, ile ma lat, co robi w życiu i co lubi. Rozmawiali przez dłuższą chwilę, ale kompletnie nic o sobie nie wiedzieli. Wciąż mówili do siebie tak formalnie, ale pewnie gdyby ona zaproponowała, żeby przeszli na „ty” nie miałby nic przeciwko. Tylko, że to się jej podobało, jeszcze z nikim nigdy nie rozmawiała w ten sposób…
Dałaś się omotać, a później stchórzyła… Czy na pewno to ona jest przegrana?


0
Share
Małżeństwo, czyli moment, w którym dwoje ludzi staje się jednością. Przestają być już jednostkami, kolejnymi z populacji, zaczyna łączyć ich węzeł, nie do rozerwania - a tak przynajmniej było kiedyś. Bo za dawnych lat, gdy dwoje ludzi brało ślub to była to decyzja przemyślana, a nawet jeśli nie, bo jak wiadomo modne były małżeństwa aranżowane, to byli ze sobą aż do śmierci. Musieli, bądź chcieli, wytrwać i wytrwali.

Patrząc na dzisiejszą sytuację mam wrażenie, że zawieranie związku małżeńskiego stało się maskaradą z piaskownicy, z lat dziecięcych. Z pewnością każdy z nas brał kiedyś pseuo ślub, z pseudo ukochanym, na podwórku. Tylko, że wtedy to była kolejna nieodłączna część zabawy w "dom". Problem polega na tym, że branie ślubu to krok poważny, a chęć tworzenia rodziny to czysta odpowiedzialność.

Jak wygląda teraźniejszy ślub moim zdaniem?
Planowanie tego ważnego wydarzenia zaczyna się od ustalenia daty w kościele, więc Para Młoda od razu udaje się na pierwsze rozmowy z księdzem. Pani Młoda oczywiście wspomina o tym, że chciałaby, żeby do ołtarza poprowadził ją ojciec, na co duchowny kiwa głową, bo nie jest to dla niego nic nowego. Czy ta kobieta tego chce, bo podoba jej się symbolika tego gestu przekazania córki w ręce przyszłego męża, czy dlatego, że ta scena będzie wyglądała dobrze na filmie, czy może kieruję nią chęć wpasowania się w modę ślubną? Nie mam zielonego pojęcia, ale w tej sytuacji to nie jest takie ważne.
Więc rozmawiają, debatują, aż w końcu ustalają datę idealną. Sobota, tradycyjnie, środek lata i koniecznie godzina czternasta.
Kolejnym krokiem jest zamówienie pogody na ten dzień, co nie jest już taką prostą sprawą, ale młodzi są tak pozytywnie nastawieni, że nawet nie biorą pod uwagę żadnego deszczu.
Czas na wynajem sali, która będzie fundamentem ich wesela. Z początku Ona myślała nad ogromnym namiotem, oczywiście białym, ustawionym pośród zieleni... A nad nimi latałby białe ptaki... Na całe szczęście w końcu budzi się z tego snu i wraz z przyszłym małżonkiem odwiedzają wszelkie możliwe restaurację. Pierwsza odpada, bo ma zbyt ciemne ściany, a druga obsługę niemiłą. Trzecia ma za małe okna i słońca nie widać, a w czwartej brakuje klimatyzacji. I tak jeżdżą z jednego miejsca w kolejne, szukając sali godnej podziwu, aż w końcu znajdują. Kryształy, biel i ogromne okna, a do tego parkiet jakiego mogłoby pozazdrościć studio "Tańca z Gwiazdami".
Mija pół roku, a Ona zaczyna szukać sukni idealnej. Obchodzi wszystkie sklepy z modą ślubną w okolicy, a nawet wraz z jazgoczącymi przyjaciółkami wyjeżdżają nieco dalej. Polują na coś wyjątkowego, niebanalnego i niestandardowego, a najlepiej żeby miała kolor biały, ale nie taki jasny, ani ciemny tylko taki w sam raz. Nie żółte tony, bo przecież nie jest Chinką, ani nie niebieskawe, bo daleko jej do królowej lodu. Popijają wino, przeglądają katalogi, a Ona mierzy i mierzy kolejne kreacje, z każdą następną ogłaszając coraz głośniej, że chyba musi schudnąć. Końca nie widać, a to dopiero początek.
On natomiast zabiera ze sobą rodziców i w najbliższym sklepie kupuje garnitur. Standardowo spodnie, marynarka i biała koszula.
Świadkowie wybrani, sukienki druhen się szyją, nawet kreacja Panny Młodej zaczyna powoli materializować się w rzeczywistości, wychodząc po za granice marzeń.
Przychodzi ten magiczny czas nauk przedmałżeńskich, które prowadzi ksiądz, człowiek który nigdy nie był w związku małżeńskim. Omawiają przykładowe problemy, przeciwności losu, a także w ramach nauk spotykają się z psychologiem. Wszystko jest pogmatwane i jeszcze bardziej miesza im w głowach, ale czemu się dziwić...
Zaproszenia rozwożą trzy miesiące przed ceremonią, ale zanim do tego doszło, musieli zrobić konkretną listę. Skończyły się czasy wymieniania wszystkich ważnych, bądź mniej ważnych bliskich, w czasoprzestrzeń, a zaczęły konkretne cyfry. Przeliczanie, sprzeczki i masa rozmów z rodzicami, by ostateczna suma mogła wynosić 250, bo teraz nikt nie robi małych wesel. Nawet na komunię zaprasza się przynajmniej wesołą stówkę.
Jeżdżą od miasta do miasta, od wsi do wsi i rozdają szykowne zaproszenia, wszędzie wypijając małą kawkę. Po kilku tak intensywnych dniach mają wrażenie, że ich serce przechodzi zawał, a ciśnienie krwi wynosi pięć tysięcy.
Miesiąc przed ślubem odwiedzają kwiaciarnie, znów księdza i restaurację, by dopiąć wszystko na ostatni guzik. Przystanek w wypożyczalni samochodów, bo swoim gratem nie pojadą. Ma być na bogato, z klasą.
W ten wyjątkowy dzień Ona martwi się makijażem, włosami, suknią i kwiatami, a On śpi do późna, bo i tak wie, że przygotować się zdąży. Fotograf nadjeżdża wraz z kamerzystą, by nakręcić jakieś urywki ich przygotowań, więc ona dziesięć razy zakłada buta i spogląda w okno, a on wiąże krawat pół godziny.
Dom Panny Młodej przystrojony już od wczoraj, tatuś pompował balony całe po południe. Siostry siedzą ubrane i uczesane od samego rana, a mama przegląda się w każdym lustrze jakie minie, a w miedzy czasie pośpiesza znudzonego męża. Przecież to on ma prowadzić ich córkę do ołtarza, będzie w centrum uwagi ciotek, których nie widzieli dziesięć lat, prezentować się musi.
Przyjeżdża pod dom On z orkiestrą i całą hałastrą ludzi, którzy są najzwyczajniej w świecie zbędni. Negocjuje z przekupami przed drzwiami, by w końcu zobaczyć Ją, ubraną w biel idealną. Szybkie błogosławieństwo rodziców, by po chwili móc wcisnąć ich do osobnych samochodów.

Córka z ojcem dochodzą do ołtarza.
Ojciec oddaje rękę Panny Młodej przyszłemu zięciowi.
On całuje ją w dłoń i razem siadają na przystrojonych przez panią Marysie krzesłach.
Wchodzi ksiądz, zaczyna się msza.
Wszyscy na zmianę wstają bądź siadają i powtarzają doskonale znane regułki.
W pewnym momencie zaczyna się coś nowego, innego, ale spodziewanego.
Do młodych schodzi ksiądz, by z jego pomocą złączyć ich skołatane dusze w jedno.
Duchowny mówi Oni powtarzają, najpierw jedno, później drugie.
"Jesteście mężem i żoną, może pan pocałować pannę młodą", buzi, buzi i koniec.
Później bawią się do białego rana, by następnie paść do łóżka tak jak stali.



A gdzie miłość? Gdzie rozmowa o uczuciach, przyszłym życiu jakie ich czeka? Gdzie stres, ale nie to te przyziemne sprawy, ale o to co w ślubie najważniejsze? Dlaczego nikt już nie dostrzega wartości słowa "Tak, chce". To kwestia, która skazuje nas na życie z drugim człowiekiem do końca świata.
Na zasypianie w jego ciepłych ramionach, na budzenie się poprzez krótki pocałunek, na wspólne kolację przykrapiane rozmową, na namiętne kochanie się po godzinach....
Ale to też godziny milczenia po kłótni, posiłki spożywane w ciszy, budzenie się o piątej rano, bo on musi siku i świeci światło, walka o kołdrę w nocy i zasypianie ze zmęczenia, nie mówiąc nawet "Dobranoc".
To również odmowy, a nie jedynie przyzwolenia.
To przyrzekanie sobie tak wiele, w tak niewielu słowach.
Dlatego ludzie się rozwodzą. Myślą, że po ślubie czeka ich sielanka jakich mało. Świetny seks w kuchni na blacie, niespodzianki na każdym kroku i zawsze wysprzątany dom. A tym czasem czeka ich seks przy zgaszonym świetle, bałagan w domu i mąż/żona leżący/a na kanapie po powrocie do domu. Po powiedzeniu sobie "tak" przy ołtarzu czas na codzienność, na stabilne życie, w pełni dorosłe i świadome. Dlatego trzeba umieć czerpać z niego jak najwięcej, a to potrafi teraz tak niewielu...

Gdy ona woli ciemność, poproś o kompromis i zaświeć małą lampkę.
Posprzątajcie razem, z pewnością będzie weselej.
Połóż się koło niej/niego na tej kanapie i powegetujcie ten jeden wieczór razem.

A! I warto pamiętać, że tylko frajerzy się poddają!
0
Share
Cudowne uczucie, wiedzieć, że Twoja przyjaciółka w końcu odnalazła swoją miłość. Nic tak nie raduje, jak szczęście kwitnące za oknem, bo gdy nasze własne staje się pospolite, rozpala je czyjeś. Uwielbiam to uczucie, bo sprawia, że ja również czuję się jakbym zakochała się na nowo. Za to właśnie kocham empatie, za współodczuwanie szczęścia.

Gdy patrzyłam na Twój niegasnący uśmiech, czułam się spokojna.
Gdy poznałam Twojego ukochanego wiedziałam, że jesteś w dobrych rękach.
Gdy zobaczyłam jak otula Cię swoimi wielkimi ramionami, jak góruje nad Tobą i łapię Twoją dłoń gdy tylko ma możliwość, uśmiechnęłam się sama do siebie.

Bo widzisz, bałam się, że nie znajdzie się nikt równie wspaniały jak Ty, że tak kochana osoba wpadnie w nieodpowiednie ramiona. Bałam się, że Twoje policzki będą zdobić łzy, a nie wypieki i uśmiech. Bo gdy wiem co czuje dziewczyna w takiej właśnie chwili, nie chce tego uczucia dla nikogo. Ból fizyczny jest bardziej przyziemny i kiedyś w końcu odpływa w niepamięć. Natomiast ten psychiczny, po czasie nieznaczony łzami, puchnie nieprzyjemnie nie zezwalając na wolność...
Dlatego cieszę się, że go masz...

Bo gdy jest się zakochanym to czas liczony jest w pocałunkach.
Bo gdy jest się zakochanym to serce przestaje bić dla życia, a bije dla Niego.
Bo gdy jest się zakochanym to szczęście płynie w żyłach.
Bo gdy jest się zakochanym to świat może nie istnieć, a i tak uśmiech nie schodzi z twarzy.
Bo gdy jest się zakochanym to problemy mają zupełnie inną wagę.
Bo gdy jest się zakochanym różowe okulary nie są potrzebne...



Często traciłam wiarę w ludzkość, w istotę relacji, w miłość bez korzyści, tak czystą jak łza. Bo to świat zmienia spojrzenie na wiele spraw, bo to ludzie niszczą nadzieję. Depczą ją pozostawiając po niej jedynie wspomnienie. Bo to słowa, które rzuca się na wiatr niczym jesienny liść, nie myśląc nad konsekwencjami....
Mówi się teraz, że trzeba być silnym, niezależnym, a jak ktoś chce być wrażliwy to powinien mieć twardy tyłek. Że dzieci w przedszkolu powinny już władać trzema językami, że każdy humanista to idiota, a artysta to biedak. Że wszyscy powinniśmy być niczym roboty, bo bycie sobą jest niepotrzebne. Że nie ma norm, zasad, a moralność to tylko słowo, o którym czasem wspominają nauczyciele. Że kobieta powinna mieć rozmiar XS i ważyć mniej niż 50 kilogramów. Że ma być seksowna, ale nie tylko w sypialni, ale również w Internecie, bo seks jest idealnym pijarem. Że nie ma miłości, albo jest przereklamowana. Że przypadkowy seks jest lepszy, a zdrada to tylko "wybryk".
Świat zapomniał o tak wielu aspektach, za które kiedyś ludzie umierali. Chociażby patriotyzm i wolność, które teraz są na końcu listy wielu. Chociażby równouprawnienie, o które walczyły niegdyś kobiety, stało się maskaradą. Każda chce coś pokazać, udowodnić, a rywalizacja jest najlepszym sportem. Chociażby miłość, która według wielu nie istnieje. Kiedyś ludzie popełniali samobójstwo czując rozrywający ból w sercu... Zapomniałam, że teraz wrażliwość zalicza się do wad, a nie do zalet...
Gdzie jest ten cały świat, który tak kocham?!
Kobiety, które pomimo tego, że nie mają dekoltu do pępka i spódnicy niezakrywającej pupy, wyglądają pięknie, bo noszą w sobie skromność i niewinność.
Mężczyźni, którzy walczą o wolność i ukochaną. Zabiegają i przynoszą bukiet kwiatów bez okazji, a przede wszystkim szanują uczucia drobnych piękności. Ubierają się zwyczajnie, chcąc podkreślić swoją męskość, a nie chude nogi.
Matki, które kochają swoje dzieci nad życie. Otulają je miłością i radością na każdym kroku, chcąc podarować im choć trochę darmowego szczęścia.
Ojcowie, którzy spędzają czas z rodziną na rozmowach o pogodzie, a nie o pieniądzach i pracy.
Babcie, pieczące ciastka i głaskające po głowie. Rozpieszczające i wspierające przede wszystkim.
Przyjaciele, którzy nie zawodzą...
Odpowiedź jest prosta, w sercu.

W moim świecie mężczyźni całują swoje kobiety w dłoń, gdy tylko mają możliwość.
W moim świecie kobiety odziane są w skromność, a charakteryzuję je niewinność,
W moim świecie każdy ma prawo do własnych decyzji.
W moim świecie pasja jest drogowskazem zawodu.
W moim świecie miłość istnieje i płonie żywym ogniem.
W moim świecie ludzie się kochają częściej niż nienawidzą.
W moim świecie można znaleźć drugą połówkę nawet w kościele.
W moim świecie przyjaciele obierają telefon o drugiej w nocy i spacerują do późna.
W moim świecie rodzice obdarzają dzieci miłością, a nie ograniczeniami.
W moim świecie samochody wyglądają jak zwierzęta, a rzeczy mają imiona.
0
Share
Nowsze posty Starsze posty Strona główna

O mnie

Moje zdjęcie
Zakochana Złośnica
Jestem realistką, która lubi płakać ze szczęścia. Lubię swoje trampki, bo mogę w nich przejść pół świata. Lubię swoją szkołę, bo nauczyciele mnie zwyczajnie szanują. Lubię swoich przyjaciół, bo mnie słuchają. Lubię mówić, dużo, szybko i często, bez ładu i składu. Lubię pisać, choć nie zawsze wychodzi mi to tak jakbym chciała. Lubię ludzi, ale tylko tych miłych. Lubię gdy pada deszcz, bo mam wrażenie, że to oczyszcza świat z negatywnych emocji. Lubię swój pokój, bo jest odzwierciedleniem mojej duszy. Lubię kawę, bo jej gorycz budzi mój wiecznie śpiący mózg. Lubię herbatę, bo rozgrzewa moje wiecznie zmarznięte ciało i koi skołatane myśli. Lubię swoje oczy, bo jest w nich cała prawda o mnie. Lubię opowiadać o świecie, który istnieje we mnie, ale tylko nieznajomym.
Wyświetl mój pełny profil

Popular Posts

  • Listopad 2016, TRZYNASTKA
    Wciąż czuje się zagubiona. Nie wiem co mam myśleć, jak postępować, co mówić i co robić. Nie chcę się narzucać, nie chce być obojętna, nie ch...
  • Październik 2016, DWUNASTKA
    Za oknami było ciemno, wręcz czarno, ale moje serce świeciło, niczym letnie słońce. Czułam jak ciepło rozpływa się po całym moim ciele, tak...
  • Grudzień 2016, CZTERNASTKA
    Mój rok zaczyna się właśnie od świąt Bożego Narodzenia. To dość niestandardowe podejście do tego święta, ale myślę, że to nie tylko narodzin...
  • PAŹDZIERNIK 2017, SIEDEMNASTKA (opowiadanie)
    Pchnęła ciężkie drzwi, wpuszczając przy tym zimne powietrze do środka. Powiew klimatycznej aczkolwiek ponurej jesieni wtargnął do środka, p...
  • Listopad 2020, Dwudziestka trójka
      Jedna klasa w technikum nie daje zbyt wielu szans na tajemnice. Wszyscy się znają, każdy wie o sobie tyle ile zdradzi ta druga strona. Moż...
  • LISTOPAD 2017, OSIEMNASTKA
    Dokładnie dwa lata temu postanowiłam, że tym razem nie pozwolę Ci wyjść z mojego pokoju wieczorem. Dokładnie dwa lata temu stworzyła się w ...
  • GRUDZIEŃ 2017, DZIEWIĘTNASTKA
    Kolejny rok przepłynął mi przez palce niczym przyjemnie ciepła woda z oceanu. Po raz kolejny robię podsumowanie w ten właśnie dzień, w Wigil...
  • GRUDZIEŃ 2017, Dwudziestka
    Dwadzieścia lat. Przeskoczenie kolejnej belki, kolejnej bramki, kolejnej niewidzialnej granicy jaką tworzymy my, ludzie. Odsunięcie lat nast...
  • LUTY 2018, DWUDZIESTKA JEDYNKA
    Przeszłość wydaje się czymś odległym. Na co dzień stykamy się z nią bardzo rzadko albo wcale, a jednak ona gdzieś tam jest i wciąż żyje. Ost...
  • Maj 2018, Dwudziestka dwójka
    Po raz kolejny stał w jej drzwiach. Spoglądał na nią zupełnie inaczej, jakby bał się tego co zrobi. Cudownie było widzieć niepewność krążącą...

Obserwatorzy

Archiwum bloga

  • ►  2024 (1)
    • ►  października (1)
  • ►  2020 (1)
    • ►  listopada (1)
  • ►  2018 (3)
    • ►  maja (1)
    • ►  lutego (2)
  • ▼  2017 (5)
    • ▼  grudnia (1)
      • GRUDZIEŃ 2017, DZIEWIĘTNASTKA
    • ►  listopada (1)
      • LISTOPAD 2017, OSIEMNASTKA
    • ►  października (1)
      • PAŹDZIERNIK 2017, SIEDEMNASTKA (opowiadanie)
    • ►  maja (2)
      • Maj 2017, SZESNASTKA
      • Maj 2017, PIĘTNASTKA
  • ►  2016 (14)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  października (1)
    • ►  września (11)
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 Zakochana Złośnica

Created By ThemeXpose & Distributed By Blogger Templates