Zakochana Złośnica

Mój rok zaczyna się właśnie od świąt Bożego Narodzenia. To dość niestandardowe podejście do tego święta, ale myślę, że to nie tylko narodziny Syna Bożego, jak mówi Biblia, ale to także czas nadziei i początku. Każdy z nas nosi w sobie historię, czasem smutą, czasem wesołą, ale zdecydowanie wyjątkową i niepowtarzalną. Standardowo rok zaczynamy pierwszego stycznia, ale gdyby spojrzeć na to od innej strony?
Nie jestem osobą religijną i nie będę się z tym kryła, ale jestem osobą bardzo wierzącą w COŚ. Być może jest to Bóg, a być może Jezus albo Maryja, ale wiem, że wierzę w Bóstwo, które kieruje naszym losem i kocha każdego z osobna najmocniej jak się da. Co roku w Boże Narodzenia składam życzenia Jezusowi, w końcu to jego narodziny. Ten dzień zapowiada początek czegoś zupełnie nowego.
To właśnie w tym dniu rodzi się we mnie siła.
To właśnie w tym dniu rodzi się we mnie nadzieja.
To właśnie w tym dniu rodzi się we mnie radość.
To mój początek, początek czegoś nowego, niespotykanego, ale lepszego od poprzedniego. To tak jakby zamknąć za sobą drzwi z uśmiechem. Podać rękę przeszłości i uścisnąć ją serdecznie, a następnie zaprzyjaźnić ją z końcem, który pojawia się niespodziewanie.
Ta wigilia, ten przedświąteczny czas był dla mnie bardzo wyjątkowy. Nie ze względu na prezenty, na przemyślenia czy dobrą książkę, ale ze względu na spokój, który zalał moje ciało.
Usłyszałam tyle pięknych życzeń i to od zupełnie obcych mi osób, choć właściwie nie tak zupełnie obcych. Zrozumiałam, że klasa, z którą przyjdzie mi się żegnać już całkiem niebawem, znaczy dla mnie wiele. Każdy z osobna wniósł do mojego życia cegiełkę, z której buduje się moja osobowość.
Dominik - wniósł nadzieję, że można się opamiętać nawet w ostatniej chwili.
Karolina - wniosła zrozumienie przyjaźni i zdrady jednocześnie. Być może nigdy tego nie przeczytasz, ale prawda jest taka, że nikt wcześniej nie pocałował mnie w policzek, a następnie nie uderzył tak mocno.
Paweł - wniósł chęć ciągłej zmiany. Nikt tak bardzo nie zmienia swoich humorków jak on.
Gosia - wniosła radość i beztroskę, której tak brakuje w moim życiu.
Kacper - wniósł wiele złego, ale i wiele dobrego. Nie chce tego rozpamiętywać, więc napiszę jedynie pokój. Wniósł pokój do mojego serca, jednym słowem "Przepraszam"
Kuba - wniósł wiele muzyki, melodii i piosenek, a to cudowny świat, który nie ma granic.
Filip - wniósł maski, których nikt nie jest w stanie rozszyfrować.
Dominik - wniósł elastyczność, bo nikt tak bardzo jak on nie umie się wtapiać w tłum.
Nazar - wniósł organizację, dobrą organizację. Szepnij słowo, a ja pomogę, szybko.
Monika - wniosła zrozumienie, bo nikt nie rozumie moich artystycznych myśli tak jak ona.
Marcin - wniósł miłość, ale czy to nie oczywiste? Prócz tego wniósł śmiech, radość, czułość i prawdziwą przyjaźń, której nie zrozumie nikt.
Pan Rawski - wniósł pomoc, ogromną i bezgraniczną. Wniósł nowe spojrzenia na nauczyciela, wniósł szczęście w każdy, nawet najnudniejszy, dzień w szkole. Sprawił, że te prawie cztery lata były najlepszymi w moim życiu.

Pewnie PRAWIE nikt, nigdy tego nie przeczyta, ale jeśli jednak ktoś zbłąkał w internecie i tutaj dotarł to niech wie, że mu dziękuję za wszystko co podarował mi w te święta.



0
Share

Wciąż czuje się zagubiona. Nie wiem co mam myśleć, jak postępować, co mówić i co robić. Nie chcę się narzucać, nie chce być obojętna, nie chce być neutralna. Chcę być jakaś, ale to wcale nie jest takie proste... Kocham, choć to mało powiedziane, ale często się dystansuje tak wewnętrznie. Uciekam od monotonii, od związku, od obowiązków. Zwyczajnie nie chce. To uczucie pojawia się w momencie gdy czuję, że Ty uciekasz. Może nie emocjonalnie, uczuciowo, ale fizycznie i zupełnie realnie. Przychodzisz, zostawiasz wszędzie swój kojący zapach, rozsypujesz po kątach swój śmiech, który długo po Twoim wyjściu odbija się od ścian, jakby echo, które zapamiętuje Twój głos. W szafie Twoja bluza, Twoje skarpetki, bo tak często mi je pożyczasz, a ja nigdy nie oddaje, na szyi serce, które symbolizuje Twoja miłość, jest ze mną nawet jak Ciebie nie ma obok...
Gdy przytulam się do Twojego rozgrzanego ciała czuję przyjemne bezpieczeństwo. Wtedy wiem, że jestem na odpowiednim miejscu i to nasz czas, który nigdy nie będzie zmarnowany. Nie chcę Cię opuszczać, nie chce byś odchodził, ale wiem, że muszę się nacieszyć tym co mam i jeszcze trochę spakować do kieszeni, bo czeka mnie dwanaście godzin samotności. Chwilę przed końcem czasu, po prostu proszę. Nadzieja w sercu kwitnie, że tym razem powiesz tak i uradujesz. Spontanicznie, kompletnie nie przygotowany. Znam odpowiedź, ale próbuję ją zagłuszyć, chce się oszukać choć na chwilę... Wtedy mówisz smutne, a jednak stanowcze nie. Pakujesz rzeczy do plecaka, zakładasz szal, kurtkę i buty, całujesz mnie długo, tak jak lubię, po czym wychodzisz. Zamykam drzwi i opieram się o nie. Trzy wdechy, dwa wydechy i powrót do rodziny... Ciernie smutku otaczają moje serce, a kolejne 'nie' wsuwa się między wspomnienia, te mile, psując wszystko...

"Zostań proszę Cię 
tak długo szłam zmęczyłam się 
przez siedem gór i siedem mórz 
byś oddechem swym ogrzał oddech mój 

Święta chwila ta niechaj święci się 
święta moja łza na koszuli twej 
święty taniec chmur i gołębia śpiew 
święta zwykłość dnia bo znalazłam Cię 

Popatrz wszystko lśni 
przed nami tu nie dotarł nikt 
nietknięta biel i czyste szkło 
pośpiech warg i drżenie rąk 

Zostań proszę Cię 
tak długo szłam zmęczyłam się 
ułóżmy gwiazdę z naszych ciał 
niech chroni nas niech świeci nam... "

0
Share
Za oknami było ciemno, wręcz czarno, ale moje serce świeciło, niczym letnie słońce. Czułam jak ciepło rozpływa się po całym moim ciele, tak jakby krew zawrzała. Ruszałam palcami u stóp chcąc sprawdzić czy jeszcze żyje, czy to nie jest cudowny sen, z którego zaraz się wybudzę. Oddychałam ciężko, ale równo. Ty oddychałeś ciężko i szybko. Nasze oddechy się dopełniały tworząc niepowtarzalną melodię, która była nasza i tylko nasza. Patrzyłam Ci w oczy, niewidzącym wzrokiem.
Pamiętam jedynie ich błękit, który przywodzi mi na myśl najlepsze chwilę. Pamiętam mięśnie, które napinały się pod moimi dłońmi.
Pamiętam każdą emocje, która mną targała.
Pamietam każdy Twój uśmiech, każde Nie wypowiedziane, ale oczywiste kocham. Pamiętam jak moja dusza zlepiała się z Twoją, jak powoli tworzyły całość. Pamiętam moment ostatni, jak już były jednością, jak stworzyły więź, nie do rozerwania.
Pamiętam jak mocno pociągnęłam Cię za włosy, jak mocno ścisnęłam kark, ale Ty i tak nie poczułeś nic prócz lekkiego uściśnięcia.
Nie mówiłeś, nie szeptałeś. Przemawiały gesty.
Jesteś najprzyjemnjejszym ciężarem na całym świecie...
Pamiętam jak usiadłam na skraju łóżka oszołomiona i okryta jedynie rąbkiem kołdry. Nie liczyły się kompleksy, miałam je gdzieś. Widząc moje nagie plecy, pomimo zmęczenia, zacząłeś składać na nich delikatne pocałunki. Wtedy coś we mnie pękło. Łzy popłynęły po policzkach, oczyszczając moje ciało z nadmiernych emocji, które rozsadzały mnie od środka. Pytałeś, ale ja nie mogłam mówić. Jakbym zapomniała wszystkich słów, jakbym była niemową, małym dzieckiem... Milczałam chcąc Ci wyznać prawdę. Walczyłam z uczuciami i próbowałam przebić tą nieznana mi błonę. Kocham cię... Wyszeptałam, a wtedy moje łzy połączyły się z Twoimi w jedną, idealna całość, tak jak nasze duszę...
I tak płakaliśmy z miłości, ze szczęścia i radości, okryci cienka kołdrą, która tak odważnie odgradzała nas od przerażającej rzeczywistości...

'- I nawet gdybym stracił pamięć, zakochałbym się właśnie w Tobie...
- Jestem ogniem, a Ty moją benzyną, przy Tobie płonę prawdziwym szczęściem... '
0
Share
Straciłam cię.
Nie wiem czyja to była wina
Nie wiem kto walczył, a kto nie
Nie wiem czy powinnam
Czy chce
Ale...
Straciłam cię.
Powiedz mi czemu odeszłaś ?
Czemu się tak szybko poddałaś kiedy ja uwierzyłam, że zawalczysz ?
Zawiodłaś mnie tak jak ja ciebie
To niewybaczalne
Więc...
Straciłam cię.
Statek zatoną bez nas
A my patrzyłyśmy na niego
Obie
Ale z dwóch innych miejsc
Pozwoliliśmy na to
Świadome do bólu
I... Straciłam cię.

Tylko, że ja już nie chce walczyć
O ludzi nie wartych się nie walczy
Boli gdzieś w środku, ale spokojnie obojętność zabije to w zarodku
Straciłam cię.
Utopiłam wspomnienia w butelce wina
Utopilam 5 łez naszej przyjaźni
I wstałam by móc żyć tak jakby cię nigdy nie było
Bo na to zasłużyłaś i ja też
Więc cierpmy osobno
Jak siła rozdzieleni kochankowie
Tylko...
My tego chciałyśmy
Świadomie lub nie...
Straciłam cię.
Ale
Ty i mnie.
Więc żegnaj.
0
Share
Biała suknia spływała po moim ciele niczym piana, przyniesiona przez morze na brzeg. Wykonana z delikatnej aczkolwiek charakterystycznej koronki. Klatka piersiowa była idealnie opięta, a każdy skrawek materiału przylegał, natomiast dół był puszczony swobodnie. Była lekka i zwiewna, ale jednocześnie spektakularna.
Ciemne włosy były ozdobione niedużym warkoczem i lekko pokręcone dla lepszego efektu. Gdzieniegdzie wplątane były malutkie kwiatuszki, pasujące odcieniem do sukni. Były dopełnieniem całego stroju.
Czułam się w niej dobrze, tak jakby była moją drugą skórą. Spojrzałam w lustro, by ocenić całość. 
Nieidealnie, czyli cudownie.
Stanęłam na ciepłym piasku i spojrzałam przez szparę między kotarą. Wszyscy spoczywali już na krzesłach przenośnych, a on stał tam gdzie powinien. Czekał na mnie, by móc powiedzieć mi to długo wyczekiwane "tak". Nie czułam strachu, ani grama, ale podekscytowanie też mi nie towarzyszyło. Byłam tak szczęśliwa, że aż nieprzytomna. Nie miałam czasu myśleć, zastanawiać się. Liczyło się tylko to co miało nastąpić za niecałe dziesięć minut. Pieczęć oddzielająca nas od młodości, od wolności, od egoizmu, od szczenięcej miłości. Odtąd będziemy musieli dorosnąć, dojrzeć, przygarnąć empatię i rozumieć. Nie miałam większego marzenia niż właśnie to.
Usłyszałam drżący dźwięk skrzypiec i odczekałam kilka sekund zanim wyszłam z namiotu. Nic nie było planowane ani standardowe. U mojego boku nie było taty, pod moimi stopami nie było posadzki kościelnej, nie dążyłam do ołtarza i nie miałam idealnego makijażu. Rodzice siedzieli w pierwszym rzędzie, pod stopami miałam najprawdziwszy piasek, który wciąż był ciepły po słonecznym dniu, szłam w stronę ukochanego, obok którego stał duchowny, wpatrywałam się w słońce, które powoli schylało się ku zachodowi... W dłoniach trzymałam kilka kwiatów polnych przewiązanych wstążką. Uśmiechałam się szeroko, wiedząc, że wcale nie wybielałam zębów przed tą wyjątkową chwilą. Nic się nie liczyło prócz niego.
Jego blond włosy jak zwykle wyglądały idealnie, choć wiedziałam, że toczył z nimi walkę jeszcze tego samego dnia. Jego uśmiech odsłaniał małe, porozsuwane zęby, które tak mnie rozczulały od zawsze. Radość, którą przydymiło uczucie miłości i bezgranicznego oddania, błądziła w błękitnych, jak ocean za nim, oczach. Miał na sobie białą koszulę, delikatnie opinającą klatkę piersiową, której pierwsze dwa guziki były odpięte. Spodnie w kolorze piasku, za kolano. Wyglądał idealnie, tak jak zwykle, ale nie to się liczyło...
Złapał moją rozedrganą dłoń i ucałował każdą kosteczkę. Uśmiechnął się szeroko...
- Ja Martin biorę sobie Ciebie za żonę i ślubuję, że będziesz zawsze uśmiechała się tak radośnie jak teraz, że nigdy nie zabraknie ci wsparcia, kłótni i śmiechu... Że nie opuszczę Cię aż do śmierci, że będę przy twym boku zawsze, choćby świat miał się skończyć...
- Ja IS biorę sobie Ciebie za męża i ślubuję, że nie braknie Ci śmiechu, poważnych rozmów, kłótni, że nigdy nie zabraknie Ci mojego wsparcia... Że nie opuszczę Cię aż do śmierci, że będę przy twym boku zawsze, choćby świat miał się skończyć...
To wystarczyło bym zrozumiała na co tyle czekałam. Na złączenie dusz, które w tej pięknej chwili, przy najbliższych, nastąpiło.

- I niech miłość da wam siłę, by przetrwać...Od tej pory wasza dusza tworzy jedną całość i nikt, nigdy jej nie rozłączy...
1
Share
Ostatnio czułam się zła. Zresztą wciąż się tak czuje. Jakby wszyscy byli winni tego jak jest.
Ale to nie prawda, bo winny jest tylko ten kto nabroił, a w tym wypadku ja.

Depresja Stadium I
Jest późny wieczór, a ja wchodzę do łazienki. Chce się umyć, bo bez tego zdecydowanie nie jestem w stanie zasnąć. W domu panuje cisza, która czai się w ciemnościach, ale ja w ogóle jej nie zauważam. Brnę przez śnieżycę moich myśli i zatapiam się w nich z każdą minutą coraz to bardziej. Niczego konkretnego tam nie szukam, po prostu potrzebuje pobyć sama ze sobą, a to najlepszy sposób.
Zrzucam z siebie wszystkie ubrania i zabieram się za zdejmowanie mojej ukochanej biżuterii. Za każdym razem gdy to robię wspominam. Srebrna bransoletka, która ma aż trzy znaki nieskończoności wysadzone małymi, święcącymi kryształkami. Od Martina. W niektórych miejscach wyraźnie brakuje owych kamyczków. Tak jakby ten przedmiot sprawiający, że o nim pamiętam chciał mi coś przekazać... Chciał mi powiedzieć, że nasza miłość nigdy nie będzie idealna. Będzie pełna kłótni, nerwów, sprzeczności i ciszy, ale zdecydowanie w mniejszym stopniu niż zrozumienia, namiętności i czułości. Jest nieidealna, jak my.
Druga bransoletka jest od Maddie. Jest to prosty łańcuszek, w którego centrum jest piękna śnieżynka również wysadzana małymi kamyczkami. Symbolizuje on zimę, czyli porę roku, w czasie której mam urodziny. Niedaleko śnieżynki znajduje się mała, niewyróżniająca się kropeczka. Czasem mam wrażenie, że to jestem ja. Maddie jest tą dominującą i skupiającą na sobie wzrok śnieżynką, a ja płaską kropeczką, której na pierwszy rzut oka nikt nie zauważa.
Do tego zawsze na nadgarstku mam naszyjnik z medalikiem komunijnym, który przerobiłam na bransoletkę. Nie ściągam go jednak, bo lubię go mieć przy sobie zawsze, nawet podczas kąpieli.
Wtedy napada mnie pewna myśl, a to wszystko za sprawą płaskiego, szklanego kwadratu, który leży na podłodze i kusi. Waga, albo raczej wyrocznia. To nieco śmieszne, że takie urządzenie jest często przyczyną wielu stanów depresyjnych.
- Dawno się nie ważyłam - myślę.
Wtedy do głowy wpada mi (nie) genialny plan! Zrobię to!
Jedna noga, druga... Patrze i mam wrażenie, że nie stoję sama. Rozglądam się. No nie, jestem zdecydowanie tylko ja w tej łazience. Patrze w dół doszukując się jakiejś trzeciej (nie mojej) nogi, bądź worka ziemniaków, który ktoś zostawił w łazience przez przypadek, ale nie.
Moja cała pewność siebie rozpada się. Cegła, po cegle leci w przepaść, a ja nie jestem w stanie nic z tym zrobić. Postanawiam zejść i nie patrzeć na cyferki, które śmieją się ze mnie.
Koniec fazy pierwszej.

Depresja Stadium II
Widzieliście kiedyś fokę w przebraniu człowieka?
Ja widzę codziennie w lusterku.
- No skacz IS, odważnie! - krzyczy Martin podskakując coraz wyżej na trampolinie. Delikatnie odbijam się od czarnego podłoża, ale praktycznie w ogóle się nie unoszę. Próbuję się go złapać, ale on zdaje się nie reagować na moje błagalne próby utrzymania równowagi, a wręcz nakręca się jeszcze bardziej.
- Bałwanie stój! - krzyczę patrząc na niego uważnie, by w razie gdyby się obraził zgnieść go całym moim otłuszczonym ciałem, ale nic takiego się nie dzieje. Zaczyna się śmiać i w końcu staje w miejscu. Trzymam się go kurczowo i powoli zaczynam się odpychać, a w rezultacie unosić.
- No widzisz, to nie takie trudne - oznajmia pan i władca trampoliny i znów robi swoje popisowe akrobację, a właściwie gra w grę "Kto skoczy wyżej" sam. Znów tracę równowagę, ale skaczę już odważniej.
Po dziesięciu minutach bawimy się w najlepsze, jak dwa małe przedszkolaki. On skaczę, a ja siedzę po turecku i również podskakuje. Udaje, że medytuje aż tak mocno, że zaczynam się unosić. Śmiejemy się głośno, DO CZASU.
- O ja! Masz tu dziurkę między nogami - oświadcza mój mężczyzna. O dziwo się nie śmieje.
Spoglądam w pokazane miejsce i nie mogę uwierzyć. Podarłam moje ukochane spodnie!
Koniec fazy drugiej.

Depresja Stadium III
Maj to czas matur, więc wiążę się to z tym, że pozostałe klasy mają wolne od szkoły. Ponieważ jest w III klasie technikum, egzamin dojrzałości będę pisać za rok, z czego jestem niezmiernie uszczęśliwiona. No i mówiąc prosto, mam wolne przez cały tydzień
Wolne dni zwiastują porządki. Moja szafa z ubraniami woła o pomstę do nieba, a ja skrupulatnie to ignorowałam. No, ale w grudniu skończyłam osiemnaście lat i nie mogę się już zachowywać jak małe
dziecko, więc postanowiłam zachować się jak dorosły!
Odpaliłam film, poszłam sobie zrobić herbatę, wypiłam ją, przeglądnęłam pięćset razy Facebook'a (bo przecież w ciągu 5 sekund mogło się coś zmienić), starłam kurze na komodzie, sprawdziłam osiem razy czy wszystkie książki stoją na półce równo, zjadłam kawałek szarlotki, rozpakowałam zmywarkę, umyłam ręce (bo od nic nie robienia też się brudzą), a no i jeszcze przemyłam czyste buty, tak na wszelki wypadek.
No i po tych kilku godzinach dorosłości, ubrałam zbroję i postanowiłam ruszyć na pole walki.
Wojowałam mieczem dość długo, bo nie każdy uczestnik przyjął do wiadomości, że wojna się skończyła i nie trzeba się bronić.
Z dolnymi półkami wygrałam, a wtedy przyszedł czas na górną. Ubrania letnie.
Dlaczego grubaski nie lubią lata? Bo ściągają wyszczuplającą bieliznę, obciskające (trzymające w ryzach tłuszcz) dżinsy i zauważają, że to wcale nie znikło. Najgorsze jest uczucie, gdy w połowie lata zaczynasz rozumieć, że leżąc na słońcu wcale nie wypalasz tkanki tłuszczowej.
No więc zaczęło się mierzenie - dołowanie.
- Mamo, patrz te spodnie są jeszcze dobre - krzyczę z pokoju i powoli, małymi kroczkami wtaczam się do kuchni z lekką obawą, że owe spodnie zaraz pękną z przeciążenia.
- Skarbie, lekko cię obciskają - oznajmia czule - Ale założysz je raz czy dwa i się rozciągną, bo z tego co pamiętam to są niedawno wyprane - nie żebym nie nosiła ich z półtora roku temu.
- No nie wierze! Te też są na mnie dobre! - mówię sama do siebie przeglądając się w wielkim lustrze w przedpokoju.
- A to nie te, które były na ciebie za duże ? - mama powinna kochać i wspierać, nie?
- Mia możesz sobie wziąć ten kombinezon, bo chyba za bardzo mnie obciska - mówię do siostry, czując się jak baleron otaczany sznurkiem.
- O ja! Super! Dzięki - chociaż jedna osoba jest szczęśliwa z tego powodu, że wyraźnie przytyłam.
- Myślisz, że fajnie by to wyglądało z dżinsową kurtką? - papla Mia, a ja wciskam się w kolejną parę spodenek - O matko! Zrobił ci się rów, ale z przodu! - wybucha śmiechem. Podchodzę do lustra i zaczynam rozumieć dlaczego jest taka rozbawiona.
- Ale jestem gruba! - mówię sama do siebie, nie dowierzając do końca.
- To trzeba iść na siłownie - mądrości Mii.
Koniec fazy trzeciej.

Choroba się rozwija błyskawicznie.              prawda.
Szanse na wyzdrowienie.                               brak.
Wsparcie rodziny.                                           brak.
0
Share
Walentynki. Były już jakiś czas temu, ale zdecydowanie nie miałam czasu na pisaniu o nich, a jest o czym.

Jeśli jesteś zajęty...
To piękne święto. Co prawda miłość powinno się celebrować codziennie, ale to dzień, w którym MUSIMY i chcemy musieć mieć na to czas. W ten dzień rzuca się wszystko. Spędza się go z drugą połówką na czymkolwiek. Byleby razem.

Jeśli jesteś wolny...
Zapewne nienawidzisz tego święta. Lepiej nie wychodzić z domu, bo na mieście roi się od par, które rozmnażają się jak mrówki i wychodzą znikąd. Siedzieć w domu i udawać, że ten dzień nie istnieje. Albo użalać się nad sobą i żałować, że się nikogo nie ma.
Albo się upić!

A tak serio, to dwudziestoczterogodzinna doba, która tak jak każda kolejna, co roku wypada w inny
dzień tygodnia. Nie jest obarczona żadnym ustępstwem. Jest zwykła, ale zawsze można ją uczynić wyjątkowym.
- Żebyś mnie kochał całe życie, żebyś mnie nigdy nie zostawił, żebyś był obok mnie, żebyś kochał i żebyś był tak cudowny i śmieszny już zawsze! - roześmialiśmy się równocześnie, a następnie wpadliśmy sobie w ramiona. Zacisnęłam w palcach skrawek jego koszuli. Swoją drogą była nowa. Zielona w kratę, pasowała mu. Wzięłam głęboki oddech zapamiętując każdą nutę zapachową, którą wydziela jego ciało. Odsunęłam się od niego nieznacznie i podałam mu niedużą torebkę z wielkim sercem - Teraz ty - ogłosiłam i usiadłam na skraju łóżka. Patrzyłam na niego wyczekująco, doskonale zdając sobie sprawę, że nie usłyszę nic, a nic.
- Kochaj mnie - szepnął zawstydzony, ale uroczy. Moje rozanielone serducho zaświergotało i rozbłysło czerwonawym blaskiem - Zawsze - dodał, a ja nie mogłam już wytrzymać i od razu uściskałam tego mojego wstydnisia.

"On. Ciepły, umięśniony, pachnący kąpielą i mydłem. Z mokrymi włosami i zagubionym wzrokiem błądzącym w ciemnościach. Przykryty, dostatecznie, nie całkowicie. 
Ona. Wcale nie krucha, zdecydowanie śpiąca, a wręcz spragniona snu. Włosy przemoczone do suchej nitki. Drażnią ją jak i jego. Jej skóra pachnie nim, jego mydłem, z jej charakterystyczną nutka, jego ulubioną. 
Okryta cała, od stóp do głów, bo on o to zadbał. Wierci się ciągle i wciąż, ale on nie narzeka, dostosowuje się, byle mieć ją w ramionach. Blisko serca. Leżą. On za nią. Od czasu do czasu muskając jej kark, skroń lub ramię. Otacza ją ramionami. Ciasno, ale nie przytłaczająco. 
Śpią. Ona za nim. Blisko, ciasno i gorąco. Gdy tylko wraca świadomość na krótką chwilę całuje jego rozgrzaną skórę na plecach. Kocha ich szorstkość. Razem niczym magnesy trzymające mocno to drugie w objęciach. Toną w swych ramionach i uciekają w krainę snu, bezpieczni i stali"
0
Share
Okres ferii dla większości osób jest odpoczynkiem od szkoły. Jest to też czas spania do godziny
dwunastej, jedzenia na śniadanie obiadu i leżenia całymi dniami przed telewizorem. Ja w tym roku postanowiłam w końcu ruszyć, bo mam wrażenie, że ugrzęzłam jak na razie tylko po kostki i ciężko mi się wyplątać. Strach przed zatonięciem po kolona zmusił mnie do działania. Dlatego też zostawiam za sobą czasy wylegiwania się na kanapie i oglądania kolejnych odcinków seriali, które kompletnie nic nie wnoszą do mojego życia. Wstaje, unoszę głowę i pcham swoje ciało wyzwalając je z lenistwa. Takie mam plany i mam szczerą nadzieję, że podołam, bo nie zniosę kolejnych dni uwięziona w skrzyni z przezroczystymi ścianami. Nie zniosę patrzenia na świat pełen energii, nie mogąc się ruszyć. Dzisiaj mamy już dwunasty luty, czyli minęło już 43 dni od rozpoczęcia nowego roku 2016, a ja w ogóle tego nie czuje. Zawsze moje życie było pełne zmian, pełne działania i pełne siły, takiej wewnętrznej, bo niestety zewnętrznej nie posiadam (brak mięśni stałych).
Pierwszym moim postanowieniem był powrót do pisania....

- Nie mogę, nie umiem, nie potrafię... - szeptałam siedząc przed laptopem. Już ponad godzinę ślęczałam przed otwartą stroną w Wordzie. Nie napisałam nic, ani jednego słowa - Poddaję się...
PORAŻKA JAK SIĘ PATRZY.
- Czemu już nie piszesz? - zapytał troskliwie Martin. Leżał obok mnie na niewielkim łóżku i przytulał mnie mocno ułatwiając mi wsiąkanie jego naturalnego ciepła.
- Nie umiem - prosta odpowiedź, którą tłumaczyłam sobie wszystko.
- Przecież czytałem twoje teksty, są naprawdę niesamowite. Masz talent IS - odwrócił mnie tak by móc na mnie spojrzeć. Piękne niebieskie oczy błysnęły za sprawą promieni słonecznych wpadających przed odsłonięte okno - Musisz w siebie uwierzyć - szepnął i cmoknął czubek mojego nosa.
- Tyle, że ja naprawdę już nie umiem - zbywanie go i unikanie podjęcia tematu wychodzi mi najlepiej. Bo po co w siebie uwierzyć za sprawą krótkiej rozmowy, jak można wszystko odrzucić i spakować walizki, a następnie uciec? Przecież najprościej jest powiedzieć, że się czegoś nie potrafi.

- Martin? - szepnęłam do małego mikrofonu znajdującego się przy słuchawkach.
- Tak? - sapnął zaspany.
- Przeczytałam swoje teksty, są całkiem niezłe... - przyznałam z wielkim bólem. Musiałam to zrobić, bo przynajmniej będzie dowód, że naprawdę tak pomyślałam.
- Mówiłem ci, że masz talent - powiedział nieco rozbudzonym głosem.
- Tyle, że ja uwierzyłam Kenowi, uwierzyłam, że nie umiem pisać - przyznałam się przed nim i przed samą sobą.
- Jak to? - zapytał zaskoczony i zdecydowanie już obudzony. W jego głosie słyszałam niepokój, zresztą wcale się mu nie dziwiłam. Imię "Ken" zawsze wzbudza nieprzyjemne i negatywne uczucia.
- Zawsze powtarzał, że pisanie nic mi nie da, że i tak nikt tego nie czyta, że powinnam robić inne rzeczy, powinnam się z nim więcej spotykać.
- Palant - westchnął. Nawet on nie miał słów, żeby opisać nienawiść jaką czuł do tego faceta. Nigdy nie mógł się wyrazić jak o nim mówił - No i po co ci to było głuptasku? - rozluźnienie atmosfery - Ja będę cię wspierał, już zawsze - pocieszenie i zapewnienie.
- Jesteś i będziesz moim pierwszym recenzentem, czyli twoje zdanie będzie liczyć się najbardziej - oznajmiłam poważnie.
- Kocham Cię kruszynko.
Tak oto uwierzyłam w siebie i postanowiłam założyć tego bloga. Usiadłam przed komputerem i założyłam konto google. Nie zawahałam się ani na chwilkę, bo wiedziałam, że jest ktoś kto będzie czytał moje wypociny i trzymał mnie za rękę nawet jak totalnie zawalę sprawę. Podjęłam tą decyzję, bo stwierdziłam, że to dobrze mi zrobi.
To tu, na tym blogu, chce pogodzić się z przeszłością i zacząć się cieszyć teraźniejszością!

Drugie postanowienie to zadbanie o siebie.
Nigdy nie byłam otyła, nie staczałam się ze schodów i nie potykałam o swoje pulchniutkie stopy, ale wiecznie mi coś nie pasowało (to, że piszę w czasie przeszłym nie znaczy, że teraz tak wcale nie jest). Chce w końcu zacząć prowadzić wymarzony styl życia.
Chce spacerować, bo to mnie odpręża.
Chce pić smoothie, bo kupiłam sobie do tego sprzęt!
Chce jeść co trzy godziny, bo to pomaga utrzymać mi wagę.
Chce odstawić słodycze i pozwalać sobie na nie raz w tygodniu, żeby nie zwariować.
Chce spojrzeć w lustro i zobaczyć kobietę moich marzeń.
Chce odrzucić kompleksy na bok, a właściwie kopnąć je w tyłek i wywalić z mojej głowy. Jest zbyt mała, żeby pomieścić tyle zaplątanych myśli, tyle miłosnych wyznań i tyle pomysłów oraz oczywiście wspomnianych kompleksów. Coś musiałam wykreślić.
Chce być piękna dla siebie.


Kolejna sprawa do prawo jazdy.
Tak szczerze to ten wątek jest zagmatwany i do końca niepewny, ale mam pewne żagle, które mnie utrzymują w ryzach. No, ale zacznę od początku...
Nie chciałam jeździć. Dobrze mi było na miejscu pasażera, który ma gdzieś znaki, światła i inne samochody, a jedynym jego zadaniem było prowadzenie długich monologów przerywanych krótkimi wypowiedziami kierowcy. Dobrze mi było w autobusach, które często przepełnione, nie dowoziły mnie do samego celu. Dobrze mi było z myślą, że jak stuknie mi 18-nastka (czyli za kilkadziesiąt lat) zrobię sobie prawo jazdy. Niestety czas jest okrutny i leci do przodu bez opamiętania, więc gdy kolejny raz chciałam powiedzieć tą samą kwestię okazało się, że jest nie aktualna.
Po pierwsze miałam osiemnaście lat.
Po drugie zaczął się nowy rok.
Skończyły mi się wymówki no i uznałam, że muszę iść.
Poszłam wraz z Monicą, która swoją drogą wydawała się tylko podekscytowana, i zapisałam się na ten przeklęty kurs. Co gorsza miał się zacząć tego samego dnia, więc nie miałam czasu na rozmyślenie się. Byłam przerażona, autentycznie. Na myśl, że mam usiąść za kierownicą, nauczyć się znaków, ogarnąć który pedał do czego służy i ruszyć, moja głowa eksplodowała i wysyłała do zmęczonego ciała kolejne partię strachu. W ogóle mam wrażenie, że moja głowa woli jak się boję i okazuje się, że jest okej, niż jak idę na pewniaka, a jest beznadziejnie. No, ale wracając... Jak już byłam centymetr od zawału to zrozumiałam, że na razie to tylko szkolenia teoretyczne, więc odpuściłam sobie te strachu na lachy i postanowiłam się zrelaksować.
Schody zaczęły się w momencie, gdy miałam profil PKK i poszłam zapisać się na pierwsze jazy, w praktyce przypomnę.
Dwa dni wcześniej już rozpaczałam.
Jak ja wsiądę do samochodu? Przez drzwi - drwiła podświadomość.
Jak ja ruszę? Jak każdy inny człowiek na tej planecie.
A jak kogoś zabiję? To pójdziesz do więzienia, albo dostaniesz zawiasy.
A jak kompletnie mi to nie będzie szło? To rzucisz to w cholerę i kupisz sobie sportowe buty.

Szalałam jak wariatka, a Martin już ustalał termin wysłania mnie do szpitala psychiatrycznego. Mama planowała dosypanie mi do herbaty proszków na uspokojenie, a podekscytowana Monica z pewnością miała mnie dość.
Ostatecznie wsiadłam i ruszyłam, jak czołg. Powoli, ciężko i bojowo.
Szło mi nieźle, jak jechałam do przodu i nie musiałam zbytnio zakręcać. 
Ogarnęłam sprzęgło, przy 10 godzinie, bo wcześniej samochód mi ciągle gasł na światłach. Zmieniałam biegi, jak instruktor kazał. 
Zaczęłam odróżniać strony, kłamię, wciąż tego nie potrafię.
Nie spowodowałam wypadku, ale były próby.
W nic nie wjechałam, tylko zjechałam na boczny pas i gdyby nie szybki refleks - strach - wjechałabym w karetkę. 
Nauczyłam się korzystać z kierownicy, jak zrozumiałam, że nie jestem rajdowcem i wcale nie potrzebuje gazu na zakrętach. 
Uśmiechnęłam się i przestałam się bać, to chyba nie nastąpi.

Jutro kolejne dwie godzinki za kółkiem, już z samego rana. Ludzie strzeżcie się!
0
Share
Nie uważam, żeby kolor różowy świadczył o tym, że ktoś jest głupi. Absolutnie tak nie jest!
Fajnie jest być mądrą dziewczyną, skromną i szanującą się, ale przy okazji pisać różowym piórem, mieć różową obudowę na telefon, a na niej różowy kubek z kawą. Mieć w pokoju jedną różową ścianę i do kompletu podstawkę pod laptopa. Piszczeć na widok czegoś różowego, kupić coś tylko i wyłącznie dlatego, że jest różowe. Malować paznokcie na różowo, usta przykryć takim odcieniem różu, który wszyscy będą uważać za przesadzony. Fajnie jest się czasem ubrać na różowo, założyć różowe majtki i paradować tylko w nich po szatni w szkole.
Posiadanie czegoś różowego bądź chęć kupowania rzeczy w takim babskim kolorze, wcale nie świadczy o ilorazie inteligencji. Wręcz przeciwnie! Jest to tylko znak, że mamy klasę, wyczucie stylu i własny rozum, który podpowiada nam, że ten kolor jest jedyny w swoim rodzaju. 
Ken zdawał się myśleć inaczej. Na każdym kroku, nawet się do mnie nie odzywając, okazuje, że uważa mnie za idiotkę. Zresztą ja nie szczędzę nienawiści skierowanej w jego stronę. Staram się nią, dyskretnie, uderzać w jego osobę, pod nosem. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu. Odpręża mnie to dość konkretnie.
Za złe decyzje trzeba płacić, zazwyczaj słono choć w moim wypadku zapłata jest gorzka. Gorycz spływa mi powoli przełykiem i drażni każdy jego odcinek. Musiałam to znosić, świadomie. Dopiero teraz zrozumiałam, że moja zapłata nie była konieczna, że była zbędna. To Ken kazał mi płacić za JEGO błędy, a ja się pokornie zgodziłam, zresztą zgadzam się do dnia dzisiejszego. Samo to, że patrze na to, co on o mnie opowiada ze spokojem. Klasa mnie nie lubi, bo on tak chce, a ja kompletnie nie protestuje. Mogłabym z nim porozmawiać i spróbować poprosić, albo wymusić, żeby przestał opowiadać o mnie, ale... zawsze jest jakieś "ale" - ponoć słabi ludzie tak mają... Boję się. To strach mnie hamuje i zakleja usta gęstym klejem nie pozwalając mi nawet mruknąć. Jest niebezpieczny, jak wąż i przebiegły jak pantera, a jego słowa są nieśmiertelne i niepodważalne. Dlatego postanowiłam przestać błagać o ich szacunek i pokazać im, że mam te wszystkie obelgi głęboko w nosie, a mój rozum z każdym dniem wyrzuca te słowa z większą pogardą. Frajer zawsze będzie frajerem, więc po co się nim przejmować?

"Siedzę koło niego. Rozmawiamy jakby nigdy się nic nie stało. Zachowujemy się jak żołnierze, którzy  są z dwóch państw, konkurujących o dany teren, ale po za polem walki siedzą sobie spokojnie i wspólnie piją kawę oglądając stare zdjęcia. 
- Wiesz z tym co mówiłaś o Caro i Claudi to zdecydowanie przegięłaś - oznajmił nagle rechocząc niczym żaba. Czy ja jestem pewna, że w tym facecie zakochałam się dwa lata temu?
- Ale przecież ja nic nigdy o nich nie mówiłam - o co tu chodzi?
- Nie ważne co wyleciało z twoich ust, ważne są informację, które trafiły do ich uszu - kolejna fala śmiechu, która aż boleśnie rozrywała mi bębenki uszne. 
- O czym ty mówisz Ken do cholery?!
- Wszyscy już wiedzą jaka z ciebie dziwka - nienawiść, która dudniła w jego tonie głosu i była widoczna w jego oczach zaatakowała mój wystraszony rozsądek.
Wyciągnął dłoń, a w niej widniał telefon. Rozmowy, wszystkie z moimi znajomymi... "

- IS musisz już wstać, bo spóźnisz się do szkoły - głos mamy wybudził mój, rozkoszujący się
odpoczynkiem mózg, docierając do mnie jak przez szklaną ścianę. Przewróciłam się na bok i spojrzałam na jej uśmiechnięta twarz. Mój okrąglutki krasnoludek...
- Już wstaje - odpowiedziałam. Gdy tylko usiadłam przypomniałam sobie wizję, którą podrzucił mój a zmęczona ciągłymi myślami głowa. Przerażenie ogarnęło moje ciało, bo zrozumiałam, że być może jestem jasnowidzem, że to być może nie był sen tylko wizja teraźniejszości, która wyraźnie i stanowczo wyryła w mojej psychice tak głęboką ranę, że nawet plaster nie był w stanie pomóc. Potrzebowałam grubej igły i nici, które prawdopodobnie siedziały teraz w autobusie w zmierzały w moją stronę...
Sięgnęłam po telefon i wybrałam zaufany kontakt.
- Martin... Miałam najrealniejszy koszmar w moim życiu...

Dobrze jest mieć przy sobie kogoś kto kocha bezgranicznie. 
Kogoś kto odbierze o 3 w nocy i wysłucha okropnego snu o pająkach, które próbują cię zjeść. 
Kogoś kto włączy film i zaśnie na nim razem z tobą. 
Kogoś kto wierzy w ciebie o wiele bardziej niż w samego siebie.
kogoś kto nigdy nie będzie cię pouczał, choć mógłby. 
Kogoś kto zawsze cię przytuli jak jesteś zła jak osa, a cały świat to porażka. 
Kogoś kto głaska obolały brzuch i robi herbatkę na zawołanie. 
Kogoś kto budzi się w nocy żeby szczelnie okryć twoje zmarznięte ciało, a następnie przytula delikatnie. 
Kogoś kto otwiera w nocy oczy i musi cię pocałować, bo uważa, że słodko śpisz. 
Kogoś kto w stu procentach rozumie twoje żarty i uważa, że są najlepsze na świecie! 
Kogoś kto wyłazi na jakąś górę, żeby złapać kreskę zasięgu by zadzwonić i zapytać jak tam pierwsza jazda, a następnie stoi i marznie dzielnie słuchając.
Kogoś kto nigdy nie odpuści i zawsze będzie obok, bo chce. 
Dziękuję, że jesteś. 

PS. Słodko oddychasz jak śpisz!
0
Share
Każdy kolejny rok zaczynam nieco inaczej. Pamiętam, że dwa lata temu o północy siedziałam na balkonie z kubkiem owocowej herbaty, w samych spodenkach i oglądałam sztuczne ognie płacząc jak ostatnia idiotka. Czemu zalewałam się łzami ? Nie mam zielonego pojęcia. Może po prostu przez to, że byłam samotna. To był pierwszy mój Sylwester jak miałam chłopaka. Niestety nie pofatygował się, żeby do mnie przyjechać, więc zwyczajnie zadzwonił i złożył jakieś tam życzenia, których już nie pamiętam, bo najwidoczniej nie wniosły nic nowego do mojego życia. W tamtym roku wyglądało to zupełnie inaczej. Zrezygnowałam z samotności na rzecz przyjaźni i podczas nieobecności moich rodziców w moich skromnych progach zawitała Maddie. To był wesoły wieczór i dość niespotykany. Dzień wcześniej Matt zakupił nam ćwiartkę wódki, a to były te czasy, w których myślałam, że kieliszek żrącego trunku mnie powali. Niestety tak właśnie było, zresztą teraz nie jest lepiej. No, więc zaraz po wyjściu mojej rodzinki, rozścieliłyśmy sobie łóżko w salonie i poukładałyśmy na nim wszystkie poduszki, które posiadam. Ogólnie wyglądało to jak barłóg królewski. Miałyśmy takie plany na ten wieczór! Ściągnęłyśmy trzy filmy do oglądnięcia, nakupiłyśmy tonę jedzenia i picia, a koniec końców wszystko szlag trafiło. Siedziałyśmy na ziemi, w pełni pomalowane i ubrane, piłyśmy alkohol (tak naprawdę tylko Maddie piła, bo ja sączyłam jednego drinka i popijałam go sokiem) oraz robiłyśmy sobie zdjęcia. Wyglądało to tak jakbyśmy były na jakiejś super imprezie w doborowym towarzystwie. W rzeczywistości oglądałyśmy Sylwester z Polsatem.
Jak byłyśmy już lekko wstawione, przypominam, że to była ćwiartka, poszłyśmy ogolić sobie nogi. Nie ściemniam, mówię serio. Stwierdziłyśmy, że w ten nowy rok trzeba mieć gładkie łydki. Umyłyśmy też wspólnie głowę, bo fryzura jest najważniejsza! Później żaliłyśmy się sobie nawzajem odnoście kompleksów. Pamiętam, że miałam krótkie spodenki i siadałam w nich na toalecie, żeby jej pokazać jak rozlewają się moje uda, na co ona zrobiła dokładnie tak samo. Rezultat, obie byłyśmy pijane.
Fajerwerki oglądałyśmy za zamkniętym oknem, rozmawiając przez telefon z jakimś jej kolegą, a ja czekałam na jakąś wiadomość od Kena, ale jak łatwo się domyślić, nie nadeszła. Zła i wściekła kładąc się do królewskiego barłogu, by dokończyć zaczęty film, napisałam do niego wiadomość. Zwykłą, bez emocji, bo przecież była wściekła. Odpisał po godzinie.
Na następny dzień zostawiłam go i zdarłam z żalu tapetę w pomarańczową cegłę. Później do niego wróciłam, znów go zostawiłam, znów do niego wróciłam, znów go zostawiłam, a resztę już znacie.

W tym roku było zupełnie inaczej…

Dlaczego nigdy nie wiemy kiedy ma się wydarzyć TEN moment? Może wtedy moglibyśmy się na niego przygotować.Zrobić makijaż, oczywiście perfekcyjny i drogi.
Kupić sukienkę, koniecznie czerwoną i z dekoltem aż do pępka.
Nie jeść tydzień przed, żeby wyglądać szczupło.
Ale pić dużo wody, żeby wyglądać w miarę zdrowo.
Ćwiczyć uśmiech przed lustrem i codziennie przed snem myć dwa razy zęby pastą silnie wybielającą, by rano sprawdzać ich odcień ze specjalnym wyznacznikiem umieszczonym na pudełku owej pasty.
Pójść na depilację woskiem, by ciało było gładkie jak jedwabne prześcieradło.
Zrobić paznokcie, nie za długie ani nie za krótkie i zdecydowanie czerwone – pod kolor sukienki.
No i na końcu, ubrać najwyższe szpilki, które wysmuklą nogi i całą sylwetkę, a także dodadzą nam pikanterii, co wiąże się z tym, że odbiorą rozum wszystkim mijanym nam facetom.
Fajnie by było się przygotować na TEN moment, nie? Na moment, w którym mamy się zakochać. Tylko wiecie co? Najfajniej jest jak ktoś zakochuje się w nas, gdy siedzimy koło niego w dresach, kac-koku i bez makijażu, a dodatkowo powtarza nam wciąż, że wyglądamy oszałamiająco.

Wyjazd do Niemiec miał być przełomem. Miał otworzyć mi drzwi do wszystkich pracowni graficznych na całym świecie, miał pomóc mi z angielskim i odciąć pępowinę. Nastawiałam się na dorosłość i w pewnym sensie ją dostałam, ale w oszałamiającej dawce. To tak jakbym przedawkowała jakiś narkotyk i dwa miesiące po powrocie nie mogła się od niego uwolnić. Tak jakby śmiertelna substancja krążyła w moich żyłach i nie dawała zapomnieć o swoim istnieniu. Zdecydowanie byłam i nadal jestem na najlepszym haju jaki mogłabym sobie kiedykolwiek wyśnić.
- Ubieraj się ciepło, jedz zdrowo, nie kładź się zbyt późno i absolutnie się nie przemęczaj! – wymieniała mama, ale po jej minie widziałam, że prędko nie skończy. Przewróciłam oczami, gdy odwróciła wzrok od mojej twarzy, by gdzieś w przestrzeni za mną znaleźć spokojną przystań i przypomnieć sobie, co jeszcze powinna mi powiedzieć.
- Tak wiem, nie oddychaj i nie zasypiaj, bo cię okradną – sarkazm to jedyna broń, którą stosowałam w takich sytuacjach.
- Ty jak zawsze sobie żartujesz, a to bardzo poważna sprawa – kazania ciąg dalszy – Musisz na siebie uważać, bo nikt tam nie będzie ci robił herbaty ani przynosił tabletek jak się pochorujesz – dosłownie widziałam jak żarówka zaświeciła się nad jej głową oślepiając wszystkich zgromadzonych – A propo lekarstw… Wszystkie masz upchnięte po bokach, więc uważaj jak będziesz wyciągać ubrania, żebyś nie wylała kropli żołądkowych, bo nie dopierzesz ubrań…. Nie wiadomo jakie tam oni mają proszki, zresztą ty się na tym nie znasz i jeszcze mogłabym sobie zniszczyć jakąś ulubioną koszulkę i byłby płacz… Koszulkę w kropki dopakowałam Ci przed wyjściem w tylną kieszeń, nie zapomnij jej wyjąć zaraz po przyjeździe….
- Mamo ja chyba już powinnam iść, bo widzisz wszyscy już siedzą w autokarze i na mnie czekają – przerwałam jej brutalnie i wskazałam palcem na znajomych pukających w szybę i uśmiechających się idiotycznie – Trzymacie się i dbajcie o siebie – szepnęłam i wtuliłam się w jej okrągłą postać. Zawsze była tak przyjemnie ciepła… A jej oplatające mnie ramiona dawały mi tyle bezpieczeństwa – Będę dzwonić codziennie… - cmoknęłam ją w policzek i zanim zdążyła odtworzyć usta pognałam do wejścia. Nie oglądając się za siebie wbiegłam po małych stopniach. Będę tęsknić… dodałam w myślach, wiedząc, że tak właśnie będzie.
Rodzina znaczy dla mnie wiele, nawet czasem wydaje mi się, że zbyt wiele. Kłótnie i ogólne niezgody zawsze utwierdzały mnie w tym, że się nie dogadujemy, ale ostatnio coś się zmieniło. Czarne chmury zniknęły za horyzontem, a na ich miejsce wskoczyło uśmiechnięte słońce. Może to ten wiek zmusił ich do zaufania mi, a mnie do chociaż minimalnego słuchania ich. Nie raz się przekonałam, że mają większe doświadczenie niż ja i być może czasem mają rację.
- Ostatnie wskazówki – skwitowałam opadając na niewygodny fotel. Starałam się nie myśleć o tym, że prawdopodobnie będę musiała spędzić w nim cały dzień i jeszcze całą noc. Od razu zaczęłam szarpać się z zamkiem, by pozbyć się rozpalającego płaszcza. Pod spodem miałam koszulkę z krótkim rękawkiem, bo ubrałam się na tak zwaną cebulkę. Odwróciłam się w stronę okna i spojrzałam na moją mamę. Los chciał, że ona również popatrzyła na mnie i wybałuszyła oczy. Zaczęła robić jakieś dziwne gesty, a ja pokazywałam jej, że nie mam pojęcia o co chodzi.
- Chyba chce, żebyś coś założyła – szepną Martin, który siedział obok mnie, najbliżej okna. Przyglądnęłam się jej dokładniej. Faktycznie mogło jej o to chodzić. Zanurkowałam pod fotel i wyjęłam z torby podręcznej niebieski sweter. Gdy tylko nasunęłam go na moje ciało, mama jakby się uspokoiła i przestała „tańczyć” na środku chodnika – Ach te matki…

Tak właśnie zaczęła się moja miłość. Wyskoczyła zza krzaków, a właściwie skradała się powoli i przebiegle, by w końcu nas wyskoczyć nie wiadomo skąd i wystraszyć nas niemiłosiernie byśmy wpadli sobie w ramiona przerażeni. 
Martin od dwóch lat był moim przyjacielem. Śmiałam go tak nazywać pomimo tego, że wiele nazwałoby go zwykłym kolegą od kawy. Czułam z nim jakąś więź, zawsze i bez przerwy, ale żadne z nas nie wiedziało, że worek naszej znajomości jest tak głęboki. 

"- Martin śpię dzisiaj z tobą - oznajmiłam pewnie, ziewając przeciągle. Wracaliśmy z pracy, czekało nas wielkie gotowanie, a ja się czułam jak trawa przeżuta przez krowę i wypluta z powrotem na ziemię. Od kilku dni nie spałam, prawie w ogóle. Tylko przy nim sen jakby sam przychodził i zatapiał we mnie pazury, budując na około mnie idealną tarczę ochronną. 
- Jasne, pewnie - odpowiadał wciąż się śmiejąc, jak to Martin"

- Cieszyłeś się jak pytałam czy mogę z tobą spać? - zapytałam leżąc obok niego, na dość wąskim łóżku. Wtulałam się w jego wielkie ramię i wdychałam jego kojący zapach.
- Jasne, że się cieszyłem! - odpowiedział głośno i donośnie - Tego się nie da opisać, właściwie to chyba ja nie umiem tego opisać, ale po prostu poczułem taki... nie wiem jak to nazwać - pomieszanie z poplątaniem, czyli kwintesencja Martina.
- Ciężko się z tobą gada o takich rzeczach, wiesz?
- Wiem - krótko zwięźle i na temat. Buziak w czółko - I love you - buziak w usta.

„- Chcesz jeszcze ze mną być? – zapytał Ken zdenerwowany, zapewne siedząc na korytarzu w internacie. To my w ogóle jesteśmy razem? Czy jesteśmy razem jak ci pasuje w danej sytuacji?
- NIE! – zdecydowanie i stanowczość to cechy, których nie posiadałam aż do dnia, w którym zrozumiałam, że Ken jest królem Frajerolandu.
- W takim razie miłych praktyk – dźwięk zakończenia rozmowy wciąż rozchodził się w moich uszach. Nie bolał, był przyjemny.
Zrobiłam to! Zebrałam w sobie ostatki godności i rzuciłam go niczym schodzony, dziurawy sweter, którego nigdy już nie założę. Bez żalu, bez bólu i bez współczucia.
Wróciłam do pokoju pełnego moich znajomych, aż czworo, i zanurkowałam pod kołdrę zaraz obok Martina. Wtuliłam się w jego ramię i próbowałam się skupić a filmie, który widziałam, dosłownie, setny raz. Nie szepnęłam ani słowa o rozmowie, która miała miejsce kilka sekund temu. Położyłam rękę na jego klacie i skupiłam się na tym jak rytmicznie się unosi z każdym jego wdechem. Poczułam nagle jego ciepłą dłoń na mojej. Złapał ją delikatnie i ścisną nieznacznie, jakby ten gest miał oznaczać jego wsparcie. Wiedział. To tak jakby wyczuł promieniującą ze mnie ulgę, ale i niepokój i chciał mnie podnieść na duchu. Siła do ogłoszenia wesołej nowiny zgromadzonym zapanowała nam moim ciałem.
- Zostawiłam Kena – oznajmiłam średnio świadoma tego, że to zdanie wypowiedziałam na głos.
Dłoń zacisnęła się znów na mojej, ale już nie znikła, została na niej do końca filmu”

- Dlaczego złapałeś mnie wtedy za rękę? 
- Nie wiem, poczułem, że mogę i że chce.
- Ale przecież ja wcześniej też się do ciebie przytulałam, więc co się zmieniło tamtego wieczoru? 
- Widziałem na twojej twarzy ulgę, ale i smutek. Pomyślałem, że w ten sposób ci pomogę... Po za tym przytulałaś się łapczywie, jakbyś potrzebowała wsparcia. 
- Potrzebowałam ciebie, tak mi się teraz wydaje. 
- Dlatego ja przybyłem z pomocą i ciepłą dłonią. 

"- Musisz mnie pilnować, ja jestem pijana Martin - szepcze mu wprost do ucha. Każde słowo jest wyraźne i zdecydowanie mówię je dużo wolniej niż mi się wydaje, poniekąd robię częste przerwy na chichotanie się jak idiotka.
- Dobrze, spokojnie - odpowiada śmiejąc się ze mnie w duchu. Zresztą nie tylko on, wszyscy mają ze mnie ubaw, ale mi to w żadnym stopniu nie przeszkadza.
- Martin, bo mi się chce tak spać! - powiedziałam dość cicho - Ale teraz nadchodzi ważna godzina... - tajemniczość po pijaku, wcale nie jest tajemnicza - Secret time! - wykrzyknęłam i od razu zanurkowałam pod kołdrę. Nie musiałam długo czekać, bo głowa mojego kompana zaraz znalazła się obok mojej. Tak naprawdę prawie w ogóle go nie widziałam, ale słyszałam jego równy oddech - Zawsze śpię bez bielizny - powiedziałam szybko i bez zastanowienia - Teraz Ty!
- Ale ja nie mam żadnych sekretów - stwierdził. 
- To coś wymyśl, bo tak wypada.
- W domu chodzę w samych majtkach. 
- Głupi sekret" 

- Mogłem powiedzieć, że cię kocham.
- A kochałeś mnie już wtedy?
- Kochać może nie, ale byłaś ważna, nawet bardzo.
- To dlaczego na dobranoc jedynie poklepałeś mnie po ramieniu?
- Bo jestem debilem.

"Leżał tuż obok, a jego twarz była niemożliwie blisko. Zdążyłam już wytrzeźwieć i zaczęłam myśleć 
racjonalnie, co nie znaczy, że ten brak bariery ochronnej jakoś mi przeszkadzał. Wręcz przeciwnie. 
- Martin idziesz? - zapytał Dom wychodząc z pokoju.
- Nie! On zostaje! - odsunęłam się od niego na krótką sekundę, żeby tylko móc to powiedzieć.
- Poczekam aż zaśnie i przyjdę - oznajmił spokojnie mój oprawca. Westchnęłam i przewróciłam oczami. Nigdzie cię nie puszczę... 
Wróciliśmy do poprzedniej pozycji, ale tym razem zrobiło się dużo intymniej, bo zgasły światła. Czułam jego oddech na swoich ustach, ale zdecydowanie chciałam poczuć coś zupełnie innego. Nie patrzyłam na niego, miałam zaciśnięte powieki, które opadły w oczekiwaniu na ten wielki krok, który niestety nie nadchodził. Zderzyliśmy się wargami delikatnie, ale prawdopodobnie z przerażenia odsunęły się od siebie natychmiastowo. Modliłam się o to by mnie pocałował, ale on zdawał się nie słyszeć tego niemego błagania. Byłam tak zestresowana, że moje ciało spięło się i czekało na moment, w którym w końcu będzie mogło się rozluźnić. Czułam się jak drewniana, sztywna belka, której nikt nie chce dotknąć, bo ma wiele drzazg. 
No już! Zrób to! 
Zbliżyliśmy się i w momencie, w którym wzięłam wdech poczułam tą upragnioną miękkość, która atakowała moje usta. Poczułam wargi, które musnęły moje nieznacznie i szybko się wycofały czekając na mój ruch, Reakcja była natychmiastowa. Sprawiłam, żeby nasze usta ponownie się ze tchnęły i rzuciły się w wir namiętności, która od pierwszej chwili nas otaczała. 
Kocham Cię... "

- Na co ty tyle czekałeś?
- Bałem się, że mnie odtrącisz.
- Przecież sama do ciebie lgnęłam, non stop!
- Ale ja i tak się obawiałem. Zresztą chyba zbudowałem niezłą atmosferę...
- Kocham cię.
- Ja ciebie też kocham słoneczko.
1
Share
Czasem jak czuje się bezsilna, jak moje serce bije wolniej jakby chciało się zatrzymać i odpocząć, jak moje ciało opada z sił i nie chce się regenerować, jak oczy mnie niemiłosiernie pieką obwieszczając noc pełna łez, chce by był obok. Chce w środku nocy wstać z łóżka wyjść na dach i szukać go między gwiazdami. Chce usiąść obok niego na puchatej chmurze i powiedzieć jedynie "pięknie co?" wpatrując się w odległy widok ziemi. Chce by uśmiechnął się szczerze i przygarną mnie do siebie. Chce poczuć jego wsparcie namacalnie. Ale właśnie wtedy zdaje sobie sprawę. że to że go nie widzę jest lepsze. Jest przy mnie zawsze nawet jak na to nie zasługuje. Wspiera mnie nawet wtedy kiedy nie zdaje sobie z tego sprawy. Walczy o moje życie rozplątując problemy, które sama sobie stworzyłam. Kocha mnie, pomimo tego że często go nie słucham. A ja kocham jego, pomimo tego że go nie widzę.

Rzadko kiedy wszystko jest tak jak się tego spodziewałam. Ale dzisiaj w ten emocjonujący dzień jest dokładnie tak jak się tego obawiałam. Boję się jeszcze bardziej niż przypuszczałam. Strach zapanował nad powiekami i szantażem zmusza je do pozostania otwartymi. Stres rytmicznie wstrząsa moim ciałem nie pozwalając mi się uspokoić. Natomiast podświadomość dręczy mnie okropnymi obrazami porażki. Czuje się przegrana, a nawet nie zaczęłam walczyć.
To już jutro ma być ten dzień, który straszyli mnie przez ostatnie dwa lata. Egzamin zawodowy teoretyczny. Wydaje mi się, że tylko ja czuje się jak przerażone dziecko zamknięte w klatce, bo moja klasa rzadko kiedy czymś się przejmuje. Dużo się uczyłam przez cały rok, więc szansa, że nie zdam jest nikła, ale jednak jest. Wciąż widzę to jak moi znajomi tańczą ze szczęścia, że zdali, a ja siedzę na krześle i płaczę. Czuje się gorsza pomimo tego, że jako nieliczna mam czwórkę z kluczowego przedmiotu. Wiem, że umiem, ale wiem też, że ostatni test próbny nie poszedł mi najlepiej. Ile jest we mnie wiedzy, a ile farta?
Czy ja zawsze muszę się tak wszystkim zadręczać? Może to już stało się moją cechą. Pod wpływem ciepła wtopiło się we mnie i teraz stało się nieodłączną częścią mnie. Kiedyś taka nie byłam. Przed wszelkimi testami czułam się doskonale. Może to dlatego, że miałam nieco inne podejście. Oceny się dla mnie nie liczyły, a tak szczerze to miałam je gdzieś. Dopiero z przyjściem do technikum wiele się we mnie zmieniło. Zauważyłam, że potrafię być z czegoś dobra i wcale nie jestem głupia, jak to mi się wydawało przez całe gimnazjum. Zbudowałam w sobie jakąś odmianę pewności siebie i zaczęłam przeć do przodu. I tak właśnie zdobyłam pasek, nie na tyłku tylko na świadectwie. Udało mi się podbić kolejny nieznany mi ląd.
Nie pomagała mi nawet muzyka, a przecież to ona zawsze mnie uspokajała i budowała we mnie bariery obronne nie do przekroczenia. Tym razem było zupełnie inaczej. Powoli opadałam na dno przygnieciona kompleksami i ciężarem strachu. Nie mogłam złapać oddechu, dusiłam się czując jak przerażenie pęcznieje w moim przełyku.
Przekręcałam się z boku na bok, ale do niczego mnie to nie doprowadziło.
Stukałam palcami o ścianę, ale ona mi wcale nie odstukała.
Wymyślałam niestworzone historyjki, które w dzieciństwie broniły mnie przed ciemnością i to właśnie był klucz do spokoju...



Czasem mam wrażenie, że moje życie to kostka Rubika. Idealnie poukładane kolory w odpowiednich grupach, tworzą harmonijną całość, którą ciężko osiągnąć. Nawet gdy uda mi się ułożyć jeden rządek danego koloru, w końcu się potykam. Podejmuje złą decyzję, robię zły ruch i cala praca idzie na marne. W jednej chwili plany runą jak domek z kart, powoli aczkolwiek delikatnie i co najważniejsze nieodwracalnie, a ja nie mogę nic zrobić. W takiej sytuacji zazwyczaj wzruszam ramionami i przełykam łzy. Porażka boli za każdym razem, nawet jakbyśmy zablokowali w sobie emocje i zamurowali się siłą, to w momencie w którym coś nie wychodzi cegły zaczynają drzeć a następnie spadają jedna za drugą.

Zaczął się czerwiec, a wraz z nim odwiedziło nas słoneczko. Po wyjątkowo ciepłej ziemie i deszczowym maju wszystko wracało do normy. W powietrzu unosił się zapach wolności i nadchodzących wakacji. Czuć go było dość wyraźnie i intensywnie. Na dworze powiewał delikatny wiatr i wdzierał się do mojego pokoju przez rozszczelione okno drażniąc mój nos. Nozdrza zakodowały woń koszonej trawy, więc automatycznie zażądały głębokiego wdechu. Zaspany organizm uległ bez zastanowienia. Tak oto przyjemnie obudziłam się w poniedziałkowy ranek, dzień egzaminu zawodowego teoretycznego. Gdy tylko otworzyłam oczy i zobaczyłam promienie słoneczne, wpadające przez szpary w żaluzjach, które padały na białą ścianę tworząc coś na wzór groźnych pazurów, moje usta rozciągnęły się w bezwładnym uśmiechu. Przekręciłam się na prawy bok i rozpoczęłam poszukiwania mojego wiecznie zaginionego telefonu. Spojrzałam na rozświetlony ekran i przyglądnęłam się dokładniej białym kreseczką poukładanym w konkretne kształty. Spróbowałam się skupić, ale jak wiadomo poranki są zawsze ciężkie. Gdy już zakodowałam, która jest godzina rzuciłam telefonem w poduszkę i odwróciłam się na lewy bok wzdychając ciężko. Zamknęłam oczy I w tej właśnie chwili zdałam sobie sprawę, że totalnie zaspałam. Od razu podskoczyłam i zerwałam się z cieplutkiego legowiska. Po drodze kołdra zaplątała mi się między nogami, a że mam palety zamiast normalnego stelaża pod materac śpię dość wysoko, przy chęci zeskoczenia ukochany materiał grzejący pociągnął mnie w stronę przeciwną co skończyło się głośną wywrotką. Do pokoju wpadła zaniepokojona mama, ale nawet nie pytała co się stało tylko od razu wybuchnęła głośnym śmiechem. Powoli podeszła w moją stronę i pomogła mi się zdrapać z podłogi, wciąż zachodząc się śmiechem. Westchnęłam głośno i nieco obolała pociągnęłam swoje zwłoki w stronę toalety, jak co rano.
- Widzę, że nic sobie nie złamałaś ciapo - obwieściła moja troskliwa rodzicielka.
- Ha ha ha - sarkazm w moim głosie dało się wyczuć na kilometr.
- Co ja z tobą mam... - dodała z udawaną rezygnacją, ale wciąż z uśmiechem na ustach, opierając się o framugę drzwi do mojego pokoju. Zawsze jak załatwiam swoje potrzeby fizjologiczne rano to nie zamykam drzwi, w razie jakbym zasnęła, więc widziałam ją doskonale.
- Twoje geny, to teraz musisz się użerać z taką łamagą - powiedziałam wystawiając jej język.
- Płatki czy buła? - zadała podstawowe pytanie.
- Zaspałam.
- Czyli buła - domyśliła się. Może te geny nie są takie złe...

Prawdziwy stres, który czułam wieczorem, dopadł mnie dopiero w autobusie jak dojeżdżałam do szkoły. Oddech znacznie przyspieszył, a temperatura mojego ciała zdecydowanie wzrosła. Byłam totalnie p r z e r a ż o n a i nikt ani nic nie było mi w stanie pomóc... Wariowałam już powoli, ale według większości bliskich nie miałam powodu. Wzięłam trzy głębokie wdechy i wysiadłam na odpowiednim przystanku. Poprawiłam swoją koronkową sukienkę w kolorze ecriu, w której czułam się najpewniej, i od razu popędziłam w stronę szkoły. Po drodze spotkałam kolegę z klasy, który tak na prawdę często był moim przeciwnikiem w potyczkach słownych, O dziwo gdy tylko mnie zobaczył zdjął słuchawki i przywitał mnie sympatycznie.
- Jak tam? Zestresowana ? - zapytał przyjaźnie, a ja delikatnie się uśmiechnęłam zdziwiona. Popatrzyłam na niego i uważnie mu się przyjrzałam, jak robakowi pod mikroskopem.

Biała koszula - przeprasowana.
Dżinsy, szerokie i pogrubiające - te co zawsze.
Kurtka - standardowo skórzana.
Buty - zwykłe tenisówki.


Wyglądał normalnie, aczkolwiek zachowywał się inaczej, totalnie inaczej.
- Yyyy... No trochę tak, wiesz jak to jest... - wychrypiałam niepewnie, przestając mu się tak przyglądać. Odchrząknął i wsadził do ust końcówkę swojego e-papierosa, z którym nie rozstawał się ani na moment.
- Easy - powiedział pewnie. Wrócił stary, zadufany w sobie, palantowaty Pat.
Chłopak tak naprawdę o wielu twarzach. Przy kolegach straszny cwaniak, który gardzi ludźmi jak śmieciami, a w rozmowach jeden na jeden niezwykle przemiły. Zdolny, ale leniwy. Zna angielski perfekt i chwali się tym na każdym kroku. Rzadko kiedy uśmiechnięty. Słuchający dudniącej muzyki i chodzący w zdecydowanie za dużych, o kilka rozmiarów, spodniach.
Pamiętam, że jak jechaliśmy na wycieczkę dwudniową jako jedyny nie miał żadnego bagażu, bo zmieścił się w małym plecaku. Oczywiście gdy tylko usną chłopcy zabrali mu pakunek i zrobili mu tak zwanego "kebaba", czyli zwyczajnie odwrócili go na drugą stronę. Nieźle się wkurzył, ale skończyło się na tym, że pofukał pod nosem i dał sobie spokój.
Niezmiernie miły po alkoholu. O tak to zdecydowanie jego najlepsza cecha! Po tym co działo się na wycieczce postanowiliśmy go upijać częściej. Zwykle niemiły Pat zmienił się w kochanego, pomocnego anioła, który miłuje wszystkich. Dokładnie pamiętam, a to duży cud, bo nieco przesadziłam z wódką na tej wycieczce, że gdy wpadłam do pokoju i poskarżyłam się mu, że Luke uderzył mnie lekko w twarz, od razu chciał mu przyłożyć, ale powstrzymała go reszta zgromadzonych. W ogóle ta wycieczka pokazała wiele twarzy ludzi z mojej klasy.
Na przykład ja się dowiedziałam, że jak się wypije za dużo to alkohol z pompą chce wyjść z organizmu. Można powiedzieć, że poznałam swoje granice bezwzględne.
Caro dowiedziała się, że czasem po pijaku nie warto kierować się sercem.
A Monica, że spanie (takie normalne) z kolegą z innej klasy gdy ma się chłopaka, nie jest dobrym pomysłem. No, ale wracając do sprawy...
Tyle razy mi już podpadł, a ja wciąż byłam dla niego miła. Co jest ze mną nie tak?
- Jak dla kogo - odzywka niczym wyciągnięta z podwórka grających w piłkę szóstoklasistów.
- Przecież dobrze napisałaś próbny. Kto zda jak nie ty?! - nieco się oburzył, ale doskonale wiedziałam, że chce być po prostu miły i podnieść mnie nieco na duchu. Muszę przyznać, że wychodziło mu to całkiem nieźle.
- No wiem, ale wiesz stres jest zawsze - i na tym rozmowa się skończyła, bo weszliśmy do szkoły i zaraz przy wejściu musieliśmy się rozdzielić. Pisaliśmy w dwóch innych salach, na totalnie innych piętrach.

Prawdziwe przerażenie ogarnęło moje skołatane ciało w momencie gdy, po przeczytaniu ośmiostronicowej instrukcji, rozpoczął się egzamin. Czytałam pytania i kompletnie nie wiedziałam co czytam. Zero rozumienia. Byłam tak przesiąknięta wizjami o tym, jak jako jedyna nie zdałam z klasy, że mój mózg przestał działać, blokując dopływ wiedzy. Wybudował mur obronny, bo miał dość oglądania tych wszystkich okropnych obrazów. Na szczęście po kilku porządnych oddechach dałam radę i rozwiązałam wszystkie pytania. Tylko czy dobrze ?!

Dwadzieścia osiem punktów na czterdzieści to słaby wynik, moim zdaniem, ale zdane jest, co nie?
0
Share
Wiecie jak się czuje osoba, która straciła głos i gdy tylko otwiera usta wypływa z nich coś na wzór skrzypiących nawiasów w starej, dębowej szafie, a do tego zostawiła chłopaka? Jak połamany model samolotu, który spadł z wysokiej półki. Czuje się tak jakby każda część mojego ciała złamała się na pół, a te połówki jeszcze na pół. Serce rozsypało się w drobny mak, a rozum wyłączył zasilanie, by mieć święty spokój, on też już nie ma siły. Czuje się jak nic, jak zero, jak nikt.

- Mówiłam Ci, żebyś tyle nie gadała z nim przez telefon – mądrzyła się mama, mieszając jakąś zagęszczoną zupę w wielkim, metalowym garnku. Zazwyczaj coś podśpiewywała wesoło, ale dzisiejszego dnia wściekłość wzięła górę, więc zamiast nucić wrzucała niewinne warzywa z ogromną siłą do twardego naczynia – Darłaś się jak opętana, a doskonale wiedziałaś, że ledwo mówisz… Czasem się zastanawiam kto jest głupszy. Ty, że prowadzisz z nim te nienormalne kłótnie pomimo wszystko, czy on rozpoczynający te kłótnie – kochana mama i jej idiotyczna skłonność do przesady – Czy Ty raz w życiu nie możesz mnie posłuchać? – zapytała z pretensją w głosie, obracając się w moją stronę. Opierała się o blat i dokładnie studiowała każdy szczegół mojej zmęczonej twarzy z troską, ale i zdenerwowaniem. Nie lubiła jak pakowałam się w chorobę z własnej woli.
- Musiałam to załatwić raz, a dobrze. Sama mówiłaś, że nie można zostawiać niedokończonych spraw – chrypiałam gorzej niż mój dziadek, który nie jest pierwszej młodości. Od razu zaczęłam dusić się powietrzem i kładąc dłoń na klatce piersiowej próbowałam wykaszleć coś, czego w ogóle nie ma.
- Czy ten chłopak chociaż raz, raz, nie mógł zachować się jak mężczyzna?! – zapytała sama siebie i westchnęłam po raz setny od rana. Czy tylko ja mam wrażenie, że one kochają mieć rację, ale starają się tego nie okazywać? Zawsze w chwili załamania przychodzi i oznajmia to swoje „a nie mówiłam”, po czym siadała obok, i przytulała najmocniej na świcie. Więc po co są te zbędne słowa, które wcale nie podnoszą na duchu? Zdecydowanie dla własnej satysfakcji. Obróciła się z powrotem i zaczęła kroić nać pietruszki najdrobniej jak się dało. Nie wiem dlaczego, ale strasznie nie lubię tego małego świństwa. Wchodzi między zęby i psuje przyjemność jedzenia – Jak słyszał, że ledwo mówisz, to mógł przełożyć tę rozmowę, a nie specjalnie ją ciągnął – jad, który towarzyszył każdemu jej słowu był skierowany do Kena
Jak można nie lubić kogoś aż tak bardzo? Czasem mam wrażenie, że mój chłopak i moja własna mama są największymi wrogami. Jakby nadać im śmieszne ksywki i każdemu wcisnąć jakąś super moc, a następnie rozrysować komiks to byłabym milionerką.
- Maddie też ci ciągle to powtarza, rzuć go w cholerę - miałam nadzieję, że to właśnie zdanie ma zakończyć tą jakże długą rozmowę, która powoli przybierała dziwną formę.
Od bardzo dawna wiem, że moja mama nie lubi Kena. Toleruje go, ale nie jest zachwycona tym, że jest on moim wybrankiem. Wciąż przy każdej możliwej okazji stara się pokazać mi go z tej najgorszej strony. Uwypukla jego wady do tego stopnia, że przeraża mnie człowiek, którego znam od ponad półtora roku.
Natomiast on nienawidzi mojej "matki", jak to zawsze ją nazywa. Choć może nienawidzi to mało powiedziane. Na każdym kroku stawia ją przed naszymi znajomymi w złym świetle. Śmieje się, że jest gruba, rzuca głupie żarty, albo po prostu mówi o niej tak niestworzone rzeczy, że aż mnie nie raz głowa boli. Na samym początku zwracałam mu uwagę, żeby przestał, bo to nie jest ani miłe, ani śmieszne. Nie zadziałało. Później jak w gronie MOICH przyjaciół powiedział coś niemiłego o niej to od razu moje koleżanki postawiły go do pionu. Opieprzyły go i to tak porządnie, ale zdrowo. Przeprosił mnie za każdą obelgę, która wypłynęła z jego ust kierowana w stronę mojej mamy i temat się zakończył. Do czasu rzecz jasna.
Teraz oboje nie mogą ze sobą wytrzymać i wciąż próbują mnie do swojego wroga zniechęcić.

"Nie widzisz jak ona cię traktuje?"
"Nie widzisz jak on cię traktuje?"
"Daj jej w końcu nauczkę, bo będzie tak robiła cały czas!"
"Rzuć go, nie jest ciebie wart!"

Czasem mam ochotę jakoś od wewnątrz zatkać sobie uszy i iść do przodu, bo przy takich nagadywaniach na siebie nie da się żyć. To tak jakbym była adwokatem jednej i drugiej strony. Kenowi wciąż powtarzam, że ona robi to wszystko, bo mnie kocha i się o mnie martwi. Natomiast mama wciąż słyszy ode mnie, że coś mnie w nim fascynuje i nie mogę go zostawić. Kocham ich oboje, ale zdecydowanie osobno, bo wiem, że razem byliby nie do wytrzymania.
- Pójdę się położyć - powiedziałam niewyraźnie, ale wiedziałam, że mnie słyszy, a następnie powędrowałam do mojego małego królestwa pełnego spokoju i niestety tabletek. Włączyłam ulubiony serial i obtoczyłam się poduchami, a w dłoni zacisnęłam kubek z parującą herbatą, taką jak tylko mama umie zrobić. Już kilka razy ją obserwowałam, by w końcu się dowiedzieć jak to się dzieje, że ona jest taka pyszna. Niestety za każdym razem zobaczyłam całe nic. Tu cytrynki troszkę, tu soczku malinowego, tu esencji z czarnej herbaty, jeszcze trochę syropu z pędów sosny no i oczywiście trochę miodu. Zamieszać i eliksir gotowy. Czego ile tam jest dokładnie, nie mam pojęcia. To taka metoda wrzucania, mieszania i próbowania. Jak dobre to dobrze, jak nie to trzeba dodać czegoś innego. I tak w kółko.


Po kilku krótkich minutach ekran mojego telefonu się rozświetla, a na samym jego środku widzę napis Ken. Poczułam niepokój, który od półtora roku mnie nie opuszcza.
Nie odzywał się od wczoraj. Odkąd pokłóciliśmy się śmiertelnie już sama nie wiem o co. To zawsze tak wygląda. On się obraża tak z niczego, ja na nim wiszę, próbując go przeprosić, a na końcu dostaje baty za to jaka jestem. Wczoraj miałam się uczyć na polski, zrobić zadanie z francuskiego, ale w końcu nie zrobiłam nic, bo kłóciłam się z nim godzinę przez telefon. O co? O to, że go olewam, że nie przyjechałam, że nie chce się z nim spotykać, że moja mama go nie lubi, że on już nie ma do mnie siły... Mniej więcej zawsze to tak wygląda. Ten sam schemat wypełniany krok po kroku wedle wcześniej ustalonego i zatwierdzonego planu.

1. On krzyczy, ja siedzę cicho.
2. On mówi jaka jestem okropna i po kolei wymienia przykłady tego czego nie robię, a ja próbuje się usprawiedliwić. Oczywiście wszystkie moje argumenty są w jednej chwili obalone.
3. On przeklina, ja go grzecznie upominam.
4. Puszczają mi nerwy.
5. Zaczynam krzyczeć, ale bez wyzwisk, a on siedzi cicho i grzecznie słucha.
6. Łagodnieje, przestaje mi przerywać, a ja wciąż mówię wszystko, co ślina mi na język przyniesie.
7. Ja jestem wściekła, on się uspokaja.
8. On chce się pogodzić, ja walczę już sama nie wiem z kim.

- Halo? - zacharczałam. Usłyszałam w tle jakieś huki uliczne, ale nie byłam w stanie powiedzieć gdzie dokładnie się znajduje - Halo? - powtórzyłam nieco ciszej. Czekam na atak i w pewnym sensie byłam na niego przygotowana.
- Czemu się nie odzywasz? - zapytał dość spokojnym tonem, choć słychać w nim było ciutkę oskarżenia.
- Bo nie mogę mówić - odpowiedź jest prosta i zgodna z prawdą - Gdzie jesteś? - niecierpliwie czekam na to, co tym razem usłyszę.
Ken kocha być tajemniczy i rzadko kiedy odpowiada na moje pytania. Wydaje mi się, że on po prostu uwielbiam jak ja się trudzę i głowie.
- Nie ważne - standard - To jak nie możesz mówić to pisz, pa.
Nawet nie zdążyłam odpowiedzieć, bo już usłyszałam sygnał kończący rozmowę. Westchnęłam zmęczona i rzuciłam telefon jak najdalej od mojej głowy. Położyłam się wygodnie i od razu postanowiłam kontynuować oglądanie serialu. Dopiero po kilku minutach zdałam sobie sprawę, że dzisiaj jest piątek i on powinien być w szkole, ale zdecydowanie tam nie był. Przeszukałam najmniejszy kawałek łóżka w poszukiwaniu komórki i od razu wystukałam wiadomość. Zanim jeszcze chciałam zablokować przyszła odpowiedź.
Ken zawsze karze mi pisać, ciągle i dużo. Może dlatego, że gdy zaczynaliśmy się poznawać pisaliśmy do siebie wiadomości wciąż i bez przerwy. Potrafiłam wstawać godzinę wcześniej, żeby tylko napisać mu Dzień dobry i popisać chwilę dłużej na spokojnie. W szkole non stop klikałam w telefon do tego stopnia, że moje koleżanki miały ze mnie niezły ubaw. Tak było przez ponad pół roku, bo później zaproponowałam mu, żeby przepisał się do mojej klasy - to był mój pierwszy poważny błąd. On kocha informatykę, a mój profil technikum poniekąd jest trochę z tym związany. Tak bardzo go kochałam, że postanowiłam pomóc mu się do mnie przenieść. Jak tylko złożył wszystkie papiery byłam najszczęśliwszą osobą na całej planecie. Szkoda tylko, że wtedy nikt nie dał rady mnie zniechęcić do tego pomysłu. Właśnie w tamtej chwili zaczęły się wszystkie nasze problemy. Z własnego doświadczenia JUŻ wiem, że przebywanie ze sobą całymi dniami nie przynosi nic dobrego.
Dźwięk mojej ulubionej piosenki przeszył ciszę panującą w moim pokoju dość agresywnie i niespodziewanie. Dokładnie w tym momencie moje serce stanęło na kilka dłużących się sekund. Już nie raz, nie dwa robił takie niespodzianki, że nagle przyjeżdżał w najmniej odpowiednim momencie i wymagał, że wyjdę do niego na klatkę, bo on chce tą sprawę załatwić.
- Wyjdziesz czy nie? - zapytał wręcz agresywnie.
- Jestem chora i leże w łóżku, czy ty tego nie rozumiesz? - nerwy mi puściły, choć wydawało mi się, że krzyczałam bardziej z przerażenia, bo wiedziałam że on stoi tuż za drzwiami i jest gotowy tu wejść.
- To ja wejdę - obwieścił wszem i wobec. Nasłuchiwałam czy puka do drzwi, ale nic takiego nie usłyszałam, więc się uspokoiłam. Zdałam sobie sprawę, że on czeka aż ja coś powiem na ten temat.
- Nie Ken, nie dzisiaj. Porozmawiamy innym razem, nie słyszysz, że ja ledwo mówię? - próbowałam się bronić rękami i nogami nie chcąc, by wchodził do mojego mieszkania. Nie chciałam, by zobaczył mnie w takim stanie.
- A może ty tam kogoś ukrywasz, co? Kto jest z tobą? - i w tym momencie włączyła mu się ta obsesja na punkcie tego, że go zdradzam. Westchnęłam po raz kolejny.
- Nikogo tu ze mną nie ma - powiedziałam spokojnie.
- To wchodzę - oznajmił stanowczo.
- Mama Cię nie wpuści - szepnęłam ale już było za późno, ponieważ znów usłyszałam sygnał kończący rozmowę, a następnie pukanie do drzwi. Ciche i nieśmiałe, takie którego bym się nie spodziewała po Kenie. On zazwyczaj agresywnie dzwonił dzwonkiem jakby chciał obwieścić, że idzie pan i władca.
- IS to Ken - oznajmiła przerażona mama i od razu zaczęła się poprawiać.
- Wiem... - mówię z rezygnacją i od razu słyszę jak drzwi wejściowe są otwierane.
- IS jest chora - powaga i spokój w jej głosie mnie szokowały. Zawsze syczała do niego niczym wąż, zresztą on odpowiadał jej tym samym.
- Wiem - odpowiedział, a ja wsłuchiwałam się w dalszy ciąg rozmowy - Mógłbym wejść? Na chwilę, nie zajmę za dużo czasu - czy ja wyczułam szacunek? Ken? Czy to ty?!
- Proszę - tak tu widocznie można usłyszeć rodzaj gniewu - Przez wasze wczorajsze kłótnie Bella straciła głos - jad w jej głosie sparaliżował mnie od wewnątrz. Czy ona właśnie rozpętała trzecią wojnę światową? Cisza. Nie odepchnął ataku, a wręcz ucichł - Otwórz tam okno - zwróciła się tym razem do mnie, ale ja byłam zbyt oszołomiona, żeby się ruszyć.
- Nic się nie stało - mówi Tom, ale ja kompletnie nie wiedziałam do czego ta wypowiedź ma się odnosić. Do okna, czy do naszej kłótni?
- Jak to nic się nie stało?! IS straciła głos, przez te wasze awantury - poczułam, że powietrze w przedpokoju porządnie zgęstniało i zaraz coś tam wybuchnie, więc się od razu spięłam i okryłam szczelniej kołdrą.
- Chodziło mi o wygląd - spokój, który mu towarzyszył był dla mnie niewiarygodny. Jego wystarczyło zawsze trochę za mocno szturchnąć, a już rozpoczynał wydzieranie się. Powstrzymał się dla mnie, bo doskonale wiedział, że bym się wściekła.
Wszedł do mojego pokoju powoli i odłożył plecak zostawiając go przy szafie. Obserwowałam dokładnie każdy jego ruch leżąc na łóżku. Stanął przy oknie tak, by łatwo mi było na niego spoglądać i oparł się o parapet.
- Znów mnie okłamałaś - powiedział dość cicho ze względu na to, że drzwi były dalej otwarte.
- Możesz zamknąć - wychrypiałam, a jego wzrok w jednej chwili złagodniał.
- A co matka nie może słyszeć naszej rozmowy? - zapytał retorycznie. Z tym wzrokiem, grubo się myliłam. Żadnej litości.
- Nie po prostu... - wyszeptałam spuszczając wzrok. Udawałam, że czerwone serca na pościeli są najciekawszymi kształtami na świcie. Okryłam się dokładniej bojąc się, że będzie mi widać kawałek odkrytej skóry. Miałam dość skąpą piżamę i nie chciałam by mi się jakoś dokładniej przyglądał. Gdyby mnie tylko dotknął nie odważyłabym się zrobić tego racjonalnego kroku.
- Mogę usiąść? - zapytał nagle, a ja jedynie skinęłam głową. Przysunął sobie krzesło i przy okazji przymknął drzwi tak jak go prosiłam. Leżałam na łożu jak królowa, a on siedział z boku niczym paź. To były tylko pozory, ponieważ to on górował nade mną, a nie odwrotnie.
- Jeżeli chcesz, żebyśmy byli szczęśliwi, żeby udało nam się naprawić ten związek to musisz zrobić pierwszy krok. Musimy wychodzić... - przerwał na chwilę i spojrzał w okno, jakby chciał uciec wzrokiem. Czyżbym wyglądała aż tak fatalnie? Od razu poprawiłam fryzurę, co z pewnością nie pomogło. Westchnął i z powrotem jego wzrok spoczął na mojej osobie. Przywykłam już do tego, że zawsze chciał patrzeć mi prosto w oczy - Przyjedź czasem pod internat i zadzwoń "Kochanie zejdź na dół, czekam" albo po prostu zaproponuj spacer... - mrugnęłam dwa razy i zmieniłam pozycję.
- Dlaczego ciągle uważasz, że ja robię wszystko źle ? - wychrypiałam, a właściwie wyszeptałam. Spuścił głowę i schował twarz w dłoniach.
- Bo ty nie widzisz swojej winy, tylko wciąż mówisz co ja robię nie tak... - zawsze powtarza to samo, ale zwracanie mu uwagi nie było dobrym pomysłem - Nie rozumiesz tego, że wina leży po obu stronach?
- Wiem o tym i nie mówię, że ja nie zrobiłam nic złego tylko uważam, że głównym problemem jest twoje obrażanie się o wszystko... - przedstawiłam swoje zdanie, a następnie bezczelnie przewróciłam oczami. Nie zauważył tego, bo patrzył wszędzie indziej tylko nie na mnie.
- Przecież ci to już tłumaczyłem nie raz... Nie robię tego specjalnie - i właśnie w tej chwili nachodzą mnie wątpliwości. Zastanawiam się czy nie jestem zbyt czepialska. Charakter i kulturę wywodzi się z domu - przynajmniej tak powtarza moja babcia Lucia. No i muszę przyznać, że u Kena w domu nie jest najlepiej... Czasem wydaje mi się, że gdyby nie to, mój kochany brunet byłby zupełnie kimś innym.
- Posłuchaj, to że tak masz od dawna i nie umiesz nad tym zapanować nie znaczy, że jesteś cudownie usprawiedliwiony... Nadal jest to twoja ogromna, moim zdaniem największa, wada i mam wrażenie, że ty wcale nie chcesz jej zniwelować - powiedziałam spokojnie i dyplomatycznie, czyli tak jak lubię najbardziej. Nie był wcale zdziwiony tym co mówiłam, wręcz przeciwnie. Chyba doskonale znał mój punkt widzenia tylko nie do końca dopuszczał go do siebie.
- IS staram się nawet bardzo, ale nie wszystkich życie kocha tak bardzo, że wciąż mu coś ułatwia - ironia w jego głosie doprowadziła do tego, że krew w moich żyłach zaczęła się mieszać z co rusz wytwarzającą się adrenaliną. Byłam tak zła i wściekła, jak zawsze wtedy gdy sugerował mi, że nie wszyscy mają rodziców, którzy podkładają pieniądze pod nos, nie wszyscy mają rodzinę, która jest w stanie oddać za ciebie życie i nie wszystkim szkoła nie sprawia problemu. Mówił to wtedy z taką pretensją, jakby moją winą było to, że rodzina mnie kocha i mi pomaga, że mamy pieniądze choć nie jesteśmy bogaci oraz, że szkoła jest dla przygodą, a nie wrzutem na tyłku. Wzbudzanie w około wyrzutów sumienia to jego profesja, mógłby to sobie wpisać do CV.
- Jeżeli znowu mamy grać w grę "Kto ma lepiej w życiu" to lepiej już to zakończmy, bo nie mam dziś siły na płacz - odpowiadam tak kąśliwie, że aż mam gęsią skórkę. Tak bardzo nie lubię być dla niego niemiła.
- Daj sobie spokój z tym jadem - wtedy zaświeciła mi się czerwona lampka. Jego w miarę miły i potulny ton świadczył tylko o tym, że przechodzimy powoli do drugiej fazy kłótni - Przyszedłem tylko po odpowiedź - dodaje i pochyla się do przodu, splatając dłonie. Wydawał się pełen skupienia.
Zawsze oczekiwał jasnej decyzji. Tak albo nie. Czarne albo białe. Wychodzimy lub nie wychodzimy. Nie ma w sobie za grosz spontaniczności, więc wszelkiego rodzaju niespodzianki przeważnie są dla niego przekleństwem, ale oczekuje ich rzecz jasna.
Ponad rok temu, gdy miał mieć urodziny, wymyśliłam sobie, że powiem mu, że nie mogę przyjechać, a tak na prawdę przyjadę. No i trwałam w tym pomyśle przez długi czas. Namówiłam tatę, żeby mnie zawiózł, bo on mieszka około pięćdziesiąt kilometrów od miasta, w którym mieszkam ja, a w tygodniu pomieszkuje w internacie niedaleko naszej szkoły. Kupiłam drogi prezent, bo wiedziałam, że tylko ja mu go wręczę. Upiekłam babeczki, bo niestety torty to nie moja specjalność. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. No, ale dzień przed na języku polskim coś mnie podkusiło i powiedziałam mu prawdę. Może dlatego, że nie chciałam wpaść mu do mieszkania w czasie gdy on by spał, w sumie to do dziś sama nie wiem. No i jaka była jego reakcja? Zabronił mi przyjeżdżać i strasznie jęczał, a mnie po prostu wcięło. Mrugałam coraz rzadziej i kilka razy zastanawiałam się czy dobrze usłyszałam. Jak zobaczył szok malujący się na mojej twarzy od razu złagodniał i podziękował mi za to, że chciałam mu zrobić niespodziankę. Koniec końców namówił mnie, żebym jednak przyjechała, bo ja się nieco wzbraniałam zachowując dystans.
- Nawet nie wiesz jak bardzo mnie ranisz IS - szepnął patrząc mi prosto w oczy. To był ten moment, krótka chwila, a ja poczułam, że dłużej nie wytrzymam. Zebrałam w sobie całą moc i postanowiłam krzyknąć, na tyle na ile pozwoli mi na to głos. Wyobraziłam sobie jak wrzeszczę na niego do tego stopnia, że moja mama zaprzestaje przerzucania garnków, a on siedzi przerażony i nie ma pojęcia co ma zrobić.
- Ja cię ranię?! - krzyknęłam, a przynajmniej takie było moje zamierzenie. W efekcie po prostu zaskrzeczałam - Podaj mi pamiętnik, jest pod paletą - rozkazałam stanowczo, ale nieco ciszej. Od razu wykonał mój rozkaz bez zbędnych pytań i podał mi mój ulubiony zeszyt z pożółkłymi kartkami. Zaczęłam go wertować w tą i z powrotem poszukując odpowiedniej strony.
Widząc niby przypadkowo wylosowaną notatkę czuje jak łzy wybierają w dziwnie wysuszonych oczach, na wspomnienie tamtego właśnie dnia. Zaczynam szybciej mrugać starając się przy okazji złapać odpowiednią ostrość widzenia.
- Niedziela, 1 czerwca 2014, czyli rok temu - zaczęłam czytać niepewnie przyglądając się początkowi. Stwierdziłam, że spokojnie mogę go pominąć - Wczoraj mieliśmy drugą część zajęć fotograficznych, z panem 'wielkie szkła'. Przyszły nasze super doświadczone modelki, czyli wcale nie najurodziwsze dziewczyny z drugich klas. Od razu nie przypadły mi do gustu, więc usunęłam się w kąt i czekałam na swoją kolejkę. Robiliśmy im zdjęcia, podczas gdy one na kacu skakały przed obiektywem jak małpy w ZOO. Jakoś pod koniec tego spotkania miły i życzliwy Pan zaproponował sesję z jakimś chłopakiem dla urozmaicenia. Może dlatego, że przez ponad trzy godziny skakał do okola nich i podrywał je na każdym kroku, zgarnęły właśnie jego. W pierwszej chwili nie zwróciłam na to uwagi, ale gdy zobaczyłam jak oni pozują żołądek mi się ścisnął i nieco przekoziołkował. Prawdziwy szał się zaczął jak Pan zaproponował czwartą dziewczynę i on zawołał naszą koleżankę z klasy. Coś się we mnie zagotowało, ale udawanie stoickiego spokoju mam opanowane do perfekcji. Wyszłam z sali pod pretekstem rozmowy przez telefon, a po policzkach strumieniami poleciały mi łzy. Otarłam je zanim ktoś zauważył i wróciłam jak już było po wszystkim. Byłam zła, ale to było usprawiedliwione - przerwałam na chwilę i przełknęłam ślinę - Po skończonych zajęciach zlekceważył mnie całkowicie. Zachował się tak jakbym nie istniała. To tak cholernie bolało. Zapomniałam mu oddać portfela, więc gdy tylko to zauważyłam zadzwoniłam do niego. Warknął na mnie i to była ostatnia rzecz jaką słyszałam z jego ust tego dnia. Później zapadła długa cisza. Nie dzwonił, nie pisał... Miał mnie daleko w nosie, a ja znów się sypałam powolutku i boleśnie... Płaczę, bo tak bardzo jest mi źle... Co mam robić? - czytałam przez łzy nie przejmując się tym, że toczą się jedna za drugą - Dodatkowo po 22 poszedł do swojej "super, idealnej kumpeli", by pomóc montować ten cholerny. Przed chwilą dzwoniłam do niego, bo się później już nie odzywał. Usłyszałam tylko warczenie i nic po za tym... Czuje się jak wtedy... Jak na feriach. Nienawidzę tego uczucia! Kocham go tak cholernie, że aż boli... - skończyłam czytać wpis i od razu spojrzałam na mojego towarzysza. Był wyraźnie poruszony, ale jak to on starał się tego nie okazywać.
Wspomnienia zawsze bolą bardzo wyraźnie. Nie ma nic gorszego niż przypominanie sobie czegoś czego wcale nie chce się pamiętać. To tak jakby upaść po raz drugi bądź rozdrapać zasklepioną bliznę. To musi być bolesne.
- Przepraszam cię... - szepnął podnosząc wcześniej spuszczoną głowę. Puściłam te słowa mimo uszu, ale nie dlatego, że nie miały one dla mnie znaczenia, po prostu ja dalej nie skończyłam mówić.
-"Boję się go. Czasem się go boję.
Jego krzyk przeraża mnie, paraliżuje i nie daje rady. Wyzwiska, ocenianie... Tego jest zbyt wiele. Przygniata mnie to.
Boję się, że się pokruszę. Jednocześnie boję się tego cierpienia i tęsknoty..." - szlochałam na tyle głośno, że czytanie i samo mówienie sprawiało mi kolosalny problem, nie tylko ze względu na nieustępliwy ból. Otarłam łzy i szukałam tego czegoś, tego finału, który zdecydowanie był teraz potrzebny.
- "Znów mam płakać? Znów mam upaść?
Nie chce tego. Nie chce już tego czuć. Nienawidzę bezradności.
Ktoś kiedyś powiedział, że upadłe anioły nic fizycznie nie czują, to chyba upadłam..." - wisienka na torcie, która sprawiła, że poczułam się bardziej gorzej niż lepiej. Nic nie było tak jak to sobie wyobrażałam. Jak wtedy to pisałam miałam jeszcze nadzieję na to, że moje życie wcale nie musi się tak skończyć. W tej chwili byłam pewna, że drzewko nadziei uschło we mnie już dwa miesiące temu. Chciałam z nim rozpocząć wszystko od nowa, chciałam znów być kochana, ale sama nie umiałam mu tego dać, bo już nie wierzyłam w nasze szczęście. We mnie już od dawna nas nie było. Czułam się jak butelka. Twarda na wierzchu i pusta w środku.
- Nie zdawałem sobie sprawy, że... - urwał, a ja znałam go na tyle dobrze, by zauważyć rozpacz na jego twarzy. W końcu zrozumiał to o czym mu wciąż powtarzałam. Nie raz delikatnie próbowałam mu się poskarżyć, ale zawsze odbierał to tak samo. Przesadzasz. No i jak w końcu wyciągałam jakieś poczciwe argumenty to mnie przepraszał i było dobrze, przez kilka dni - Kocham Cię IS... Nie wiedziałem, że cię to wszystko aż tak boli... Uwierz mi, że pomimo tych wszystkich rozmów te notatki są dla mnie szokiem - każde słowo skrupulatnie wyszeptał. Zamknęłam pamiętnik i odłożyłam go na bok nie będąc pewna czy zaraz nie skoczy i mi go nie wyrwie. Ten zeszyt skrywał zbyt wiele tajemnic, żebym go mogła ot tak kłaść gdziekolwiek bez nadzoru.
- Ja też cię kochałam, nawet bardzo... Nie wiesz ile razy słyszałam, że za bardzo... - wzięłam głęboki wdech nie będąc gotowa na TE słowa - Nie umiem ci tego wybaczyć i być może dlatego nam nie wychodziło... Nie starałam się, ale to nie było specjalnie, wszystko robiłam instynktownie, a on kazał mi się trzymać na dystans - charczałam jeszcze gorzej niż wcześniej i wczoraj podczas długiej oraz głośnej kłótni przez telefon.
- Szanuje twoją decyzje - mówiąc to zaczął wstawać. Wtedy zdałam sobie sprawę, że powiedziałam mu nie i on nie domagał się żadnych wyjaśnień. Poczułam się trochę zagubiona i nie do końca wiedziałam co powinnam zrobić w tej sytuacji. Zatrzymać go? Puścić wolno? Napisać wieczorem? Zadzwonić? Powiedzieć coś w ogóle?
Wyszedł. Ostatnie co widziałam to drzwi które się za nim spokojnie toczyły. To już? Koniec? A gdzie łzy i błagania? A gdzie poważne rozmowy o tym samym? Dlaczego czuje się tak ciężko?
Minęła dosłownie niecała minuta, a on z powrotem wszedł do środka, ale tym razem nie usiadł na krześle tylko opadł na łóżko tuż obok mnie. Pochylił się i był blisko, zdecydowanie zbyt blisko. To już nie chodzi o to, że byłam chora, wyglądałam marnie z daleka, a co dopiero z takiej odległości, ja po prostu bałam się, że jak on mnie pocałuje, a to byłby koniec. Pies pogrzebany, a nasze zerwanie odleciałoby wraz z powietrzem przez okno przy wietrzeniu pokoju. Był do tego zdolny. Wiem to, bo zawsze brał mnie z zaskoczenia, a ja w całości mu się oddawałam zapominając o krzywdach.
I właśnie wtedy dotarło do mnie jak bardzo zależało mi na tym rozstaniu. Chciałam odetchnąć innym powietrzem, zasmakować tej wolności, której jeszcze niedawno tak nienawidziłam... Było to dla mnie ważne, to był mój priorytet, jak na tą chwilę. Moim celem było cierpienie z tęsknoty przez całe wakacje tylko po to, by coś sobie udowodnić. Nie mogłam się wycofać, nie teraz kiedy już zrobiłam tak ogromny krok na przód.
- Nie poddam się - szepnął groźnie, ale nie było w tym ani grama złości - Będę o ciebie walczył, bo cię kocham - dodał, a ja już wiedziałam, że to wszystko nie będzie takie łatwe. Być może gdzieś w głębi duszy tego oczekiwałam, bo spora część mnie wcale nie była zaskoczona, ale z pewnością na to nie liczyłam.
- Musisz dać mi ten czas... Te dwa miesiące, a jeśli się zmienisz pomyślimy nad tym co dalej - pękłam, ale tylko w jednej trzeciej. Widząc te ślepia przepełnione rozpaczą i jeszcze nie wypływającymi łzami, nie dałam rady go dłużej katować. Przecież go kocham, ale nieco inaczej i nieco lżej.
- Dostaniesz je, ale wiedz, że się tak łatwo nie poddam, że nie odpuszczę - mówił to z takim przekonaniem i wszechogarniającą go pasją, że nie umiałam pozostać obojętna. Uśmiechnęłam się lekko, a on odwzajemnił ten uśmiech - Mogę cię przytulić, tak całą - poprosił - Ten ostatni raz.
- Zgoda - nie umiałam mu odmówić.
Położył się obok mnie bardzo powoli rozglądając się na boki, jakby bał się, że coś uszkodzi. Złapał mnie za ramiona i przyciągnął delikatnie do siebie, nie szarpiąc. Ucałował moje czoło, a następnie usłyszałam jak bierze głęboki wdech chcąc zapamiętać mój zapach. Jego dłonie przesuwały się w dół bardzo subtelnie, jakby chciał zapamiętać każdy odcinek mojej pulsującej skóry. Złapał za moje drżące dłonie i uniósł je ku górze, a następnie złożył lekkie, ledwo wyczuwalne pocałunki na wierzchu obu z nich. Następnie przeleciał ustami po każdym kłykciu, uśmiechając się nieznacznie. Chciał mnie pocałować w szyję, w miejsca, które on tylko znał, ale od razu zacisnęłam mięśnie nie pozwalając mu się tam dostać. Wtedy bym uległa, a to wcale nie jest w porządku. Jego ręce zatrzymały się na moich biodrach. Jego dotyk wprawiał moja skórę w zachwyt i lepszego uczucia nie mogłam sobie wyobrazić, ale czułam już ten dystans. Moje ciało rozkoszowało się tymi małymi gestami, ale tak jak umysł doskonale wiedziało, że to już po raz ostatni. Gdzieś głęboko zaraz za wątpliwościami, które dopiero co się rodziły jedna za drugą, mała cząstka mnie klepała moje roztrzęsione ramię i wierzyła, że postępuje słusznie.
"Jak tego nie utniesz raz a dobrze to ugrzęźniesz w tym gównie na być może długie lata" - wciąż w głowie słyszałam ten poważny ton Madddie gdy to mówiła. Miała rację, na pewno. Później byłoby jeszcze trudniej, teraz jest odpowiedni moment. Tak myślę.
Pocałowałam go w policzek, ten ostatni raz.
0
Share
Nowsze posty Starsze posty Strona główna

O mnie

Moje zdjęcie
Zakochana Złośnica
Jestem realistką, która lubi płakać ze szczęścia. Lubię swoje trampki, bo mogę w nich przejść pół świata. Lubię swoją szkołę, bo nauczyciele mnie zwyczajnie szanują. Lubię swoich przyjaciół, bo mnie słuchają. Lubię mówić, dużo, szybko i często, bez ładu i składu. Lubię pisać, choć nie zawsze wychodzi mi to tak jakbym chciała. Lubię ludzi, ale tylko tych miłych. Lubię gdy pada deszcz, bo mam wrażenie, że to oczyszcza świat z negatywnych emocji. Lubię swój pokój, bo jest odzwierciedleniem mojej duszy. Lubię kawę, bo jej gorycz budzi mój wiecznie śpiący mózg. Lubię herbatę, bo rozgrzewa moje wiecznie zmarznięte ciało i koi skołatane myśli. Lubię swoje oczy, bo jest w nich cała prawda o mnie. Lubię opowiadać o świecie, który istnieje we mnie, ale tylko nieznajomym.
Wyświetl mój pełny profil

Popular Posts

  • Listopad 2016, TRZYNASTKA
    Wciąż czuje się zagubiona. Nie wiem co mam myśleć, jak postępować, co mówić i co robić. Nie chcę się narzucać, nie chce być obojętna, nie ch...
  • Październik 2016, DWUNASTKA
    Za oknami było ciemno, wręcz czarno, ale moje serce świeciło, niczym letnie słońce. Czułam jak ciepło rozpływa się po całym moim ciele, tak...
  • Grudzień 2016, CZTERNASTKA
    Mój rok zaczyna się właśnie od świąt Bożego Narodzenia. To dość niestandardowe podejście do tego święta, ale myślę, że to nie tylko narodzin...
  • PAŹDZIERNIK 2017, SIEDEMNASTKA (opowiadanie)
    Pchnęła ciężkie drzwi, wpuszczając przy tym zimne powietrze do środka. Powiew klimatycznej aczkolwiek ponurej jesieni wtargnął do środka, p...
  • Listopad 2020, Dwudziestka trójka
      Jedna klasa w technikum nie daje zbyt wielu szans na tajemnice. Wszyscy się znają, każdy wie o sobie tyle ile zdradzi ta druga strona. Moż...
  • LISTOPAD 2017, OSIEMNASTKA
    Dokładnie dwa lata temu postanowiłam, że tym razem nie pozwolę Ci wyjść z mojego pokoju wieczorem. Dokładnie dwa lata temu stworzyła się w ...
  • GRUDZIEŃ 2017, DZIEWIĘTNASTKA
    Kolejny rok przepłynął mi przez palce niczym przyjemnie ciepła woda z oceanu. Po raz kolejny robię podsumowanie w ten właśnie dzień, w Wigil...
  • GRUDZIEŃ 2017, Dwudziestka
    Dwadzieścia lat. Przeskoczenie kolejnej belki, kolejnej bramki, kolejnej niewidzialnej granicy jaką tworzymy my, ludzie. Odsunięcie lat nast...
  • LUTY 2018, DWUDZIESTKA JEDYNKA
    Przeszłość wydaje się czymś odległym. Na co dzień stykamy się z nią bardzo rzadko albo wcale, a jednak ona gdzieś tam jest i wciąż żyje. Ost...
  • Maj 2018, Dwudziestka dwójka
    Po raz kolejny stał w jej drzwiach. Spoglądał na nią zupełnie inaczej, jakby bał się tego co zrobi. Cudownie było widzieć niepewność krążącą...

Obserwatorzy

Archiwum bloga

  • ►  2024 (1)
    • ►  października (1)
  • ►  2020 (1)
    • ►  listopada (1)
  • ►  2018 (3)
    • ►  maja (1)
    • ►  lutego (2)
  • ►  2017 (5)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (1)
    • ►  października (1)
    • ►  maja (2)
  • ▼  2016 (14)
    • ▼  grudnia (1)
      • Grudzień 2016, CZTERNASTKA
    • ►  listopada (1)
      • Listopad 2016, TRZYNASTKA
    • ►  października (1)
      • Październik 2016, DWUNASTKA
    • ►  września (11)
      • Wrzesień 2016, JEDENASTKA
      • Wrzesień 2016, DZIESIĄTKA
      • Maj 2016, DZIEWIĄTKA
      • Luty 2016, ÓSEMKA
      • Luty 2016, SIÓDEMKA
      • Luty 2016, SZÓSTKA
      • Styczeń 2016, PIĄTKA
      • Koniec Czerwca 2015, CZWÓRKA
      • Czerwiec 2015, TRÓJKA
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 Zakochana Złośnica

Created By ThemeXpose & Distributed By Blogger Templates